Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeźba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeźba. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 października 2016

Wystawa poplenerowa „SzymbART 2015”

Dnia 23 września 2016 r. w  gorlickiej Galerii Sztuki „Dwór Karwacjanów” w sala główna im. ks. Br. Świeykowskiego, odbyło się otwarcie Poplenerowej Wystawy Prac Pedagogów Wyższych Uczelni „SzymbART 2015” będącej zwieńczeniem zeszłorocznego I Sympozjum Artystycznego, któremu towarzyszyła dyskusja panelowa pt. Czy sztuki można nauczyć?

Fot. P. Nowicki


 Spotkanie to odbyło się w lipcu 2015 roku, w Ośrodku Konferencyjno-Wystawienniczym „Kasztel w Szymbarku” Zostało zorganizowane  przez Wydział Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego, Instytut Filozofii Uniwersytetu Rzeszowskiego oraz Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów. Brali w nim udział artyści, historycy oraz teoretycy sztuki, jak również pedagodzy średnich i wyższych uczelni artystycznych: prof. Krzysztof Tomalski - Wydział Grafiki ASP Kraków, dr hab. Józef Jerzy Kierski – Wydział Sztuki, prof. UR Rzeszów, dr hab. Łukasz Konieczko - prof. ASP Kraków, dr Szymon Wojtanowski - ASP Kraków, dr Marcin Hajewski - ASP Katowice, dr Beata Lewińska - dyrektor Liceum Plastycznego w Warszawie, mgr Wojciech Sokólski - dyrektor Liceum Plastycznego w Supraślu, dr Joanna Adamowska – nauczyciel w Liceum Plastycznym we Wrocławiu, dr hab. Marlena Makiel - prof. nadzwyczajny, Wydział Sztuki UR, dr hab. Antoni Nikiel – prof. nadzwyczajny, Wydział Sztuki UR, dr hab. Marek A. Olszyński - prof. nadzwyczajny, Wydział Sztuki UR, dr hab. Marek Pokrywka - prof. nadzwyczajny, Wydział Sztuki UR dr hab. Jan Franciszek Ferenc - profesor na Wydziale Artystycznym UMCS Lublin, dr. Magdalena Uchman - Wydział Sztuki UR, dr hab. Artur Mordka - prof. nadzwyczajny, Instytut Filozofii UR, dr Włodzimierz Zięba - Instytut Filozofii UR, mgr Agnieszka Koryl - Instytut Filozofii UR, mgr Kamila Bednarska - Wydział Sztuki UR, mgr Piotr Woroniec - Wydziału Sztuki UR, mgr filozofii Paweł Nowicki, dr Agnieszka Iskra – Paczkowska, Instytut Filozofii UR Rzeszów. 
Fot. P. Nowicki


Na wystawie zaprezentowali swoje prace:
Krzysztof Tomalski - ASP Kraków, Józef Jerzy Kierski – Wydział Sztuki UR, Łukasz Konieczko - ASP Kraków, Szymon Wojtanowski - ASP Kraków, Marlena Makiel-Hędrzak - Wydział Sztuki UR, Antoni Nikiel – Wydział Sztuki UR, Marek A. Olszyński - Wydział Sztuki UR,Marek Pokrywka - Wydział Sztuki UR, Jan Franciszek Ferenc - Wydział Artystyczny UMCS Lublin, Magdalena Uchman - Wydział Sztuki UR, Kamila Bednarska - Wydział Sztuki UR , mgr Piotr Woroniec - Wydział Sztuki UR
Fot. P. Nowicki



Obszerna fotorelacja ze spotkania  znajduje się TUTAJ









Fot P. Nowicki











czwartek, 17 marca 2016

Wystawa rzeźby Marii Cukier w Muzeum Dwory Karwacjanów



 

 
Od 12 lutego 2016 r. w Gorlickiej Galerii Sztuki “Dwór Karwacjanów” w sali im. prof. Włodzimierza Kunza można było oglądać wystawę rzeźby Marii Cukier.[1] Artystka pochodzi z Zakopanego i jest absolwentką tamtejszego Zespołu Szkół Plastycznych im. Antoniego Kenara, a następnie Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie uzyskała dyplom na Wydziale Rzeźby w pracowni prof. Adama Myjaka.

Prace zaprezentowane na wystawie zaskakują niezwykłym  potraktowaniem tworzywa, w tym przypadku drewna. Aluzyjne nawiązanie do ludowej tradycji zostało tu dość mocno  skontrastowane nowoczesnym rygorem abstrakcyjnej koncepcji, a konkretne przedmioty użyte zostały jako pretekst do budowy nowych znaczeń. 
fot.. P. Nowicki

Użyte w jednej z prac  jasne, surowe,  nagie drewno  przywodzi na myśl delikatność kobiecego ciała. Strzelista i smukła forma, nieco łukowata jak żebro Adama, w swej szczytowej partii przybiera  zgeometryzowaną formę – lekko skręcona niczym nowoczesne konstrukcje. U dołu kompozycji wyłania się z niej tradycyjne naczynie domowe – tykwa na mleko, rekwizyt pramatki. W języku hiszpańskim istnieje powinowactwo między słowami la madre – matka i la madera – drewno, (przeciwieństwie do drzewa rosnącego – el arbol) – to, z czego coś zostało zrobione, to co użyczyło swojej tkanki do uformowania kształtu. Tego co „umartwiło” się by, być w zwyczajnej codzienności na co dzień może niezauważalne.  Skądinąd pojęcie materii wywodzi się od greckiego słowa hyle, które dosłownie również znaczy drewno – materiał dla cieśli budującego dom, statek… Artystka zdaje się wyprowadzać z drewnianego tworzywa  cały swój dom. Jasny materiał demonstruje swe możliwości, raz stając się paletą malarską, raz kuchenną deską na której, sieką nać zieloną, w końcu ewoluuje w stronę form groteskowych przypominających eksperymenty surrealistów. Ważną cześć ekspozycji zajmują drewniane poduszki, wykonane z niezwykłą hiperrealistyczną precyzją. Jest w nich rodzimy, Witkacowski absurd drewnianych poduszek – poduszek „zakopiańskich”. Drewno ukształtowane dłutem autorki imituje miękkość i delikatność pozornie przytulnej formy widzianej z oddali. Jednak, gdy podejdziemy zbyt blisko, próbując jej dotknąć, następuje rozczarowanie.  W tym tkwi swoisty suspens zarazem paradoks, który przenosi koncept artystyczny autorki w rejony zbliżone do  wyobraźni Sławomira Mrożka, czy wspomnianego już St. I. Witkiewicza. Są też inne możliwości interpretacji rzeźbiarskich przedmiotów Marii Cukier. Odciśnięte, niczym w plastelinie kształty w drewnianych poduszkach, każą poszukiwać, czy też domyślać się dalszego ciągu tej ledwie zasugerowanej rzeczywistości.  Przed nami  dwie poduszki ułożone obok siebie, każą domniemywać intymną więź dwojga ludzi. Czy to sugestia, że tylko z daleka w związkach międzyludzkich jest ciepło i miękko? Może to subtelna parafraza filozoficznej wzmianki o jeżozwierzach, które bezsilnie starają się do siebie przytulić, gdy jest im zimno. Życie we dwoje potrafi być twarde. Jasny naturalny kolor drewna wspomnianej pracy kontrastuje z osobno leżącą  poduszką w kolorze ciemnej ochry, z otworem „wypłakanym na wylot”. Piekło bezsenności, a może samotność?

Syntetyczne skróty, pogodny, naturalny kolor drewna, przejrzyste lekkie formy budują w skrócie przypowieść o domu, o ewige Wieblichkieit….ale też o paradoksach natury ludzkiej. Pobrzmiewa tu nuta pesymizmu trochę z  Pascala i  Schopenhauera.  

Można mieć nadzieję, że twórczość Marii Cukier pełna wrażliwości i przenikliwej artystycznej intuicji, rozwinie się jeszcze efektowniej, bo przecież artystka, choć już utytułowana licznymi europejskimi wyróżnieniami – jest przecież na początku drogi. 

Paweł Nowicki 




[1] Maria Cukier - ur. w 1986 w Warszawie, obecnie mieszka i pracuje w Zakopanem. Studiowała również w Academia di Belli Arti di Carrara, we Włoszech, a także przez kilka lat spędziła w Hiszpanii. Maria Cukier jest laureatką wielu nagród i wyróżnień w konkursach rzeźbiarskich w Hiszpanii, Włoszech i Francji. Swoje prace prezentowała na wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych w Hiszpanii, Polsce, Włoszech, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Brała udział w wielu międzynarodowych plenerach i sympozjach rzeźbiarskich, w Polsce, Niemczech, Francji, Włoszech i Hiszpanii, jej prace znajdują się w miejscach publicznych wielu miast europejskich. Od niedawna prowadzi pracownię stolarską dla ludzi z upośledzeniem umysłowym w PSOUU w Zakopanem.
 
 

czwartek, 11 września 2014

Jerzego Juczkowicza Pokaz latania


Dnia 11 lipca 2014 roku w Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów w Gorlicach odbył się wernisaż inaugurujący dwie wystawy polskiej rzeźby współczesnej, pośród których znalazła się ekspozycja prac Jerzego Juczkowicza zatytułowana Pokaz latania / rzeźbiarskie portrety.
 
fot. Paweł Nowicki


            Artysta pochodzi z Opola, gdzie ukończył Liceum Plastyczne. W 1981 roku uzyskał  dyplom z wyróżnieniem na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Do jego najbardziej znanych dokonań należą: trzy pięciometrowe posągi: Wiary, Nadziei i Miłości, z brązu, stojące przy Sądzie Najwyższym w Warszawie oraz drewniany ołtarz w Kościele p.w. Brata Alberta w Wesołej koło Warszawy. Za swe osiągnięcia artysta otrzymał medal na Biennale Małych Form Rzeźbiarskich w Poznaniu i Grand Prix Salonu Zimowego w Warszawie.

            Gdy wchodzimy do sali wystawowej, ukazuje się przed nami szereg metalowych głów spoglądających w górę. Pod sufitem znajduje się obiekt, w którym możemy rozpoznać samolot.   Mniej więcej na wysokości spojrzenia zwiedzających widnieją twarze skonstruowane ze splątanych elementów brązu. Każda z nich wykonana jest z ażurowych splotów, niekiedy silnie pokrytych zieloną patyną. Swoista melodia, rytm tych elementów, ich grubość oraz kształt metalowych włókien, wyrażają charakter każdej z modelowanych postaci. 
fot. Paweł. Nowicki

            Jak wiadomo morfologia ludzkiej twarzy nie jest istnością statyczną, której adekwatną ilustracją mógłby być gipsowy odlew. Twarz przypomina raczej słynny płomień Heraklita – logos nieuchwytny i zmienny, wyrażony w mimice, w grze grymasów, w gestach. Ażurowe konstrukcje w pracach Juczkowicza cechuje lekkość; światło przenika do wnętrza, podkreślając żywy charakter zaaranżowanej przestrzeni. Rzeźby, które widzimy, można by próbować odczytać jako metaforę ludzkiej egzystencji, ludzkiego sposobu istnienia. Błędne jest mniemanie, że człowiek po prostu „jest”, jak lity blok materii, o którym można jednoznacznie orzec, że „jest czymś”, ponieważ posiadając widzialny obrys,  zajmuje miejsce w przestrzeni. Wiemy, że człowiek jest tym, czym się staje – kierunkiem, który obiera w trakcie swego życia a wyobrażenie substancjalnej trwałości jest nieadekwatne. Czy posiada wnętrze trwałe i niezmienne? Stąd czerepy "puste w środku", kumulujące całą swą ekspresję i siłę wyrazu tylko na powierzchni daną w plątaninie linii, zawikłanych wątków, które kiedyś w życiu wzięły swój początek – sieci rozmów, relacji z innymi, zachwytów i wstrętów, tężejących z wiekiem w mapę siatki zmarszczek. Nie ma istoty bez przejawów, jak powie filozof. Człowiek jest „dla innych” – jego sposób bycia ma coś z widowiska. Człowiek nie ma trwałej istoty – esencji, która ustalałby jego niezmienną tożsamość. Jesteśmy tym, do czego dochodzimy, w co po latach zakrzepnie grymas naszej twarzy. Nasza egzystencja jest jak plątanina linii – czasem niepewnych, bezładnych projektów, kontynuacją włączaniem się w dawno zaczęte rozmowy… Czy artysta chce nam zasugerować problematyczność ludzkiego wnętrza pojmowanego tradycyjnie jako dusza, substancja czy stała istota. Gombrowicz był zdania, że człowiek nie ma „wnętrza”, że  jest maską-twarzą utkaną z sieci relacji z innymi, z sieci własnych wspomnień  – „relacji” z samym sobą. Każda spośród  postaci wśród prac na wystawie zdaje się grą pustki i jej wypełnienia – tworzywo i prześwit są jak światło i cień.
fot. PAweł Nowicki
 
Te wizerunki twarzy mają coś z karykatury poprzez doprowadzone do ekstremum charakterystyczne rysy. Kształt elementów, z których wykonana jest ich usiatkowana forma czasem przypomina płaskie łuski jak rycerska zbroja, niekiedy zawiłą sieć drobnych nitek tworzących gęstą i skomplikowaną tkankę – niczym pajęczyna (są takie ludzkie charaktery). Jest motyw okularów, jest głowa „prosta”, jak rybacka sieć z dużymi okami, pogodna, zdająca się odpowiadać: Tak? – Tak., Nie? - Nie. Jedna z  ażurowych form przypomina zagęszczoną narośl; pozieleniała faktura przybiera kształt kory, inne znowu są ostre jak gdyby przemysłowe odpryski i spawy…

W ten sposób artysta oddaje bogactwo ludzkich typów, z których każdy zapewne ma (bądź miał) swego rzeczywistego modela. Czy są to wizerunki osób, które artysta spotkał kiedyś w swoim życiu? Na to pytanie próżno szukać odpowiedzi, może nie ma potrzeby. Być może w przypadku twórczości Juczkowicza klucz biograficzny jest sprawą prywatną. Nam pozostaje zaduma nad naturą ludzką, nad zagadką tożsamości, która przejawia się w ekspresji twarzy w sieciach grymasów niepowtarzalnych, niczym linie papilarne dłoni.

 

 

Paweł Nowicki

 

 

 

wtorek, 11 marca 2014

Lalki...?

7 marca 2014 r. W tarnowskim Centrum Sztuki Mościce odbył się wernisaż wystawy Józefiny Piotrowskiej- Szukalskiej pt. Lalka?

Artystka urodzona 29 sierpnia 1985 roku w Gorlicach jest absolwentką Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Tadeusza Brzozowskiego w Krośnie. Ukończyła malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Dyplom uzyskała w pracowni profesora Henryka Cześnika. Obecnie mieszka w Gorlicach.

Lalki Józefiny Piotrowskiej-Szukalskiej zdają się sugerować niczym nieskrepowaną dowolność ludzkiej autokreacji, która jednocześnie (może nieświadomie) sprawia wrażenie ucieczki w dezintegrację i pustkę. W ich wielkich oczach czai się smutek
i tęsknota a także bezsilność i chłód. Są nowoczesne, dwuznaczne - infantylne i „złe”. Zastosowana przez artystkę „punk rockowa” stylizacja i kosmiczne atrybuty istot „nie z tej ziemi” miały w sobie coś z estetyki estradowego kiczu. Przypominały filmy Pedro Almodovara, w których występują postacie o chwiejnej tożsamości płciowej, perwersyjne, ekscentryczne, bezsilne i budzące współczucie. Są spontaniczne ale też groteskowe i niedojrzałe jak gdyby dosięgała je gombrowiczowska dezintegracja formy.
Motyw lalki, interpretowany jako metafora zagadkowości natury ludzkiej, wiedzie w stronę fundamentalnych pytań o autonomię, tożsamość i godność osoby. Czy jest w nas coś więcej, prócz min, gestów? Czy jesteśmy marionetkami w rękach losu lub może kogoś innego, kto lepiej niż my sami zna tajemnice naszego wnętrza?
W antyku twierdzono, że bogowie są dziećmi. Lalki Józefiny Piotrowskiej-Szukalskiej, wprowadzają nas w baśniowy świat, który w swej istocie jest zabawą i grą, ale gra może być także bolesna i pełna ironii. Jak pamiętamy, o grach pisali Johan Huizinga oraz Hans Georg Gadamer. Niemiecki filozof w grze widział sedno sztuki, zarazem istotę ludzkiego sposobu bycia.
Wydaje się, że istotnym przesłaniem tej serii prac stanowi dramatycznie wyartykułowany przez artystkę problem samotności i słabości człowieka w świecie pełnym przesytu – iluzorycznym bo stworzonym przez reklamy i audiowizualne media. Człowiek w sztuce Józefiny Piotrowskiej-Szukalskiej staje się „duszkiem”, ułomnym wytworem na wpół realnego tego świata. Współcześni filozofowie stawiają pytanie o tożsamość „ja”. Kiedyś pytano, czy człowiek ma duszę? Dziś stawia się pytania, czy nie jest on tylko sumą wyglądów, przypadkowych gestów, fragmentem autonarracji, snem o sobie…

***

W ostatnich kreacjach Józefiny Piotrowskiej-Szukalskiej widzimy lalki z rozbudowanymi elementami nakrycia głowy przyjmującymi nieraz fantazyjne kształty - kapeluszy z długimi wypustkami, czapek, ażurowych diademów. Pojawiają się w nich motywy roślinne - gałęzie, pnącza, narośle koralowca...
Oblicza postaci stworzonych przez artystkę są naznaczone silnym ładunkiem emocji. Biała lalka o zaczerwienionej twarzy z otwartymi ustami, w których jeżą się ostre zęby, wyraża niepohamowaną złość. Inna zdaje się uspokojona - jej dłonie złożone niczym do modlitwy przerastają w wegetalną formę, sugerują jakieś polipy, motyw wodnej fauny ewokujące nastrój ukojenia. Widzimy smukłą twarz ze skrawkiem koronki i wielkie oczy w smutnym zamyśleniu. Następna postać skulona - niemal pozbawiona ludzkich kształtów - lalka ukwiał, zdaje się wyrazem zapaści, regresji być może pokory po wybuchu gniewu.
Gdzie indziej ukazuje się nam maska - „trędowata” twarz ukryta w guzowatych dłoniach, palce i oczy „zaropiałe” gąbczastą strukturą, skrzywione usta, z których zdaje się wyciekać gorycz.
Jest lalka, która śpi jak dziecko otulone kocem. Ten kocyk, kołderka przypomina anatomiczną formę serca taką, jaką znamy z ilustracji chirurgicznych przeszczepów
z otwartym układem krwionośnym, fragmentami tkanki. Poniżej widzimy tężejący czerwony naciek z pęcherzykami powietrza. Na głowie śpiącej lalki diadem jakby z koralowca a jej powieki przypominają skrzydełka motyla...
Błękitna lalka jest jak postać z dziecięcego snu, czarodziej w kapeluszu, latająca ryba…
Jest różowa księżniczka o kapryśnej twarzy…
Powraca motyw morza falujących uczuć. Artystka mówi, że jednym ze źródeł inspiracji były dla niej białe formy patyków wyrzuconych na plażę.
Lalki Józefiny Piotrowskiej-Szukalskiej można chyba odczytać jako personifikacje uczuć chwilowych emocji. Zdają się wyrazem, postaw wobec drugiego człowieka - kogoś kogo bardzo kochamy, choć czasem targają nami skrajne namiętności.

Paweł Nowicki

niedziela, 23 września 2012

Jesień w Dworze Karwacjanów Malarstwo Józefa Gazdy i rzeźba Stanisława Cukiera

Tegoroczną jesień w gorlickim Dworze Karwacjanów zainaugurowały dwie bardzo interesujące wystawy, do zwiedzania których należałoby zachęcić jak najszersze grono publiczności. Zarówno obrazy Józefa Gazdy zaprezentowane w sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego, jak również rzeźby Stanisława Cukiera, które oglądać można w sali kameralnej, sytuują się w wysokich rejonach osiągnięć polskiej sztuki współczesnej.
Prace zgromadzone na obu ekspozycjach przemawiają do nas przystępnym językiem a zawarta w nich pewna rekapitulacja zjawisk artystycznych XIX i XX wieku może mieć dodatkowy walor edukacyjny.
Józefa Gazda jest uczniem Wacława Taranczewskiego. Jeśli bardzo szeroka formuła postimpresjonizmu może dziś jeszcze cokolwiek wyjaśniać, to niewątpliwie znajduje ona zastosowanie w przypadku malarstwa tego Artysty. Świetlistość zdecydowanych  barw nakładanych w szkicowym pośpiechu buduje przejrzyste struktury, a rozproszone plamy powodują wibrację, nadając kompozycjom niemal ulotność powietrza. Dla rozegrania partii światłocienia Autor w sposób typowy dla impresjonistów nie używa czerni ani pigmentów ziemi. Zarówno światło i przestrzeń obrazu wydobyte są czystym kolorem.  
Artysta programowo pozbawił swe prace tytułów, by wyeliminować wszelki pozamalarski - literacki kontekst, wychodząc z założenia, że odbiorca ma przede wszystkim widzieć kompozycję barwną - strukturę plam i kierunków zbudowaną na płaskiej powierzchni płótna. Ale przecież motywy są bardzo czytelne – pejzaż i martwa natura, gdzie miękko wsiąkający kolor, wysmakowane subtelności światła zdają się osnową każdej malarskiej opowieści. Przy bliższym poznaniu jednej z kompozycji odnajduję paletę barw w duchu Kandinsky’ego. Patrząc, zapominam o martwej naturze by w końcu uświadomić sobie, że  właściwym przedmiotem mojej kontemplacji  jest barwny ornament.
 Zwraca uwagę inna spośród martwych natur – obraz z  dominantą błękitów i różu, w którym cień wydobyty jest gwałtownym przejściem szmaragdowej zieleni i alizaryny. Przestrzeń fundują rozsypane plamy jakby chaotycznie biegnące do przodu. Przedmioty zdają się nie trzymać miejsca, ale ich porządek wynika z konstrukcji. Pejzaż z ogrodem jesiennym  z dachem domu w głębi może przypominać znany temat Camille Pissarra. Jeden wyjątek stanowi obraz w odcieniach szarości. Pejzaż ten przedstawia jakieś zabudowania nad wodą, może stary młyn… Zgaszona tonacja została tu osiągnięta przez zmieszanie błękitu i ochry ale obraz świeci subtelnym kolorem.
Jedna z prac zachwyca po mistrzowsku skonstruowaną partią horyzontu. Widzimy pejzaż  wielkomiejski, zarysy wieżowców – współczesność odkrywczo rozpoznana dla tej konwencji malarstwa. W innym miejscu stogi siana z wyraźną aluzja do Claude Moneta zdają się pozostawać w aurze belle epoque. Takie skojarzenia uświadamiają mi fakt, jak bardzo twórczość J. Gazdy zakorzeniona jest we wspaniałej europejskiej tradycji malarstwa.  
Pewien  niedosyt sprawia jakby pobieżność kilku kompozycji - partie koloru rozrzedzone bielą zdają się szkicowe i niezbyt  dźwięczne…  Ale jest to być może pewne nieporozumienie wynikające z założonego przez Artystę odmiennego dystansu, jaki trzeba przyjąć patrząc na te prace. Może podchodząc zbyt blisko widzimy szczegóły, które znikają w bardziej odpowiedniej - dalszej perspektywie. Są obrazy, do których nie należy podchodzić zbyt blisko. Na rzecz takiej interpretacji dodatkowo mogłaby przemawiać ogólna koncepcja całej ekspozycji. Wchodząc do sali doświadczmy olśnienia wielością obrazów, których jaskrawość uderza nas swą symfoniczną fanfarą. Zdaje się, że ta wystawa jest jak wielki ornament, w którym zatraca się niejeden detal.

***
W sali kameralnej im. prof. Włodzimierza Kunza zostały zaprezentowane rzeźby Stanisława Cukiera. Prace wykonane z brązu są oszczędne i  zwięzłe a  zarazem  pełne subtelnych aluzji.  Pewnym tropem do ich interpretacji mogłoby być chyba odniesienie do egzystencjalnych motywów twórczości Adama Myjaka. Postacie ludzkie, popiersia i maski z których twarzy przemawiają  ironia i uduchowienie, ulotność, które sugerują,  że to co ludzkie wymyka się definicjom i ścisłym naukowym tezom. Boży idiota zapatrzony w niebo zdaje się najbliższy prawdy. Czy ma w sobie smutek Pierrota z obrazu J. A. Watteau? Jego „mimetyczność” w sensie aktorskiej pracy mima wyraża się poprzez twarz i mowę gestu. W czasach gdy zabrakło słów, to tylko pozostaje. Rzeźba pod tytułem  Modlitwa przedstawia twarz która rozpływa się w natchnieniu, pełna pokory materia brązu odsłania swoją chropowatość. Gdzieindziej powierzchnia gładka jak zwierciadło, w którym przegląda wszechświat, wyraża spokój i jakby nieobowiązywalność doczesnego kształtu. Łódź skonstruowana jest kawałków metalu prostych jak pociągnięcia pędzlem.  Motyw łodzi  ma oczywiste konotacje chrześcijańskie, niesie zarazem symbolikę kruchości ludzkiego losu. Nasuwa się  kontekst powieści Conrada.  
Prace Stanisława Cukiera przemawiają do nas napięciem powierzchni, która zdaje obdarzona wrażliwością skóry. Dynamizm rodzący się gdzieś w głębi uzewnętrznia się przez zarysy pęknięć co daje złudzenie, jakby każda bryła wzbierała od wewnątrz i jakaś siła próbowała przebić się w kierunku widza. (Głowa Nowosielskiego)
Jest w rzeźbach Stanisława Cukiera pewien nieuchwytny paradoks, gorzki humor dowcip, zarazem kameralny wymiar rzeźbiarskiej kreacji – taki na ludzką miarę,  bez patosu czy monumentalizmu.    

                                                                           Paweł Nowicki



JÓZEF GAZDA - ur. w 1941 r. W roku 1959 ukończył Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu. W latach 1959-1965 studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale Malarstwa i Grafiki. Dyplom uzyskał w pracowni prof. Wacława Taranczewskiego. W roku 1965 zamieszkał w Rzeszowie. Członek Związku Polskich Artystów Plastyków. W latach 1966-1972 kierował Biurem Wystaw Artystycznych w Rzeszowie. Od 1980 do 1996 profesor w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie. W 1998 r. został członkiem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Przemyślu, a w roku 2008 Członkiem Honorowym Podkarpackiego Towarzystwa „Zachęty” Sztuk Pięknych w Rzeszowie. Od ukończenia studiów bierze udział w licznych wystawach i konkursach plastycznych.
Uczestniczy w aukcjach dzieł sztuki - między innymi: aukcjach Polskiego Malarstwa Współczesnego w Nowym Jorku organizowanych przez Wiesława Ochmana, aukcjach Towarzystwa Pomocy im. Św. Brata Alberta „Bliźniemu Swemu”.
Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień — między innymi: Nagrody Ministra Kultury i Sztuki za wybitne osiągnięcia dydaktyczne i wychowawcze, Nagrody Miasta Rzeszowa w dziedzinie kultury i sztuki za wybitne osiągnięcia artystyczne w dziedzinie plastyki, Nagrody Artystycznej im. Zbigniewa Jana Krygowskiego, I i II nagrody w Ogólnopolskim Konkursie na Grafikę Artystyczną w Łodzi. Wyróżniony dwukrotnie tytułem „Zasłużony Działacz Kultury”.
Józef Gazda jest uczestnikiem wystaw zbiorowych malarstwa i grafiki w Austrii, Niemczech, Francji, Ukrainie, Litwie, Węgrzech, Słowacji, USA, Włoszech, Belgii, Grecji. Autor 12 wystaw indywidualnych. Prace Artysty znajdują się w zbiorach i kolekcjach w kraju oraz zagranicą (w USA, we Włoszech, we  Francji, w Niemczech ,w  Austrii, na Słowacji, i na Ukrainie).

Stanisław Cukier, urodzony w 1954 roku w Zakopanem. Ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. A. Kenara w Zakopanem. W latach 1976-1981 studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom z wyróżnieniem w pracowni prof. Zofii Demkowskiej. Od roku 1981 brał udział w wystawach zbiorowych krajowych i zagranicznych, reprezentujących medalierstwo i rzeźbę polską ( m. in. w Londynie, Budapeszcie, Bratysławie, Genewie, Poznaniu, Zakopanem, Toruniu, Zamościu; kongresach FIDEM: 1983-Florencja, 1987- Colorado Springs, 1989- Helsinki, 1994- Budapeszt) oraz 1989 roku w jubileuszowej wystawie: Profesor Zofia Demkowska i jej uczniowie, Warszawa, Muzeum ASP. Od 1988 roku jest członkiem Federation Intemationale de la Medaille.
Ważniejsze wystawy indywidualne:  1987 -BWA, Galeria B, Toruń;  1988 -BWA, Włocławek; 1988 -BWA, Legnica;  1989 -Galeńa ` Inny Świat"; 1991 -Galeńa YAM, Zakopane; 1991 -Galeńa `Kanonia", Kraków; 1991 -BWA, Kielce; 1991 -Galeńa Dembińskich, Warszawa; 1992 -Mała Galeria, BWA, Nowy Sącz ; 1992 -Galeńa A. Rząsy, Zakopane; 1995 -Galeńa "Ostrołęka", Galeria "C" BWA Ciechanów.
Ważniejsze wystawy zbiorowe: 1992 -X Międzynarodowe Biennale Dantego, Rawenna, Włochy;  1993 -" Mirois obscurs", Albert Constantin Galerie de la Rize, Lyon, Francja; 1993 -Centre des Arts de Meylan, Grenoble, Francja; 1994 - `Salon de Printemps '94", Palais Municipal de Lyon, Francja; 1994 -44 współczesnych artystów wobec Matejki, Muzeum Narodowe, Kraków; 1996 -FIDEM Neuchatel, Szwajcaria, FIDEM – Wrocław;  1998 - Haga, Holandia; 1999 - Dla Edyty Stein ", Kraków, Wrocław, Oświęcim, Lublin.
Nagrody i wyróżnienia:1983 -Wyróżnienie w konkursie " Chrystus w życiu człowieka" za pracę " Bolesna"; 1986 -Nagroda na I Triennale Rzeźby za pracę " Portret Żony";  1989 -Grand Prix na II Triennale Rzeźby za pracę "Portret Syna";  1992 -Złoty Medal na Biennale Małej Formy Rzeźbiarskiej w Ravennie za pracę "Dante", Włochy.
Prace w zbiorach:  Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Krakowie, Warszawie oraz British Museum w Londynie.

piątek, 27 kwietnia 2012

Biesy w gorlickim Dworze Karwacjanów





Wstawa, którą  obecnie możemy  oglądać w gorlickim  Dworze Karwacjanów obejmuje rzeźby i rysunki Piotra Biesa[1], absolwenta Liceum Plastycznego im Kenara w Zakopanem oraz  Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Kto ma w pamięci kompozycje  Władysława Hasiora albo rzeźby Marcina Rząsy, ten może stworzyć sobie wstępne wyobrażenie stylu prac artysty, wywodzącego się z zakopiańskiego kręgu tradycji twórczych. Na posadzce sali wystawowej im ks. Bronisława Świeykowskiego artysta zaaranżował przestrzenne instalacje,  m. in. Kapliczki przydrożne, Urbs, Ecclesia Cathedralis D. O.M. Na ścianach wyeksponował rysunkowa galerię zdeformowanych postaci i groteskowych twarzy nawiązujących stylistyką do prymitywnych przedstawień bożków – między innymi: Vobiscum, Homunkulus, Bożek, Wizyta.             
Piotr Bies  w swoich pracach  zdaje się dotykać najbardziej zasadniczych prawd metafizycznych, zrazem problemów fundamentalnych dla natury ludzkiej: stosunku człowieka do Boga, ludzkiego poszukiwania sacrum, pustki, jaką pozostawia po sobie Deus absconditus, także problemu człowieka współczesnego zdegradowanego przez technokratyczną cywilizację. Twórczość Piotra Biesa poddaje się interpretacji mocno uwikłanej w kontekst literacki  i żywe  wydają się  odniesienia do  dzieł Samuela Becketa,  T. S. Eliota czy wątków refleksji ukazanych przez  Czesława Miłosza w słynnej   Ziemi Ulro,  Fakt, że  Autor jest poetą, a jego wiersze nie przypadkiem trafiły do katalogu bieżącej wystawy, dodatkowo upoważnia nas do tego,  by wątek literacki uznać za jeden z kluczy do interpretacji  prezentowanych rzeźb i rysunków. Próbując przybliżyć  sylwetkę artystyczną Piotra Biesa, nie możemy również pominąć jego wielkiej fascynacji teatrem. Z jednej strony należałoby wskazać na odniesienia  do działalności scenicznej Tadeusza Kantora, z drugiej zaś na szeroką recepcję i adaptację motywów groteski, demonizmu i zarazem par excelence metafizycznego kontekstu sztuki nawiązujących do tradycji Witkacego. 
Gorlicka wystawa, stanowi kompozycyjną  intelektualną i artystyczna całość, która oddziałuje na odbiorcę w sposób przypominający sceniczną przestrzeń aranżacji teatralnej. Rozłożone na środku sali czarne prostopadłościany, wyposażone w instalację elektryczną świecą, przypominając żarzące się bryły węgla. Jest to kompozycja zatytułowana „Urbs” (łac. miasto.)  Światło wydobywa się z otworów o kształcie okrągłym, co może przywodzić na myśl okrętowe iluminatory lub wzierniki  jakichś komór, urządzeń  laboratoryjnych, w których przeprowadzany jest nieznany eksperyment.  
Należy zwrócić uwagę na sposób, w jaki artysta traktuje materiał,  nadając mu określone jakości, jak faktura, barwa czy temperatura. Tej ostatniej nie doświadczamy rzecz jasna,  dosłownie, jednak sugestia, jaka się narzuca na podstawie doznań wizualnych, zdaje się przybliżać nam powierzchnię przedmiotu. Ostatecznie na co dzień,  nie wiele spośród tego, co widzimy, dane jest nam na wyciagnięcie ręki  a świat jak się zdaje ma oczywistość  dotyku. Te matowe powierzchnie, porowate i suche wydają się ciepłe na tle  lśniącej posadzki sali wystawowej. 
Oto przed nami kompozycje, które charakteryzuje daleko posunięty minimalizm, i geometryzacja formy, które są wyrazem syntezy mogą stanowić symbol metafizycznej abstrakcji. Abstrakcja polega na uproszczeniu, redukcji, wyeliminowaniu zbytecznych detali. Wiemy skądinąd, że jednym z istotnych znamion nowoczesnych tendencji w architekturze jest całkowita rezygnacja z ozdób. Te prostopadłościenne bloki, puste w środku choć oświetlone od wewnątrz elektrycznym światłem, mogą przywodzić na myśl nasze domy, miasta – hiperfunkcjonalną przestrzeń, którą zamieszkuje współczesny człowiek. Dom to nie tylko konstrukcja budowlana - to także symbol wspólnoty - pewien przepis na życie.  
Patrząc na kompozycję zatytułowaną „D. O. M.”, widzimy  krzyż, w którego górną belkę wkomponowane są trzy puste pokoje. Znak Trójcy Świętej?  Przez drobne szybki widzimy puste krzesła, stoliki, za którymi nikt nie zasiada. Czytając tytuł: „D.O.M.”  pierwsze wrażenie wiąże się z sugestią, że chodzi po prostu o „dom” – miejsce zamieszkania, np. opuszczony dom rodzinny. Jednak jak wiemy, formuła  „D.O.M.” jest to skrót, który oznacza - Deo Optimo Maximo, czyli: Bogu Najlepszemu Największemu i jest spotykany na grobach. Czy w tym zwątpieniu wyraża się poszukiwanie Boga, który odsunął się od świata, albo ostrzeżenie skierowane pod adresem ludzi, którzy o Bogu zapomnieli. Zagubienie Sacrum przyniosło bowiem degradację człowieka – o jego boskiej cząstki nadającej doczesnemu życiu najistotniejszy sens. By uznać godność bliźniego, potrzebujemy wiary, nieraz tak samo desperackiej, jak ta, która skłania do żarliwej modlitwy o cud. Ostatecznie bardzo łatwo jest potraktować drugiego człowieka jak rzecz. Właściwie nie mamy empirycznego dowodu na to, czy ten drugi cierpi tak samo jak my. Pamiętamy Dociekania Wittgensteina, i słynny  przykład z pudełkiem i żukiem. Każdy ma dal siebie swój ból, jak żuka w pudełku, do którego nie potrafi zajrzeć nikt inny.  
Kapliczki przydrożne wykonane z drewna z lekką podhalańską stylizacją - stoją opuszczone a we wnętrzu każdej z nich – tam, gdzie zwykle znajdował się tradycyjny świątek - pusta mała kołyska, samotne białe krzesło… W jednej z kapliczek widzimy figurkę, której sylwetka przypomina Matkę Boską znaną z tradycyjnej ikonografii. Jednak postać  jest odwrócona do nas tyłem. W rzeczywistości nie wiemy kogo naprawdę przedstawia i jaką ukaże twarz,  gdy się do nas odwróci.
„Eclesia cathedralis” swoją sylwetką przypomina nam znane  świątynie – watykańską Bazylikę św. Piotra czy Santa Maria del Fiore we Florencji. Jednak w kompozycji Biesa, charakterystyczna kopuła uległa znaczącej deformacji tak, że zaostrzona i pozbawiona właściwych proporcji, przypomina dawną camera obscura, lub jakąś komorę o zastosowaniu technicznym albo militarnym. Rozparta odnogami „patrzy” żabim spojrzeniem okrągłych iluminatorów. Ma w sobie coś z anachronicznych wyobrażeń o nowoczesności i może przypominać archaiczne ilustracje do powieści Julusza Verne’a. Jest swoistą  karykaturą sakralnego pierwowzoru i sugeruje jakieś oszustwo samozwańczo podniesione do rangi religii. Przypomina się detal scenografii z filmu Seksmisja, w którym - jak pamiętamy - łudzono ludzi, że na Ziemi zabrakło powietrza. Uwięzionym w podziemnych koszarach pokazywano obraz powierzchni planety uchwycony przez peryskop, którego wystający obiektyw tkwił w brudnym namiocie.
Dla licznej grupy artystów oraz intelektualistów pierwszych dekad XX wieku maszyna i urbanizacja stanowiły przedmiot zachwytu zarazem bogate źródło twórczych inspiracji. Zakładano wówczas że, całość ludzkiej egzystencji da się zaprogramować, ująć w konstruktywistycznie rozumiany projekt, po to by na koniec uczynić ją przedmiotem racjonalnego sterowania. Byli tacy, którzy z optymizmem  odnosili się do tych nowych tendencji, jednak wielu Autorów z niepokojem przeczuwało nadchodzące zagrożenia. Już Dostojewski w idei domu ze szkła (Crystal Palace [2]) widział zapowiedź totalnej inwigilacji, zanegowania tradycyjnego stylu życia, zarazem zapowiedź spełnienia groźnej wizji tzw. „piekła Benthama”. Witkacy pisał o zbydlęceniu jako konsekwencji postępujących procesów cywilizacyjnych.   
Jak wiemy, człowiek w przeciwieństwie do układów zautomatyzowanych orientuje się w swoim życiu na cele, posiada pragnienia, a jego zachowanie nie da się ująć w żaden algorytm. Człowiek ukazuje swój unikatowy charakter, już choćby poprzez fakt, że posiada niepowtarzalną historię doznań - biografię a życie (nawet w rozumieniu fizyki) jest procesem nieodwracalnym. Chyba już  Heraklit przeczuwał u zarania tę nie-dysponowalność naszego losu. W ludzkim umyśle zdaje się nieustanie bić źródło marzeń, niepokojów, tęsknot, które jak pączkujące kiełki torują sobie drogę ku temu, co przyszłe.
Oczywiście funkcje niższych obszarów ludzkiej natury można przewidzieć i uśrednić, jednakże to, co najbardziej cenne, co miedzy innymi przejawia się w religii i sztuce albo wymyka się programowaniu, albo zostaje stłumione. Można je zagłuszyć, próbować „tworzyć” tzw. „nowego człowieka”, jednak „eksperyment społeczny”, którego ofiarą był słynny Kacper Hauser powinien służyć za przestrogę. Natura ludzka jest oczywiście skończona i ułomna o czym dawno temu pisał Blaise Pascal. Jednak ta skończoność zyskuje swą godność dopiero, gdy człowiek ociera się o nieskończony wymiar Transcendencji.  I w tym tkwi subtelna różnica, której pewien typ racjonalisty nie jest w stanie pojąć.
***
Motywem przewodnim prezentowanych kompozycji wydaje się pustka, jaka się ukazała nam, ludziom współczesnym – pustka po Bogu pustka po człowieku. Artysta wyrażając  swój niepokój, pragnie nam powiedzieć, że mimo funkcjonalności i higieny cywilizacyjne formy naszego istnienia zdają się pozbawione treści - jak puste krosna, na których perfekcyjnie tkamy nicość. Słowo ginie zgiełku, nowoczesne środki komunikacji miast ludzi przybliżać, paradoksalnie ich od siebie oddalają; narzędzia zapisu i transmisji danych, są tak doskonałe, że zbyteczny zdaje się… czytelnik. Ideałem skutecznego sterowania jest taki stan rzeczy, w którym dałoby się  wyeliminować  ryzyko, że coś ułoży się niezgodnie z planem. Bezpieczeństwo a może nawet swoiście pojęta wolność mierzy się więc przez zmniejszenie poczucia niepewności. Ten, kto steruje życiem innych ludzi, chce mieć czyste sumienie. (Może święty spokój?) Ponieważ odpowiedzialność jest ciężarem, chętnie dzieli się nią z innymi, rozpisując ją na społeczne role. Nikt nie chce podpaść przełożonym, każdy chce wrócić do domu na obiad. Nasuwa się pytanie, czy gruncie rzeczy nie byłoby wygodniej, gdyby ci sterowani, poddani kontroli byli po prostu martwi, lub gdyby powiedzmy, żyli tyko w sposób wirtualny? Jaka byłaby różnica, zwłaszcza, że coraz więcej wiedzy o świecie realnym i tak dociera nas za pośrednictwem Internetu. Gdyby tak rozbiegli się gdzieś, np. po innych planetach i mówili do nas tylko z monitorów. (A swoją drogą ciekawe, jak to jest na prawdę z tymi pieniędzmi na wirtualnych kontach. Czy w razie jakiejś globalnej awarii, odtwarzanie „substancji” nie przerodziłoby się w spór „prawie teologiczny”?) 
Na ścianach sali im ks. Świeykowskiego znajdują się obrazy, na których widnieją groteskowe twarze, okaleczone postacie,  zniekształcone „gęby”. O ile rzeźby - konstrukcje przestrzenne charakteryzują się logiczną dyscypliną, o tyle te rysunki są jakby „niedbałe” zarazem noszą  znamiona uporczywości,  chorobliwego nadmiaru. Jeżeli rzeźby Biesa zdają się wyrażać „obłęd racjonalny”, zniewolenie umysłu, ślepy zaułek scjentystycznej utopii, to wizje zawarte w obrazach są jakby rewersem tamtych wyobrażeń i ukazują mroczną stronę duszy - instynkt bez  hamulców, zbudzone upiory. Zdają się żenujące, tragikomiczne, uroczyste jak pijacki bełkot, próbujące uwodzić, robić perskie oko… Niektóre przypominają mroczne twarze postacie powieści Dostojewskiego. Czy rozum śpi mimo „wiecznie włączonego” elektrycznego światła? Czy są to demony, które wkraczają w świat, kiedy nie ma Boga?


                                                                                 Paweł Nowicki

                                                  Wystawę zwiedzać można do 9 05. 2012

                                                                                      


[1] W piątek 13 kwietnia 2012 roku w gorlickim „Dworze  Karwacjanów” odbyły się wernisaże dwóch wystaw. W sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego będziemy mogli oglądać rzeźby i rysunki Piotra Biesa. Artysta, który  jest  absolwentem Liceum Plastycznego im. A. Kenara w Zakopanem,  uzyskał dyplom na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w katedrze Tkaniny Artystycznej.  Piotr Bies ukończył także  studia podyplomowe na Wydziale Edukacji Artystycznej ASP w Poznaniu. Jest organizatorem kilkudziesięciu wystaw indywidualnych, brał udział w ponad stu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą, a także w międzynarodowych plenerach rzeźbiarskich.  Pisze również poezję i sztuki teatralne. Za słuchowisko „Sztuka! Sztuka!” otrzymał II nagrodę w konkursie Polskiego Radia i miesięcznika „Zwierciadło”.

[2] Kryształowy Pałac The Crystal Palace – nieistniejący już  budynek wystawowy wzniesiony w londyńskim Hyde Parku  w roku 1851. Budowla skonstruowana była z metalowych elementów i szkła. Por także -  Roberto Salvadori, Mitologie nowoczesności.

wtorek, 3 stycznia 2012

„5 x Tohl” wystawa prac plastycznych w gorlickim Muzeum Regionalnym


5 x Tohl  - taki tytuł nosi  ekspozycja, otwarta w dniu 15 października  2010 roku w Muzeum Regionalnym PTTK. im. I.  Łukasiewicza  w Gorlicach. Prace swe zaprezentowali tam:  Danuta Słyś-Tohl, Monika Tohl, Zdzisław Tohl, Aleksander Tohl i Eryk Tohl.  Chyba  rzadko się zdarza, aby w jednej rodzinie znalazło się na raz tak wiele osób obdarzonych wybitnym talentem, zarazem by ich osiągnięcia dało się uhonorować na tej samej  wystawie. Choć zgromadzone rzeźby i obrazy przedstawiają zaledwie niewielki fragment dorobku pięciorga artystów, to jednak zdają się one dość reprezentatywne,  ażeby   odbiorca mógł w pełni docenić klasę twórczości autorów. Uroczysty wernisaż, na którym zjawiło się wiele znamienitych osób stał się okazją do pochwał i gratulacji.  
Danuta Słyś-Tohl, urodzona w Gorlicach, absolwentka Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. St. Wyspiańskiego w Jarosławiu. Studia odbyła w Instytucie Wychowania Plastycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. Dyplom uzyskała w pracowni rzeźby prof. J. Jeleńskiej - Papp. Działalność artystyczną i wystawienniczą  prowadzi od 1976 roku. Uczestniczy w plenerach i dorocznych salonach gorlickiego środowiska plastycznego. Uprawia malarstwo i grafikę warsztatową. Mieszka i tworzy w Gorlicach. Jest związana z tutejszym MDK.
W pracach Danuty Słyś-Tohl fragmenty listów, stare fotografie, pamiątki z dzieciństwa, tworzą kompozycje, które urzekają harmonią i delikatnością. Collage jako forma zdaje się tu  odzwierciedlać sposób, w jaki nasza pamięć odkłada ślady minionego czasu. Prace te są pełne czułości jednak dyscyplinuje je surowy rygor. Artystka nadaje zgromadzonym rekwizytom znaczenie malarskie tak, iż widzimy raczej  plamy i powierzchnie, przecinające się kierunki linii, abstrahując od  biograficznej  opowieści,  która się w nich kryje. Tym samym wyraźny akcent osobisty  staje się tylko pretekstem dla  tego, by wyrazić uniwersalny sens dzieła. Kto zna szerzej twórczość Danuty Słyś-Tohl,   zwłaszcza jej  „muzyczne”  tematy  zauważy  wiele nawiązań choćby do  Picassa, którego  Gitara stanowić może doskonały układ odniesienia dla interpretacji niektórych jej prac.
Monika Tohl Urodzona w 1979 roku w Rzeszowie jest  absolwentką Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. P. Michałowskiego w Rzeszowie. W roku 2004 otrzymała dyplom z wyróżnieniem na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych im. J. Matejki w Krakowie, w pracowni prof. J. Nowakowskiego. Uczestniczyła w kilku wystawach zbiorowych i indywidualnych w Polsce, Luxemburgu, Anglii. Zajmuje się rzeźbą, rysunkiem i malarstwem. Rzeźby Moniki Tohl określono mianem metafizycznych i chyba jest to słuszne  ponieważ niemal każda z nich  zdaje się zawierać  przypowieść o tajemniczym  przesłaniu.  O każdej z jej prac można też powiedzieć, że  jest  jak celny skrót myślowy,  lecz jednak  w żadnym wypadku motyw narracyjny  nie góruje nad plastycznym walorem kompozycji. 
Rzeźba Samotność może przywodzić na myśl motywy Procesu Kafki – niepokój wyboru przy  drzwiach, które są  otwarte, i jedyne okno, które zdaje się oznaczać nadzieję. To skojarzenie najprostsze,  najbardziej  „książkowe”. Byłoby jednak błędem odczytywać rzeźby jak rebusy. Niech nas więc zachwyca raczej delikatność formy,  to, co niewyrażalne. Próbujmy, zobaczyć subtelności lśnienia,  fakturę metalu by w każdej z tych prac dostrzec mały klejnot.

Zdzisław Tohl urodzony w 1954 roku w Przemyślu, ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. St. Wyspiańskiego w Jarosławiu. Odbył studia na Wydziale Rzeźby Monumentalnej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu w Rosji oraz na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom uzyskał w 1979 roku w pracowni prof. Tadeusza Łodziany oraz w  specjalizacji medalierskiej w pracowni prof. Zofii Demkowskiej. Od 1983 roku kieruje Galerią Sztuki "Dwór Karwacjanów" w Gorlicach. Odznaczony brązowym i złotym Krzyżem Zasługi RP za działalność w zakresie upowszechniania kultury. Uprawia rzeźbę, medalierstwo i malarstwo.

Obrazy Zdzisława Tohla emanują tajemniczym ciepłem, jak gdyby artysta próbował  przeniknąć  poza kształt i kolor ku  bezpośredniej obecności  materii  przedmiotu. Regularne powierzchnie w rozproszonym świetle tworzą niepowtarzalny klimat stonowanych barw. Te  abstrakcyjne kompozycje, zdają się jednak mówić do nas o konkretach i sugerują obecność rzeczy bliskich na odległość reki.  Obraz Osiedle  ewokuje nastrój  miejskiego wieczoru lub popołudnia w  późnym słońcu lata.  Kompozycja zbudowana z lekkich płaszczyzn ochry niosących  zaledwie aluzję do architektury sprawia,  że potrafimy niemal dotknąć rozgrzanego muru i usłyszeć gdzieś w dali  kojącą muzykę. Barwy zdają się wyciszone do minimum,  co  jednak  podkreśla  tylko ich doniosłość.  Obraz Stara fabryka w odcieniach szarości zdaje się  grą cieni, z której  domyślamy się tylko zarysów budowli.  I właśnie w tych niedomówieniach przedmioty ukazują nam swoją istotę - przychodzą do nas bezpośrednio jak sen, wspomnienie lub jak podszepty intuicji. Być może blisko stąd do filozoficznych tez  Bergsona lub  przemyśleń Prousta, z ich przekonaniem, że nasza droga do   świata  wiedzie zawsze przez wyobraźnię i pamięć. W malarstwie Zdzisława Tohla abstrakcja nie oznacza rezygnacji przedmiotu danego naocznie lecz wyraża jedynie dyscyplinę i dystans ponieważ artysta rozumie, że o wartości  sztuki stanowiły  zawsze symetria i miara. 
Aleksander Tohl jest absolwentem Państwowego Liceum Plastycznego im. Antoniego Kenara w Zakopanem. Ukończył wydział rzeźby na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom uzyskał u prof. Adama Myjaka. Obecnie mieszka i tworzy w Warszawie.
Jego rzeźba  Portret Florentyńczyka pokazuje jak przy pomocy nowoczesnych środków wyrazu da się strawestować klasyczne wzory realizując zarazem kwintesencję współczesności.  Pod pewnym względem może to przypominać poezję Zbigniewa Herberta, który tworząc poezję na wskroś współczesną,  potrafił uchwycić i  ożywić ducha antyku w sposób nie mający równych.

Eryk Tohl, absolwent Liceum Ogólnokształcącego im . M. Kromera w Gorlicach, był słuchaczem Studium Konserwacji Zabytków w Tarnowie. Ukończył wydział rzeźby w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych gdzie dyplom uzyskał w pracowni Jerzego Nowakowskiego .
Obecnie mieszka i tworzy w Rzeszowie.
Eryk Tohl wystawił dwie prace pod tytułem Dachy. Są to czarno-białe fotografie o dużym formacie. Artysta ten już wielokrotnie dał się pokazać jako autor wyśmienitych zdjęć a jego  ekspozycje można było podziwiać podczas wielu wystaw także w gorlickich galeriach. 


                               
                                                                                      Paweł Nowicki

Teks opublikowany na stronie gorlickiego  Muzeum Regionalnego PTTK im Ignacego Łukasiewicza