Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witkacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witkacy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

La exposición de esculturas de María Cukier en el Museo “Mansion de Carvatianes” en Gorlice


A partir de 12 de febrero de 2016, en la Galería del arte Contemporaneo del Museo “Mansion de Carvatianes” en Gorlice, en la sala de Vladimir Kunz se podría ver una exposición de escultura de María Cukier[1]. La escultora proviene de Zakopane y es graduada del Complejo local de las Escuelas de Arte Antonio Kenar, y luego la Academia de Bellas Artes de Varsovia, donde se graduó de la Facultad de Escultura. El diploma obtenió en el taller de escultura del profesor Adam Myjak.
Fot. Paweł Nowicki


Las obras que se presentan en la exposición sorprenden de un extraordinario tratamiento del material – en este caso la madera. Referencia alusiva a la tradición popular ha sido aqí muy fuertamente contrastada con la severidad de abstracto moderno y los elementos específicos de lo concreto se utilizaron como pretexto para la construcción de nuevos significados.  

Utilizda en en una obra, clara, cruda, madera desnuda trae a la mente la delicadeza del cuerpo femenino. Alza la forma esbelta, ligeramente arqueada como una costilla de Adán, en su apogeo la parte que toma forma geometrizada de ligeramente retorcida como unas modernas construcciones. En la parte inferior de la composición emerge la tradicional vasija doméstica – calabaza de la leche, – un accesorio de la madre muy antigua, prehistorica. En español existe una afinidad entre las palabras de la madre – “madre” y la madera “madera” (a diferencia del árbol – un arbol que crece)  aquello que  se ha hecho, lo que se prestó, dió sus tejidos para dar, crear la forma. Lo que “mortificó", para estar en la vida ordinaria, todos los días y lo que puede ser humilde y parecer imperceptible. Por otra parte, la noción de materia se deriva de la palabra griega  ύλη, que literalmente significa  la madera – el material para el carpintero que construye un mueble, barco... La artista parece derivar toda su casa de un material de madera. El claro material demuestra su capacidad, una vez convertiendose en una paleta de pintor, una vez a tablero de la cocina en la que se corte las hojas verdes, para que finalmente  evolucionr hacia las formas que asemejan a los experimentos grotescos de los surrealistas. 
Fot. Paweł Nowicki



Una parte muy importante de la exposición ocupa la ropa de cama, hecha de madera con extrema precisión hiper-realista. En ellas hay un absurdo natal, absurdo de la visión artistica de Witkacy – almohadas y colchas de madera, – almohadas de "Zakopane". La madera formada con cincel de la autora imita las formas de suavidad y delicadeza aparentemente acogedora vista desde la distancia. Sin embargo, cuando nos acercamos demasiado cerca, tratando de tocarla, nos espera una decepción. Ahí es donde reside el tipo de intriga al mismo tiempo la  paradoja, lo que lleva el concepto artistico de la escultora en las áreas cercanas de la imaginación de Slawomir Mrozek, o la ya mencionada de St. I. Witkiewicz. También existen otras posibilidades para la interpretación de objetos escultóricos de María Cukier. Impresos, como formas de plastilina en almohadas de madera, hacen buscar o adivinar la continuación de esta realidad que apenas se sugirió. Ante nosotros dos almohadas apiladas una junto a la otra, nos hacen suponer un vinculo intimo entre dos personas. ¿Es la sugerencia de que sólo que observamos desde una distancia – en las relaciones humanas es cálido y suave? Es tal vez una sutil paráfrasis de una mención filosófica sobre los dos puercos que sin poder hacer nada, tratan de abrazarse cuando están fríos. La vida en los dos puede ser dura. El claro colr de la madera natural de la ya mencionada obra se contrasta con otra almohada de color ocre oscuro, que está al lado, separada con un agujero “conseguido llorando a través."¿Infierno del insomnio, y tal vez la soledad?
Fot. Paweł Nowicki

Métodos abreviados del pensamiento y síntesis, alegre color, madera natural, formas de luz transparente construyen en breve una parábola sobre la casa, sobre ewige Wieblichkieit ... pero también de las paradojas de la naturaleza humana. Se suena aquí un tono de pesimismo un poco de de Pascal y Schopenhauer.    
Se puede esperar que el trabajo escultórico de María Cukier, llena de sensibilidad y penetrante intuición artística, se va a desarrollar aún más – a pesar de que la artista ya ha sido titulada de numerosos premios europeos – porque ella está al principio de su camino creativo.  

Paweł Nowicki





[1] Maria Cukier nació en el año 1986, en Varsovia, vive y trabaja en Zakopane. También estudió en la Academia di Belli Arti di Carrara, Italia, y pocos años pasados ​​en España. Maria Cukier jest laureatką wielu nagród i wyróżnień w konkursach rzeźbiarskich w Hiszpanii, Włoszech i Francji. María azúcar es una premio de muchos certamenes en escultura  en España, Italia y Francia. Presentó sus obras en numerosas exposiciones individuales y colectivas en España, Polonia, Italia, Gran Bretaña y los Estados Unidos. Ha participado en numerosos simposios internacionales y escultural plein-aire, Polonia, Alemania, Francia, Italia y España, y sus obras se encuentran en muchos lugares públicos de las ciudades europeas.. Recientemente, se ejecuta una carpintería para las personas con deficiencia mental PSOUU en Zakopane.

czwartek, 17 marca 2016

Wystawa rzeźby Marii Cukier w Muzeum Dwory Karwacjanów



 

 
Od 12 lutego 2016 r. w Gorlickiej Galerii Sztuki “Dwór Karwacjanów” w sali im. prof. Włodzimierza Kunza można było oglądać wystawę rzeźby Marii Cukier.[1] Artystka pochodzi z Zakopanego i jest absolwentką tamtejszego Zespołu Szkół Plastycznych im. Antoniego Kenara, a następnie Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie uzyskała dyplom na Wydziale Rzeźby w pracowni prof. Adama Myjaka.

Prace zaprezentowane na wystawie zaskakują niezwykłym  potraktowaniem tworzywa, w tym przypadku drewna. Aluzyjne nawiązanie do ludowej tradycji zostało tu dość mocno  skontrastowane nowoczesnym rygorem abstrakcyjnej koncepcji, a konkretne przedmioty użyte zostały jako pretekst do budowy nowych znaczeń. 
fot.. P. Nowicki

Użyte w jednej z prac  jasne, surowe,  nagie drewno  przywodzi na myśl delikatność kobiecego ciała. Strzelista i smukła forma, nieco łukowata jak żebro Adama, w swej szczytowej partii przybiera  zgeometryzowaną formę – lekko skręcona niczym nowoczesne konstrukcje. U dołu kompozycji wyłania się z niej tradycyjne naczynie domowe – tykwa na mleko, rekwizyt pramatki. W języku hiszpańskim istnieje powinowactwo między słowami la madre – matka i la madera – drewno, (przeciwieństwie do drzewa rosnącego – el arbol) – to, z czego coś zostało zrobione, to co użyczyło swojej tkanki do uformowania kształtu. Tego co „umartwiło” się by, być w zwyczajnej codzienności na co dzień może niezauważalne.  Skądinąd pojęcie materii wywodzi się od greckiego słowa hyle, które dosłownie również znaczy drewno – materiał dla cieśli budującego dom, statek… Artystka zdaje się wyprowadzać z drewnianego tworzywa  cały swój dom. Jasny materiał demonstruje swe możliwości, raz stając się paletą malarską, raz kuchenną deską na której, sieką nać zieloną, w końcu ewoluuje w stronę form groteskowych przypominających eksperymenty surrealistów. Ważną cześć ekspozycji zajmują drewniane poduszki, wykonane z niezwykłą hiperrealistyczną precyzją. Jest w nich rodzimy, Witkacowski absurd drewnianych poduszek – poduszek „zakopiańskich”. Drewno ukształtowane dłutem autorki imituje miękkość i delikatność pozornie przytulnej formy widzianej z oddali. Jednak, gdy podejdziemy zbyt blisko, próbując jej dotknąć, następuje rozczarowanie.  W tym tkwi swoisty suspens zarazem paradoks, który przenosi koncept artystyczny autorki w rejony zbliżone do  wyobraźni Sławomira Mrożka, czy wspomnianego już St. I. Witkiewicza. Są też inne możliwości interpretacji rzeźbiarskich przedmiotów Marii Cukier. Odciśnięte, niczym w plastelinie kształty w drewnianych poduszkach, każą poszukiwać, czy też domyślać się dalszego ciągu tej ledwie zasugerowanej rzeczywistości.  Przed nami  dwie poduszki ułożone obok siebie, każą domniemywać intymną więź dwojga ludzi. Czy to sugestia, że tylko z daleka w związkach międzyludzkich jest ciepło i miękko? Może to subtelna parafraza filozoficznej wzmianki o jeżozwierzach, które bezsilnie starają się do siebie przytulić, gdy jest im zimno. Życie we dwoje potrafi być twarde. Jasny naturalny kolor drewna wspomnianej pracy kontrastuje z osobno leżącą  poduszką w kolorze ciemnej ochry, z otworem „wypłakanym na wylot”. Piekło bezsenności, a może samotność?

Syntetyczne skróty, pogodny, naturalny kolor drewna, przejrzyste lekkie formy budują w skrócie przypowieść o domu, o ewige Wieblichkieit….ale też o paradoksach natury ludzkiej. Pobrzmiewa tu nuta pesymizmu trochę z  Pascala i  Schopenhauera.  

Można mieć nadzieję, że twórczość Marii Cukier pełna wrażliwości i przenikliwej artystycznej intuicji, rozwinie się jeszcze efektowniej, bo przecież artystka, choć już utytułowana licznymi europejskimi wyróżnieniami – jest przecież na początku drogi. 

Paweł Nowicki 




[1] Maria Cukier - ur. w 1986 w Warszawie, obecnie mieszka i pracuje w Zakopanem. Studiowała również w Academia di Belli Arti di Carrara, we Włoszech, a także przez kilka lat spędziła w Hiszpanii. Maria Cukier jest laureatką wielu nagród i wyróżnień w konkursach rzeźbiarskich w Hiszpanii, Włoszech i Francji. Swoje prace prezentowała na wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych w Hiszpanii, Polsce, Włoszech, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Brała udział w wielu międzynarodowych plenerach i sympozjach rzeźbiarskich, w Polsce, Niemczech, Francji, Włoszech i Hiszpanii, jej prace znajdują się w miejscach publicznych wielu miast europejskich. Od niedawna prowadzi pracownię stolarską dla ludzi z upośledzeniem umysłowym w PSOUU w Zakopanem.
 
 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Czytając Ganek Artura Olechniewicza

-->



               Akcja powieści Artura Olechniewicza rozgrywa się współcześnie. Szereg odniesień regionalnych oraz liczne elementy rodzimego pejzażu, do których autor zdaje się mieć stosunek bardzo osobisty powoduje, że książka wprowadza czytelnika w realistyczny, a zarazem lirycznie nacechowany obraz Rzeszowszczyzny. Tytułowy Ganek to nazwa miejscowa. Chodzi o charakterystyczną skałkę w pobliżu Zagórza – tło wakacyjnych przygód bohatera, których pamięć powraca w powieści niczym nostalgiczny refren. Obraz przedwojennego bieszczadzkiego kurortu, zjawiający się we wspomnieniach jednej z postaci, dopełnia wizerunku miejsca, nadając mu historyczną głębię. Opowieść starszej pani, która przywołuje czasy swej młodości, jest jak kolejny daleki plan, na którym ukazuje się świat przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku wraz z postaciami artystów oraz przedstawicieli niegdysiejszych elit. Tamte głosy słyszymy poprzez mowę staruszki, przez jej gadatliwość i niezborne wypowiedzi naznaczone postępującą demencją. Jednak w ten sposób przeszłość przemawia do nas i ten zabieg narracyjny autora zdaje się zręcznym pretekstem do literackiego zaanonsowania rozważań o sztuce i kondycji człowieka współczesnego. Częste nawiązania do postaci Witkacego zdają się w związku z tym nieprzypadkowe.
               Bohaterem powieści jest mężczyzna w średnim wieku, wdowiec, którego obecne życie wydaje się echem odchodzącej młodości. Często odwiedza grób ukochanej żony, którą poznał kiedyś na wakacjach u stóp w tytułowego Ganku. Paweł Buhorewicz – bo tak nazywa się protagonista – zawodowo zajmuje się instalacją systemów alarmowych. Urządzenia oparte na zastosowaniu bardzo zaawansowanej nowoczesnej elektroniki to jego specjalność. Właśnie otrzymuje zlecenie związane z przeróbką zabezpieczeń w willi podkarpackiego milionera. Tam poznaje dużo młodszą od siebie, wszechstronnie wykształconą, trochę znudzoną i zagubioną żonę gospodarza. Autor po mistrzowsku rozgrywa scenę zbliżenia dwojga ludzi. Jest w tym studium jakaś conradowska zdolność uchwycenia subtelnych detali, drobnych zawahań i źródeł decyzji – nieuchronności zdarzeń w zamkniętej przestrzeni międzyludzkiej. Pamiętamy, jak Witold Gombrowicz (także Julian Kawalec), czy w kinie Roman Polański właściwą dramaturgię swych utworów sytuowali na poziomie tych właśnie mikrooddziaływań. Olechniewicz pokazuje, że potrafi posługiwać się podobnymi środkami wyrazu.
               Jednak jakoś zbyt łatwo rodzi się ten związek; właściwie to ona wybiera jego, co w świetle późniejszego rozwoju wypadków zaczyna budzić niepokój. Naprawy systemu alarmowego stają się pretekstem do kolejnych wizyt, później bohater nadużywa swoich kompetencji – naprawia i psuje (nikt poza nim nie ma pojęcia, na jakiej zasadzie działa skomplikowany monitoring willi). Mąż wyjeżdża za granicę i niespodziewanie umiera. Zjawia się dawna przyjaciółka o zaszarganej reputacji, wraz z nią szantaż i akcja utworu zaczyna dryfować w kierunku kryminału i telenoweli. Czytelnik nie może pozbyć się podejrzenia, że być może bohater został cynicznie uwiedziony, ponieważ ze swymi kwalifikacjami zawodowymi był potrzebny do zrealizowania podstępnej intrygi. Czy potrafiłby zaprzeczyć, że choć raz nie użył swej elektroniki wbrew przyjętym zasadom? Może teraz ma stać się kozłem ofiarnym. Co kryje się zasobach pamięci komputerów? Jaką przeszłość ma piękna Martyna, zanim wyszła za mąż za milionera? Narrator dyskretnie sugeruje czytelnikowi podobne pytania, mimo to nie wikła go w sieć domysłów typowych dla intrygi kryminalnej (w dobrym kryminale to czytelnik jest detektywem, któremu narrator sugeruje hipotezy kolejnych podejrzeń).
               Streszczanie fabuły do końca nie jest chyba potrzebne, między innymi dlatego, że losy bohaterów nie tworzą metafory. Ich perypetie, które mogłyby się rozwijać w różnych wariantach, rozmywają się w powieści. Może w ten sposób autor chce uchwycić prawdę dzisiejszego świata. Olechniewicz buduje obraz z dużej ilości drobnych detali, ułożonych w chaotyczne ciągi, gdzie każdy z elementów zdaje się nieważki. Wszystkie ukazane postacie wydają się znane – z filmów i telewizyjnych seriali, których tytułów nie warto wspominać. Wszystko to już było – wydaje się mówić autor. Tym, co istotne jest uczuciowe tło przedstawionych zdarzeń.
               Co narrator może wiedzieć o swoim bohaterze? Chyba przede wszystkim to, czego jeden człowiek może dowiedzieć się o drugim na podstawie codziennego doświadczenia. Jednak okazuje się, że w różnych epokach „codzienne doświadczenie” nie dostarcza nam tej samej wiedzy. Dzisiejszy rozwój techniki przynosi istotne novum. Co narrator mógł wiedzieć dawniej – zanim nasza percepcja poszerzyła się za sprawą nowoczesnych urządzeń ułatwiających komunikację, czytaj - inwigilację? Dawniej innego człowieka można było ujrzeć przez okno i usłyszeć wtedy, kiedy się do nas zwracał. W drastycznych przypadkach można było podglądać przez dziurkę od klucza, podsłuchać rozmowę, rozsypać mąkę na schodach, żeby zostawił swoje ślady itp. Drugi człowiek był nam dany w perspektywie wyznaczonej przez zmysłowo uchwytne dźwięki, obrazy i ślady, które każdy po sobie pozostawia. Dawniej te ślady były „naturalne”, to znaczy niewzmocnione przez żadną technikę. Były po prostu takie, jakie istniały zawsze, ponieważ wcześniej nikt nie potrafił ich w sposób istotny zmodyfikować. Nie do pomyślenia było widzieć w podczerwieni, niemożliwe było permanentne podglądanie i podsłuchiwanie, połączone z automatyczną archiwizacją i selekcją zgromadzonych danych.
               Z lekcji Prousta a także Gombrowicza wiemy, jak fundamentalne znaczenie w konstytuowaniu się fenomenu drugiego człowieka mają dostępność i dystans. Co zobaczył bohater Uwięzionej zbliżając własną twarz do twarzy Albertyny? Jakie kratery i wąwozy? Śledził potem swoją ukochaną, po czym doszedł do przekonania o niedowodliwości podejrzeń o zdradę. Jednak to, co pozostawił nam Proust, nie jest psychologicznym studium chorobliwej zazdrości, lecz wielką metaforą oświetlającą fundamentalny problem relacji Ja – Ty. Jak konstytuuje się fenomen drugiego, co znika, gdy podchodzimy do niego zbyt blisko, co nam zostanie w ręku, gdy spróbujemy złapać grzywę morskiej fali. Ukazany w powieści Olechniewicza system elektronicznego podsłuchu, gdy uznamy go za metaforę, prowadzi refleksje w różnych kierunkach. Można zaryzykować twierdzenie, że problem poznania drugiego człowieka skupia w sobie całość zagadnień czasów nowożytnych:

Tymczasem pan narrator o brzasku włącza podgląd i podsłuch pokoju, gdzie śpi nieświadoma niczego para kochanków. Gotów jest wykorzystać siły nadprzyrodzone i każdą sposobność, by uszczknąć coś dla siebie i dla szanownych czytelników. A kiedy jakiś anioł zaciąga po szyje wspólną kołdrę tych dwojga grzeszników, zaraz zły robi mu przykrość, odsłaniając dla naszych oczu gołą nogę Martyny i budząc nadzieje na więcej…

               Jeśli próbowalibyśmy czytać Ganek jak powieść kryminalną, byłaby ona kryminałem nieco „rozjechanym”, z ducha filmów Almodovara i Jarmuscha, jak wówczas, gdy w popularnej piosence pojawia się nagle atonalny motyw. Zło i przemoc występują w powieści bardziej jako exempla niż wiodący temat, podobnie jak Zbrodnia i kara nie jest kryminałem, choć zawiera trzymający w napięciu główny wątek śledztwa. Powieść rozpoczyna się od rozważań o sztuce. Jest to pochwała wyciszonych tonów koloru, dyskretnie położonego na tle szarości. Ta początkowa refleksja nad rolą szarości w malarstwie wydaje się być pewną deklaracją,  jak gdyby ars poetica autora. Ostatecznie wszystkie sensacyjne motywy, które pojawiają się w Ganku, dałyby się wyjaskrawić i „pociągnąć” powieść w kierunku efektów znanych z kultury popularnej. Autor jednakże rezygnuje z takiej ewentualności, podprowadzając czytelnika zaledwie do miejsca, z którego da się wskazać podobną możliwość:

                – Nie jest to proste, proszę księdza. Jestem malarzem i powiem jak malarz. Otóż używanie szarych tonacji, nawet najbogatszych, szybko nuży. Wspomniałem, że dla kolorysty ma sens tylko jako osnowa dla rozwinięcia zasadniczej gry barwnej. Wydobycia świetlistości, ustawienia dominanty, położenia akcentów… Świat współczesny tak mocno pulsuje wszystkimi barwami naraz, że coraz mniej miejsca zostaje na spokojną krystalizację zasadniczych wartości. Na koloryt lokalny. Na poezje. Na transcendencję. Z bezładu i wymieszania wszystkiego ze wszystkim bierze się to poczucie zszarzenia.
                    
               Powieść Olechniewicza jest rozpisana na głosy, ale, jak się zdaje, tylko niektóre spośród nich wydobywają czysty ton. Świat Polski przedwojennej, który powraca w opowieściach starszej pani, zdaje się tym, za którym narrator na prawdę tęskni. Jak gdyby tylko o nim potrafił „dobrze” pisać. Może wspomnienia babci były dla autora jak luneta do lepszego świata, co przypomina Lalę Jacka Dehnela? O ile więc wspomnienia staruszki zdają się autentyczne, o tyle pozostałe fragmenty narracji mają zaburzoną dramaturgię. Już na początku ogrodnik Stiopa wygłasza obszerny monolog, w którym streszcza swój życiorys. Wypowiedź rozsadza scenę i wydaje się nieadekwatna do przedstawionej sytuacji. Pod względem stylistycznym, gdy chodzi o ukazanie pozycji społecznej postaci, monolog Stiopy jest celny, jednak postać występująca w tej roli właściwie nie powinna mówić tego, co autor jej przypisuje. Czytelnik od razu orientuje się, że w ten sposób pisarz znajduje pretekst, by przybliżyć inne czasy i ukazać społeczne-obyczajowe  tło zdarzeń. Chyba, że przyjmiemy założenie, iż Olechniewicz z rozmysłem tworzy dysonans, kreuje „atonalny” efekt.
               Podobnie, choć z nieco odmiennym rezultatem, rzecz się ma w przypadku dialogów niosących filozoficzne przesłanie. Wypowiedzi przywołujące czy wręcz cytujące ważkie myśli związane z kondycją współczesnego człowieka i dylematami moralnymi brzmią sztucznie, jakby były wyrecytowane, użyte jako gotowe intelektualne rekwizyty. Jak pamiętamy, w powieściach Dostojewskiego konflikt idei ujawniający się w dyskusjach bohaterów można było porównać do gry barw w obrazach Vermeera, gdzie ich dynamika była nośnikiem i mocą sprawczą wielkiej dramaturgii. Falsyfikaty Van Meegerena rozpoznano po tym, że kolor niczemu w nich nie służył, zdawał się dodany „na ozdobę” i co najwyżej „informował” o przypadkowym wyglądzie przedmiotów. Podobnie w powieści Olechniewicza rozmowa bohatera z dwojgiem dawnych przyjaciół wydaje się kalką dialogów, które pamiętamy z Biesów albo Braci Karamazow. Nie wynika z nich żaden intelektualny dramat, najwyżej przypomnienie, wskazujące na lekturowy kontekst. Oto jeden z przykładów, odsyłający do filozofii Witkacego: 
Witkiewicz uważał, że przyszła ludzkość odwróci się od religii, nie będzie znała filozofii i sztuki – lecz będzie „szczęśliwie” żyła – życiem zautomatyzowanym i wyzbytym wyższych celów – cicho odezwał się Buhorewicz, z miejsc żałując, ze wdał się w niepotrzebną dyskusję.
              Doprawdy tak sądził? – urażonym tonem Bożenka dała odczuć Pawłowi, iż uważa go za profana absolutnie nie uprawionego do przytaczania jakichkolwiek opinii.
               – Zakładam, że wszyscy czytali „Nienasycenie”?

               Filozoficzne przemowy bohaterów powieści Olechniewicza są jak najbardziej „słuszne” – ukazują zapewne to, co autor myśli o świecie i odsłaniają intelektualne zaplecze jego rozterek. Wszyscy czytaliśmy Dostojewskiego, Witkacego, pamiętamy tyradę Naphty z Czarodziejskiej Góry. Jednak dziś problemem wydaje się pustka, rodzaj próżni, w której nie może zabrzmieć autentyczny głos. Istotnymi problemami naszych czasów są kryzys racjonalnego dyskursu, dialogu międzyludzkiego i dialogu z tradycją. Może właśnie to chce nam zasugerować autor Ganku? Można przypuszczać, że Olechniewicz celowo posłużył się postmodernistycznym dysonansem, który ma nam przypomnieć, że wszystko już było...
               W dziejach literatury pojęcie mimesis miało różne wykładnie. Tak jak w XIX- wiecznym malarstwie pojęcie realizmu było tym, pod którym podpisać się chcieli niemal wszyscy (każdy po swojemu rozumiejąc ową „prawdę” rzeczy), tak szeroko rozumiany postulat ukazywania świata „takim jakim jest”, autora jako „zwierciadła chodzącego po gościńcu” zyskiwało różne konkretyzacje. Opisać, a więc ująć prawdę świata przeżywanego za pomocą języka, który jest żywiołem komunikacji, może oznaczać także sprawozdanie z warunków komunikacji. Nie chodzi więc o wierny opis pejzażu, postaci ludzkich czy nawet teorii, w które ludzie wierzą – słowem inwentarza świata, lecz o uchwycenie tego, jak konstytuuje się dyskurs. Chodzi zatem o zarejestrowanie tego, co jest istotnym parametrem świata bez koncentrowania uwagi na jego rekwizytach. Gdy Don Kichot natrafił na księgę, która mówiła o nim samym, było tak, jak gdyby dotarł od wewnątrz do granicy świata przedstawionego, czyli granicy możliwości świata jako pewnej narracji. To splecenie opowieści i „życia” stało się przełomem w dziejach literatury. Czy Artur Olechniewicz wprowadza nas na ten poziom rozważań? Waham się, czy udzielić odpowiedzi twierdzącej, intencje autora nie są dla mnie całkowicie jasne, a jego dzieło w pełni udane, choć na pewno inspiruje ono do poważnych przemyśleń.
                                                                                                                     
                                                                                                                   Paweł Nowicki

Tekst ukazał się rzeszowskim Kwartalniku FRAZA, 2012, 3

Artur Olechniewicz, Ganek,
Muzeum Historyczne w Sanoku, Sanok 2010. 

piątek, 27 kwietnia 2012

Biesy w gorlickim Dworze Karwacjanów





Wstawa, którą  obecnie możemy  oglądać w gorlickim  Dworze Karwacjanów obejmuje rzeźby i rysunki Piotra Biesa[1], absolwenta Liceum Plastycznego im Kenara w Zakopanem oraz  Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Kto ma w pamięci kompozycje  Władysława Hasiora albo rzeźby Marcina Rząsy, ten może stworzyć sobie wstępne wyobrażenie stylu prac artysty, wywodzącego się z zakopiańskiego kręgu tradycji twórczych. Na posadzce sali wystawowej im ks. Bronisława Świeykowskiego artysta zaaranżował przestrzenne instalacje,  m. in. Kapliczki przydrożne, Urbs, Ecclesia Cathedralis D. O.M. Na ścianach wyeksponował rysunkowa galerię zdeformowanych postaci i groteskowych twarzy nawiązujących stylistyką do prymitywnych przedstawień bożków – między innymi: Vobiscum, Homunkulus, Bożek, Wizyta.             
Piotr Bies  w swoich pracach  zdaje się dotykać najbardziej zasadniczych prawd metafizycznych, zrazem problemów fundamentalnych dla natury ludzkiej: stosunku człowieka do Boga, ludzkiego poszukiwania sacrum, pustki, jaką pozostawia po sobie Deus absconditus, także problemu człowieka współczesnego zdegradowanego przez technokratyczną cywilizację. Twórczość Piotra Biesa poddaje się interpretacji mocno uwikłanej w kontekst literacki  i żywe  wydają się  odniesienia do  dzieł Samuela Becketa,  T. S. Eliota czy wątków refleksji ukazanych przez  Czesława Miłosza w słynnej   Ziemi Ulro,  Fakt, że  Autor jest poetą, a jego wiersze nie przypadkiem trafiły do katalogu bieżącej wystawy, dodatkowo upoważnia nas do tego,  by wątek literacki uznać za jeden z kluczy do interpretacji  prezentowanych rzeźb i rysunków. Próbując przybliżyć  sylwetkę artystyczną Piotra Biesa, nie możemy również pominąć jego wielkiej fascynacji teatrem. Z jednej strony należałoby wskazać na odniesienia  do działalności scenicznej Tadeusza Kantora, z drugiej zaś na szeroką recepcję i adaptację motywów groteski, demonizmu i zarazem par excelence metafizycznego kontekstu sztuki nawiązujących do tradycji Witkacego. 
Gorlicka wystawa, stanowi kompozycyjną  intelektualną i artystyczna całość, która oddziałuje na odbiorcę w sposób przypominający sceniczną przestrzeń aranżacji teatralnej. Rozłożone na środku sali czarne prostopadłościany, wyposażone w instalację elektryczną świecą, przypominając żarzące się bryły węgla. Jest to kompozycja zatytułowana „Urbs” (łac. miasto.)  Światło wydobywa się z otworów o kształcie okrągłym, co może przywodzić na myśl okrętowe iluminatory lub wzierniki  jakichś komór, urządzeń  laboratoryjnych, w których przeprowadzany jest nieznany eksperyment.  
Należy zwrócić uwagę na sposób, w jaki artysta traktuje materiał,  nadając mu określone jakości, jak faktura, barwa czy temperatura. Tej ostatniej nie doświadczamy rzecz jasna,  dosłownie, jednak sugestia, jaka się narzuca na podstawie doznań wizualnych, zdaje się przybliżać nam powierzchnię przedmiotu. Ostatecznie na co dzień,  nie wiele spośród tego, co widzimy, dane jest nam na wyciagnięcie ręki  a świat jak się zdaje ma oczywistość  dotyku. Te matowe powierzchnie, porowate i suche wydają się ciepłe na tle  lśniącej posadzki sali wystawowej. 
Oto przed nami kompozycje, które charakteryzuje daleko posunięty minimalizm, i geometryzacja formy, które są wyrazem syntezy mogą stanowić symbol metafizycznej abstrakcji. Abstrakcja polega na uproszczeniu, redukcji, wyeliminowaniu zbytecznych detali. Wiemy skądinąd, że jednym z istotnych znamion nowoczesnych tendencji w architekturze jest całkowita rezygnacja z ozdób. Te prostopadłościenne bloki, puste w środku choć oświetlone od wewnątrz elektrycznym światłem, mogą przywodzić na myśl nasze domy, miasta – hiperfunkcjonalną przestrzeń, którą zamieszkuje współczesny człowiek. Dom to nie tylko konstrukcja budowlana - to także symbol wspólnoty - pewien przepis na życie.  
Patrząc na kompozycję zatytułowaną „D. O. M.”, widzimy  krzyż, w którego górną belkę wkomponowane są trzy puste pokoje. Znak Trójcy Świętej?  Przez drobne szybki widzimy puste krzesła, stoliki, za którymi nikt nie zasiada. Czytając tytuł: „D.O.M.”  pierwsze wrażenie wiąże się z sugestią, że chodzi po prostu o „dom” – miejsce zamieszkania, np. opuszczony dom rodzinny. Jednak jak wiemy, formuła  „D.O.M.” jest to skrót, który oznacza - Deo Optimo Maximo, czyli: Bogu Najlepszemu Największemu i jest spotykany na grobach. Czy w tym zwątpieniu wyraża się poszukiwanie Boga, który odsunął się od świata, albo ostrzeżenie skierowane pod adresem ludzi, którzy o Bogu zapomnieli. Zagubienie Sacrum przyniosło bowiem degradację człowieka – o jego boskiej cząstki nadającej doczesnemu życiu najistotniejszy sens. By uznać godność bliźniego, potrzebujemy wiary, nieraz tak samo desperackiej, jak ta, która skłania do żarliwej modlitwy o cud. Ostatecznie bardzo łatwo jest potraktować drugiego człowieka jak rzecz. Właściwie nie mamy empirycznego dowodu na to, czy ten drugi cierpi tak samo jak my. Pamiętamy Dociekania Wittgensteina, i słynny  przykład z pudełkiem i żukiem. Każdy ma dal siebie swój ból, jak żuka w pudełku, do którego nie potrafi zajrzeć nikt inny.  
Kapliczki przydrożne wykonane z drewna z lekką podhalańską stylizacją - stoją opuszczone a we wnętrzu każdej z nich – tam, gdzie zwykle znajdował się tradycyjny świątek - pusta mała kołyska, samotne białe krzesło… W jednej z kapliczek widzimy figurkę, której sylwetka przypomina Matkę Boską znaną z tradycyjnej ikonografii. Jednak postać  jest odwrócona do nas tyłem. W rzeczywistości nie wiemy kogo naprawdę przedstawia i jaką ukaże twarz,  gdy się do nas odwróci.
„Eclesia cathedralis” swoją sylwetką przypomina nam znane  świątynie – watykańską Bazylikę św. Piotra czy Santa Maria del Fiore we Florencji. Jednak w kompozycji Biesa, charakterystyczna kopuła uległa znaczącej deformacji tak, że zaostrzona i pozbawiona właściwych proporcji, przypomina dawną camera obscura, lub jakąś komorę o zastosowaniu technicznym albo militarnym. Rozparta odnogami „patrzy” żabim spojrzeniem okrągłych iluminatorów. Ma w sobie coś z anachronicznych wyobrażeń o nowoczesności i może przypominać archaiczne ilustracje do powieści Julusza Verne’a. Jest swoistą  karykaturą sakralnego pierwowzoru i sugeruje jakieś oszustwo samozwańczo podniesione do rangi religii. Przypomina się detal scenografii z filmu Seksmisja, w którym - jak pamiętamy - łudzono ludzi, że na Ziemi zabrakło powietrza. Uwięzionym w podziemnych koszarach pokazywano obraz powierzchni planety uchwycony przez peryskop, którego wystający obiektyw tkwił w brudnym namiocie.
Dla licznej grupy artystów oraz intelektualistów pierwszych dekad XX wieku maszyna i urbanizacja stanowiły przedmiot zachwytu zarazem bogate źródło twórczych inspiracji. Zakładano wówczas że, całość ludzkiej egzystencji da się zaprogramować, ująć w konstruktywistycznie rozumiany projekt, po to by na koniec uczynić ją przedmiotem racjonalnego sterowania. Byli tacy, którzy z optymizmem  odnosili się do tych nowych tendencji, jednak wielu Autorów z niepokojem przeczuwało nadchodzące zagrożenia. Już Dostojewski w idei domu ze szkła (Crystal Palace [2]) widział zapowiedź totalnej inwigilacji, zanegowania tradycyjnego stylu życia, zarazem zapowiedź spełnienia groźnej wizji tzw. „piekła Benthama”. Witkacy pisał o zbydlęceniu jako konsekwencji postępujących procesów cywilizacyjnych.   
Jak wiemy, człowiek w przeciwieństwie do układów zautomatyzowanych orientuje się w swoim życiu na cele, posiada pragnienia, a jego zachowanie nie da się ująć w żaden algorytm. Człowiek ukazuje swój unikatowy charakter, już choćby poprzez fakt, że posiada niepowtarzalną historię doznań - biografię a życie (nawet w rozumieniu fizyki) jest procesem nieodwracalnym. Chyba już  Heraklit przeczuwał u zarania tę nie-dysponowalność naszego losu. W ludzkim umyśle zdaje się nieustanie bić źródło marzeń, niepokojów, tęsknot, które jak pączkujące kiełki torują sobie drogę ku temu, co przyszłe.
Oczywiście funkcje niższych obszarów ludzkiej natury można przewidzieć i uśrednić, jednakże to, co najbardziej cenne, co miedzy innymi przejawia się w religii i sztuce albo wymyka się programowaniu, albo zostaje stłumione. Można je zagłuszyć, próbować „tworzyć” tzw. „nowego człowieka”, jednak „eksperyment społeczny”, którego ofiarą był słynny Kacper Hauser powinien służyć za przestrogę. Natura ludzka jest oczywiście skończona i ułomna o czym dawno temu pisał Blaise Pascal. Jednak ta skończoność zyskuje swą godność dopiero, gdy człowiek ociera się o nieskończony wymiar Transcendencji.  I w tym tkwi subtelna różnica, której pewien typ racjonalisty nie jest w stanie pojąć.
***
Motywem przewodnim prezentowanych kompozycji wydaje się pustka, jaka się ukazała nam, ludziom współczesnym – pustka po Bogu pustka po człowieku. Artysta wyrażając  swój niepokój, pragnie nam powiedzieć, że mimo funkcjonalności i higieny cywilizacyjne formy naszego istnienia zdają się pozbawione treści - jak puste krosna, na których perfekcyjnie tkamy nicość. Słowo ginie zgiełku, nowoczesne środki komunikacji miast ludzi przybliżać, paradoksalnie ich od siebie oddalają; narzędzia zapisu i transmisji danych, są tak doskonałe, że zbyteczny zdaje się… czytelnik. Ideałem skutecznego sterowania jest taki stan rzeczy, w którym dałoby się  wyeliminować  ryzyko, że coś ułoży się niezgodnie z planem. Bezpieczeństwo a może nawet swoiście pojęta wolność mierzy się więc przez zmniejszenie poczucia niepewności. Ten, kto steruje życiem innych ludzi, chce mieć czyste sumienie. (Może święty spokój?) Ponieważ odpowiedzialność jest ciężarem, chętnie dzieli się nią z innymi, rozpisując ją na społeczne role. Nikt nie chce podpaść przełożonym, każdy chce wrócić do domu na obiad. Nasuwa się pytanie, czy gruncie rzeczy nie byłoby wygodniej, gdyby ci sterowani, poddani kontroli byli po prostu martwi, lub gdyby powiedzmy, żyli tyko w sposób wirtualny? Jaka byłaby różnica, zwłaszcza, że coraz więcej wiedzy o świecie realnym i tak dociera nas za pośrednictwem Internetu. Gdyby tak rozbiegli się gdzieś, np. po innych planetach i mówili do nas tylko z monitorów. (A swoją drogą ciekawe, jak to jest na prawdę z tymi pieniędzmi na wirtualnych kontach. Czy w razie jakiejś globalnej awarii, odtwarzanie „substancji” nie przerodziłoby się w spór „prawie teologiczny”?) 
Na ścianach sali im ks. Świeykowskiego znajdują się obrazy, na których widnieją groteskowe twarze, okaleczone postacie,  zniekształcone „gęby”. O ile rzeźby - konstrukcje przestrzenne charakteryzują się logiczną dyscypliną, o tyle te rysunki są jakby „niedbałe” zarazem noszą  znamiona uporczywości,  chorobliwego nadmiaru. Jeżeli rzeźby Biesa zdają się wyrażać „obłęd racjonalny”, zniewolenie umysłu, ślepy zaułek scjentystycznej utopii, to wizje zawarte w obrazach są jakby rewersem tamtych wyobrażeń i ukazują mroczną stronę duszy - instynkt bez  hamulców, zbudzone upiory. Zdają się żenujące, tragikomiczne, uroczyste jak pijacki bełkot, próbujące uwodzić, robić perskie oko… Niektóre przypominają mroczne twarze postacie powieści Dostojewskiego. Czy rozum śpi mimo „wiecznie włączonego” elektrycznego światła? Czy są to demony, które wkraczają w świat, kiedy nie ma Boga?


                                                                                 Paweł Nowicki

                                                  Wystawę zwiedzać można do 9 05. 2012

                                                                                      


[1] W piątek 13 kwietnia 2012 roku w gorlickim „Dworze  Karwacjanów” odbyły się wernisaże dwóch wystaw. W sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego będziemy mogli oglądać rzeźby i rysunki Piotra Biesa. Artysta, który  jest  absolwentem Liceum Plastycznego im. A. Kenara w Zakopanem,  uzyskał dyplom na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w katedrze Tkaniny Artystycznej.  Piotr Bies ukończył także  studia podyplomowe na Wydziale Edukacji Artystycznej ASP w Poznaniu. Jest organizatorem kilkudziesięciu wystaw indywidualnych, brał udział w ponad stu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą, a także w międzynarodowych plenerach rzeźbiarskich.  Pisze również poezję i sztuki teatralne. Za słuchowisko „Sztuka! Sztuka!” otrzymał II nagrodę w konkursie Polskiego Radia i miesięcznika „Zwierciadło”.

[2] Kryształowy Pałac The Crystal Palace – nieistniejący już  budynek wystawowy wzniesiony w londyńskim Hyde Parku  w roku 1851. Budowla skonstruowana była z metalowych elementów i szkła. Por także -  Roberto Salvadori, Mitologie nowoczesności.