Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 listopada 2015

„Konstelacje” Piotra Wójtowicza



2 października 2015 r. w „Oficynie dworskiej”, w Ośrodku „Kasztel w Szymbarku” otwarta została wystawa malarstwa Piotra Wojtowicza[1] pt. Konstelacje. Zwracając się do zebranych artysta przypomniał, że patrząc na jego obrazy, jeśli pragniemy zrozumieć je  należycie, powinniśmy bardziej zwrócić się w stronę porównania odbiorem muzyki – ze względu na rytm, konstrukcję a także rezonans jaki w nas budzi – niż szukać odpowiedzi na pytanie, co przedstawia – jaki „oryginał” w świecie pozamalarskim posłużył artyście za model? Owszem to, co widzimy na płótnie posiada pewne przedmiotowe konotacje, ukierunkowania wyobraźni, jednak w żadnym razie, interpretacja dzieła nie powinna wychodzić od tradycyjnej próby znalezienia odpowiedzi pytanie „co to jest”. Artysta w swoim autokomentarzu mówił źródłach inspiracji jednej ze swych prac. Wskazywał konkretną miejscowość – podrzeszowską Węglówkę, którą ujrzał nocą pod gwiaździstym niebem. Jednak wspominając o tym, miał na myśli moment artystycznego olśnienia, czas i miejsce, w którym zrodziła się koncepcja dzieła, zaś obraz sam w żadnym wypadku nie da się zaliczyć do kategorii pejzażu.
W trakcie wernisażu Autor nawiązując do historii sztuki najnowszej, podkreślał swoje zauroczenie twórczością Nikifora Krynickiego. To właśnie te „Nikiforowe” linie, siatki i kraty z pozoru przypadkowe plamy i kropki stanowią plastyczny arsenał środków stosowanych w malarstwie Wójtowicza. Jego obrazy to (Jak pisze we wstępie do katalogu wystawy) wizje zainspirowane widokiem gwiaździstego nieba. Niektóre ze znaczonymi kształtami konstelacji, inne tworzą formy przypominające regularnie poukładane gałązki, (runy?) – pierwotne sposoby oznaczania, wiązania w sensowną całość tego, co przerasta i wymyka się ludzkiemu pojmowaniu.  Jest także  motyw bezradności i naiwnej wiary, jak u pierwszych ludzi, którzy z nabożną czcią spoglądali w niebo, widząc w nim tajemnicę i  przeznaczenie. Niekiedy zamierzony infantylizm rysunku podkreśla  wrażenie  tego, co przekracza ludzką miarę – skalę wielkości, zarazem zdolność realnego wyobrażenia. Przychodzi na myśl Pascalowska wizja człowieka rozpiętego między nieskończonościami – tragizm, który można próbować oswoić, przyjmując postawę dziecka. Std być może artysta zapożyczył nieregularne koła, elipsy i  kropki niczym na rysunkach dzieci. Są na wystawie prace, w których dominuje regularność i porządek – pod pozorem pewnej nieostrości widzenia – wyrażające matematyczny ład kosmicznych  nieuchronności. Fakt, że ugwieżdżone niebo ma swoją mechanikę, którą należy wyjaśniać przez dowołanie się do praw fizyki, było odkryciem starożytnych Greków. Wcześniej, zresztą przez długi czas równolegle do astronomii, rozwijało się pojmowanie zjawisk na niebie jako form symbolicznych – takich które bardziej „znaczą”, niż podlegają przyczynowym zależnościom. Czy ruch gwiazd widzianych na  niebie jest widowiskiem do interpretacji, czy mechanizmem, którego działanie należy objaśnić – oto dwie drogi, którymi szła ludzka myśl od stuleci. Odkąd nowożytna nauka dokonała odczarowania świata, tylko przez sztukę, w subiektywności wizji i interpretacji możemy próbować pozwolić sobie na namiastkę metafizyki. (Choć są nowe naukowe hipotezy, według których wszechświat jest wielkim hologramem).
Oto jesteśmy – mali, na tle ogromu, wobec którego czujemy się jak dzieci, które oglądają jakiś bajkowy spektakl. Bywa też odwrotnie – gdy patrzymy na nocne niebo, nieraz ogarnia nas poczucie, że ta bezkresna dal, nieogarniona przestrzeń kurczy się w i zdaje dekoracją „jak gdyby z papieru”. Wszystko wydaje się wtedy jakieś małe i „umowne”  jak scena po której dane jest nam chodzić  przez kilkadziesiąt lat. Niebo jakieś niskie, księżyc „doklejony” – takie doznania zdarzają się rzadko i kiedy przychodzą, ocieramy się chyba o rodzaj mistycznego transu.
Artysta operuje na obrazach „przygaszoną” kolorystyką – wiele obrazów wydaje się niemal monochromatycznych. Lecz jeśli podejdziemy dostatecznie blisko – ukazuje się  nam  bogactwo subtelnych odcieni, malarskie mistrzostwo najwyższej próby. Jak choćby obraz z dominantą błękitu, w którego prostokątnym centrum pulsują walorowe odcienie. Czy jest to metafora dziennego nieba, na którego obrzeżach  gwiazdy i planety, (przed wschodem, lub po zachodzie), tworzą kręgi mogące przypominać  tarcze strzelnicze  Jaspera Johnsa. Gdzie indziej punkty połączone czarnymi liniami układają się w rytmiczne konstrukcje, jak liche układanki z zapałek albo nieudolne rysunki – próby połączenia świetlnych punktów na niebie. Tak pewnie w zamierzchłej przeszłości doszukiwano się kształtów konstelacji.
Malarstwo Wójtowicza ma w sobie coś, co skłania do medytacji – rytm jak powtarzające się słowa mantry, błękitny prześwit pustki, sugestia kruchości, tymczasowości, wręcz iluzoryczności tego, zdaje się dotykalne, realne. Odbiorca musi się poddać jego dyskretnemu urokowi aby przez moment poczuć dreszcz, olśnienie, w końcu katharsis, duchową przemianę.
Autor pisze w katalogu wystawy:
W dzień są niewidoczne. Ukryte za przezroczystą chmurą światła czekają na swój moment. W międzyczasie, prawdopodobnie dość obojętnie obserwują nasze kroki. Codziennej zabieganie lub po prostu siła przyzwyczajenia nie pozwalają dostrzec najbliższej z nich. Szczerze mówiąc, to zdumiewające… Dopiero gdy purpurowa wycofa się za horyzont i pozostawi po sobie grantową ciemność odczuwamy rodzaj zawieszenia, może nawet niepokoju. Wtedy, cicho, powoli i niespodziewanie zaczyna sypać się na nasze głowy wodospad pulsujących, jasnych punktów. Niektórzy odruchowo kierują ku nim swoje spojrzenia i nie wierzą własnym oczom…. Jak to w ogóle jest możliwe? Szczęśliwi, jeśli w takiej chwili dziwią się wszystkiemu.
Spotkanie z malarstwem Piotra Wójtowicza jest doświadczeniem kosmicznym i metafizycznym zarazem. Zachwyt wszechświatem danym jako physis – jego nieskończonością, prowadzi nas ku refleksji nad kondycją ludzką, której wyznacznikami są znikomość i śmierć. Skończoność, wobec której wszelkie starania zdają się wzruszające jak ruiny ścian z trawy, jak rysunki dziecka. Jest jeszcze piękno. Niczyje?
Paweł Nowicki









[1] Piotr Wójtowicz ur. w 1958 r. w Stalowej Woli jest absolwentem  PLSP w Jarosławiu. Studiował na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dyplom uzyskał w pracowni Jana Szancenbacha. Uprawia rysunek i malarstwo. Jest autorem  kilkunastu wystaw indywidualnych, min. w Krośnie, Krakowie, Rzeszowie, Bydgoszczy, Sandomierzu, Stalowej Woli, Poznaniu, Częstochowie, Gorlicach, Montpellier ( Francja ). Brał udział w wielu wystawach zbiorowych, między innymi w 1985 r. "Droga i Prawda" w kościele Św. Krzyża we Wrocławiu, w 1988 r. "Szancenbach i uczniowie" w Krakowie, w 1991 r. "Powroty - wystawa artystów ziemi lasowiackiej" w Stalowej Woli, w 1993 r. w Galerii Rostworowskiego w Krakowie, w 1995 r. "Ślady-Znaki-Symbole" w BWA w Bydgoszczy.Kilkakrotnie pokazywał swoje prace na Jesiennych Konfrontacjach w Rzeszowie, Międzynarodowych Biennale Malarstwa "Srebrny Czworokąt" w Przemyślu, Festiwalach Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie oraz na wszystkich ważnych wystawach krośnieńskich. Brał także udział w wystawie "Paisaxe Remota - Paisaxe Futura" w 1989 r. w Santiago de Compostella. Wielokrotnie nagradzany, trzykrotny stypendysta Ministra Kultury i Sztuki. Obecnie nauczyciel w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Krośnie.

niedziela, 23 września 2012

Jesień w Dworze Karwacjanów Malarstwo Józefa Gazdy i rzeźba Stanisława Cukiera

Tegoroczną jesień w gorlickim Dworze Karwacjanów zainaugurowały dwie bardzo interesujące wystawy, do zwiedzania których należałoby zachęcić jak najszersze grono publiczności. Zarówno obrazy Józefa Gazdy zaprezentowane w sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego, jak również rzeźby Stanisława Cukiera, które oglądać można w sali kameralnej, sytuują się w wysokich rejonach osiągnięć polskiej sztuki współczesnej.
Prace zgromadzone na obu ekspozycjach przemawiają do nas przystępnym językiem a zawarta w nich pewna rekapitulacja zjawisk artystycznych XIX i XX wieku może mieć dodatkowy walor edukacyjny.
Józefa Gazda jest uczniem Wacława Taranczewskiego. Jeśli bardzo szeroka formuła postimpresjonizmu może dziś jeszcze cokolwiek wyjaśniać, to niewątpliwie znajduje ona zastosowanie w przypadku malarstwa tego Artysty. Świetlistość zdecydowanych  barw nakładanych w szkicowym pośpiechu buduje przejrzyste struktury, a rozproszone plamy powodują wibrację, nadając kompozycjom niemal ulotność powietrza. Dla rozegrania partii światłocienia Autor w sposób typowy dla impresjonistów nie używa czerni ani pigmentów ziemi. Zarówno światło i przestrzeń obrazu wydobyte są czystym kolorem.  
Artysta programowo pozbawił swe prace tytułów, by wyeliminować wszelki pozamalarski - literacki kontekst, wychodząc z założenia, że odbiorca ma przede wszystkim widzieć kompozycję barwną - strukturę plam i kierunków zbudowaną na płaskiej powierzchni płótna. Ale przecież motywy są bardzo czytelne – pejzaż i martwa natura, gdzie miękko wsiąkający kolor, wysmakowane subtelności światła zdają się osnową każdej malarskiej opowieści. Przy bliższym poznaniu jednej z kompozycji odnajduję paletę barw w duchu Kandinsky’ego. Patrząc, zapominam o martwej naturze by w końcu uświadomić sobie, że  właściwym przedmiotem mojej kontemplacji  jest barwny ornament.
 Zwraca uwagę inna spośród martwych natur – obraz z  dominantą błękitów i różu, w którym cień wydobyty jest gwałtownym przejściem szmaragdowej zieleni i alizaryny. Przestrzeń fundują rozsypane plamy jakby chaotycznie biegnące do przodu. Przedmioty zdają się nie trzymać miejsca, ale ich porządek wynika z konstrukcji. Pejzaż z ogrodem jesiennym  z dachem domu w głębi może przypominać znany temat Camille Pissarra. Jeden wyjątek stanowi obraz w odcieniach szarości. Pejzaż ten przedstawia jakieś zabudowania nad wodą, może stary młyn… Zgaszona tonacja została tu osiągnięta przez zmieszanie błękitu i ochry ale obraz świeci subtelnym kolorem.
Jedna z prac zachwyca po mistrzowsku skonstruowaną partią horyzontu. Widzimy pejzaż  wielkomiejski, zarysy wieżowców – współczesność odkrywczo rozpoznana dla tej konwencji malarstwa. W innym miejscu stogi siana z wyraźną aluzja do Claude Moneta zdają się pozostawać w aurze belle epoque. Takie skojarzenia uświadamiają mi fakt, jak bardzo twórczość J. Gazdy zakorzeniona jest we wspaniałej europejskiej tradycji malarstwa.  
Pewien  niedosyt sprawia jakby pobieżność kilku kompozycji - partie koloru rozrzedzone bielą zdają się szkicowe i niezbyt  dźwięczne…  Ale jest to być może pewne nieporozumienie wynikające z założonego przez Artystę odmiennego dystansu, jaki trzeba przyjąć patrząc na te prace. Może podchodząc zbyt blisko widzimy szczegóły, które znikają w bardziej odpowiedniej - dalszej perspektywie. Są obrazy, do których nie należy podchodzić zbyt blisko. Na rzecz takiej interpretacji dodatkowo mogłaby przemawiać ogólna koncepcja całej ekspozycji. Wchodząc do sali doświadczmy olśnienia wielością obrazów, których jaskrawość uderza nas swą symfoniczną fanfarą. Zdaje się, że ta wystawa jest jak wielki ornament, w którym zatraca się niejeden detal.

***
W sali kameralnej im. prof. Włodzimierza Kunza zostały zaprezentowane rzeźby Stanisława Cukiera. Prace wykonane z brązu są oszczędne i  zwięzłe a  zarazem  pełne subtelnych aluzji.  Pewnym tropem do ich interpretacji mogłoby być chyba odniesienie do egzystencjalnych motywów twórczości Adama Myjaka. Postacie ludzkie, popiersia i maski z których twarzy przemawiają  ironia i uduchowienie, ulotność, które sugerują,  że to co ludzkie wymyka się definicjom i ścisłym naukowym tezom. Boży idiota zapatrzony w niebo zdaje się najbliższy prawdy. Czy ma w sobie smutek Pierrota z obrazu J. A. Watteau? Jego „mimetyczność” w sensie aktorskiej pracy mima wyraża się poprzez twarz i mowę gestu. W czasach gdy zabrakło słów, to tylko pozostaje. Rzeźba pod tytułem  Modlitwa przedstawia twarz która rozpływa się w natchnieniu, pełna pokory materia brązu odsłania swoją chropowatość. Gdzieindziej powierzchnia gładka jak zwierciadło, w którym przegląda wszechświat, wyraża spokój i jakby nieobowiązywalność doczesnego kształtu. Łódź skonstruowana jest kawałków metalu prostych jak pociągnięcia pędzlem.  Motyw łodzi  ma oczywiste konotacje chrześcijańskie, niesie zarazem symbolikę kruchości ludzkiego losu. Nasuwa się  kontekst powieści Conrada.  
Prace Stanisława Cukiera przemawiają do nas napięciem powierzchni, która zdaje obdarzona wrażliwością skóry. Dynamizm rodzący się gdzieś w głębi uzewnętrznia się przez zarysy pęknięć co daje złudzenie, jakby każda bryła wzbierała od wewnątrz i jakaś siła próbowała przebić się w kierunku widza. (Głowa Nowosielskiego)
Jest w rzeźbach Stanisława Cukiera pewien nieuchwytny paradoks, gorzki humor dowcip, zarazem kameralny wymiar rzeźbiarskiej kreacji – taki na ludzką miarę,  bez patosu czy monumentalizmu.    

                                                                           Paweł Nowicki



JÓZEF GAZDA - ur. w 1941 r. W roku 1959 ukończył Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu. W latach 1959-1965 studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale Malarstwa i Grafiki. Dyplom uzyskał w pracowni prof. Wacława Taranczewskiego. W roku 1965 zamieszkał w Rzeszowie. Członek Związku Polskich Artystów Plastyków. W latach 1966-1972 kierował Biurem Wystaw Artystycznych w Rzeszowie. Od 1980 do 1996 profesor w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie. W 1998 r. został członkiem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Przemyślu, a w roku 2008 Członkiem Honorowym Podkarpackiego Towarzystwa „Zachęty” Sztuk Pięknych w Rzeszowie. Od ukończenia studiów bierze udział w licznych wystawach i konkursach plastycznych.
Uczestniczy w aukcjach dzieł sztuki - między innymi: aukcjach Polskiego Malarstwa Współczesnego w Nowym Jorku organizowanych przez Wiesława Ochmana, aukcjach Towarzystwa Pomocy im. Św. Brata Alberta „Bliźniemu Swemu”.
Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień — między innymi: Nagrody Ministra Kultury i Sztuki za wybitne osiągnięcia dydaktyczne i wychowawcze, Nagrody Miasta Rzeszowa w dziedzinie kultury i sztuki za wybitne osiągnięcia artystyczne w dziedzinie plastyki, Nagrody Artystycznej im. Zbigniewa Jana Krygowskiego, I i II nagrody w Ogólnopolskim Konkursie na Grafikę Artystyczną w Łodzi. Wyróżniony dwukrotnie tytułem „Zasłużony Działacz Kultury”.
Józef Gazda jest uczestnikiem wystaw zbiorowych malarstwa i grafiki w Austrii, Niemczech, Francji, Ukrainie, Litwie, Węgrzech, Słowacji, USA, Włoszech, Belgii, Grecji. Autor 12 wystaw indywidualnych. Prace Artysty znajdują się w zbiorach i kolekcjach w kraju oraz zagranicą (w USA, we Włoszech, we  Francji, w Niemczech ,w  Austrii, na Słowacji, i na Ukrainie).

Stanisław Cukier, urodzony w 1954 roku w Zakopanem. Ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. A. Kenara w Zakopanem. W latach 1976-1981 studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom z wyróżnieniem w pracowni prof. Zofii Demkowskiej. Od roku 1981 brał udział w wystawach zbiorowych krajowych i zagranicznych, reprezentujących medalierstwo i rzeźbę polską ( m. in. w Londynie, Budapeszcie, Bratysławie, Genewie, Poznaniu, Zakopanem, Toruniu, Zamościu; kongresach FIDEM: 1983-Florencja, 1987- Colorado Springs, 1989- Helsinki, 1994- Budapeszt) oraz 1989 roku w jubileuszowej wystawie: Profesor Zofia Demkowska i jej uczniowie, Warszawa, Muzeum ASP. Od 1988 roku jest członkiem Federation Intemationale de la Medaille.
Ważniejsze wystawy indywidualne:  1987 -BWA, Galeria B, Toruń;  1988 -BWA, Włocławek; 1988 -BWA, Legnica;  1989 -Galeńa ` Inny Świat"; 1991 -Galeńa YAM, Zakopane; 1991 -Galeńa `Kanonia", Kraków; 1991 -BWA, Kielce; 1991 -Galeńa Dembińskich, Warszawa; 1992 -Mała Galeria, BWA, Nowy Sącz ; 1992 -Galeńa A. Rząsy, Zakopane; 1995 -Galeńa "Ostrołęka", Galeria "C" BWA Ciechanów.
Ważniejsze wystawy zbiorowe: 1992 -X Międzynarodowe Biennale Dantego, Rawenna, Włochy;  1993 -" Mirois obscurs", Albert Constantin Galerie de la Rize, Lyon, Francja; 1993 -Centre des Arts de Meylan, Grenoble, Francja; 1994 - `Salon de Printemps '94", Palais Municipal de Lyon, Francja; 1994 -44 współczesnych artystów wobec Matejki, Muzeum Narodowe, Kraków; 1996 -FIDEM Neuchatel, Szwajcaria, FIDEM – Wrocław;  1998 - Haga, Holandia; 1999 - Dla Edyty Stein ", Kraków, Wrocław, Oświęcim, Lublin.
Nagrody i wyróżnienia:1983 -Wyróżnienie w konkursie " Chrystus w życiu człowieka" za pracę " Bolesna"; 1986 -Nagroda na I Triennale Rzeźby za pracę " Portret Żony";  1989 -Grand Prix na II Triennale Rzeźby za pracę "Portret Syna";  1992 -Złoty Medal na Biennale Małej Formy Rzeźbiarskiej w Ravennie za pracę "Dante", Włochy.
Prace w zbiorach:  Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Krakowie, Warszawie oraz British Museum w Londynie.

Gorlicka wystawa prac Adama Konieczki

-->
W sierpniu w Dworze Karwacjanów zorganizowano retrospektywną wystawę prac Adama Konieczki, zmarłego w 2008 roku Artysty, absolwenta krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, ucznia Zbigniewa Pronaszki oraz Zygmunta Radnickiego. Urodzony w 1919 roku w Humniskach koło Brzozowa, Adam Konieczko uprawiał malarstwo sztalugowe, grafikę malarstwo ścienne a także i kolaż i reliefowe techniki własnego autorstwa. Znalazł się w życiu Artysty epizod związany z Ziemią Gorlicką. W latach 60-tych Adam Konieczko wraz z Henrykiem Wójcikiem wykonał polichromię w kościele p. w. św. Zofii w Bobowej. Sporządzał również dokumentacje ludowych motywów dla prof. Romana Reinfussa. Na uroczysty wernisaż przybyli córka i syn Artysty oraz liczni krewni i przyjaciele.        
Prace, które zaprezentowano na gorlickiej wystawie czytelnie ilustrują najważniejsze dokonania Adama Konieczki i pochodzą z różnych okresów jego działalności. Znalazł się tu zarówno wczesne obrazy i grafiki będące świadectwem epoki lat pięćdziesiątych, w której rozpoczynał swą karierę, jak i dzieła reprezentujące ugruntowany w latach 70 XX wieku w pełni indywidualny styl. Widoczne wpływy koloryzmu rozpoznać można w serii portretów oraz w pejzażach (na jednym z nich uważny obserwator zdoła rozpoznać gmach krakowskiej AGH).  Jest także obraz, w którym Artysta najwyraźniej usiłuje sprostać urzędowym wymaganiom czasów socrealizmu, a zarazem zachować artystyczną uczciwość. Jest to Robotnik przedstawiający nieco egzotyczną  postać o czarnej twarzy i obfitych czerwonych wargach. Chodzi oczywiście o górnika umazanego węglem, jednak nuta ironii i subtelnie wysmakowany malarski żart trafiają do uważnego odbiorcy.  Inne portrety utrzymane są w tonacji barwnej, w której zdaje się  pobrzmiewać dalekie echo tropikalnych obrazów Gauguina.
Wysmakowana, utrzymana w ciemnej gamie kolorystycznej tonacja wiedzie nas ku estetyzacjom lat 60 tych (Kompozycja, 1963, Martwa natura). Istotnym rysem twórczości Artysty tamtego okresu  zdaje się pragnienie porządkowania wielości przedmiotów, próba ogarnięcia chaosu i wykorzystania go jako malarskiej materii.  Obraz Otwarta Szuflada, rozszerza zakres stosowanych przez Artystę środków wyrazu o metaforę poetycką.  Niewątpliwie mamy tu do czynienia z twórczością  uwikłaną w konteksty  pozamalarskie, gdzie ukazane bądź zasugerowane rekwizyty odnoszą się do konkretnych doświadczeń historii. (ordery, biało-czerwone wstążki).  Klucz do zrozumienia zamysłu autora zawiera się także w tytułach prac (Dom, którego już nie ma, 1963). Do tego nurtu należy zaliczyć niewątpliwie kompozycje reliefowe, jak Echo (Partyzantom) z lat 60 czy Na granicy z roku 1970. Oglądając obrazy Adama Konieczki nie możemy zapominać, że Artysta  jest także poetą, i że jego twórczość  posiada silne literackie nacechowanie.    
Na gorlickiej wystawie możemy oglądać grafiki Autora a także liczne formy reliefowe z  późniejszego okresu twórczości. Czy zawarte w tych collage’ach nadrealistyczne kolekcje „magicznych” przedmiotów przypominają kompozycje André Bretona? Jakaś moneta, medalion, drucik, kawałki spalonego drewna wklejone w strukturę malowidła powodują, że tworzywo zyskuje spotęgowaną indywidualność wręcz magiczną,  tajemniczą tożsamość. (Miasteczko, 1966, Na przykład w tym miejscu 1975, Zielone drzewo przypadku, 1975). Przedmioty znalezione, które posiadają swą unikatową historię, decyzją Artysty użyte jako elementy malarskiej  kompozycji, stają się akcesoriami rzeczywistych artystycznych zdarzeń, które nadają im tym samym, nowe, ważne znaczenia.
Oczywiście nie wolno nam zapominać, że collage’s Konieczki są przede wszystkim obrazami. Jeśli pominąć specyfikę „tworzywa” (ostatecznie kto powiedział że malować należy farbami z tuby).  Malowano błotem, krwią, układano wzory z wyschniętej trawy, robiono rzeźby z chleba albo cukru.  Bogata faktura i sposób rozwiązania problemów kolorystycznych w kompozycjach Konieczki dowodzą, iż mamy do czynienia z malarstwem par excelence.  
Do prac z tego nurtu twórczości możemy odnaleźć wiele europejskich  odniesień i kontekstów - choćby malarstwo materii J. Dubuffeta zaś kompozycje Miejsce modlitwy z lat  70 czy Oczekiwanie cudów 1969, mogą nam przypominać  kosmiczne pejzaże Yvesa Tanguy.  
***
Nic bardziej dramatycznie nie uświadamia nam nieuchronności śmierci niż  spuścizna  przedmiotów, tworzących dzieło życia, o którym wiadomo, że nie będzie już mieć kontynuacji. Snując refleksję nad gorlicką wystawą, (która jest pro memoria),  próbuję nadać jej sens, niejako uporządkować, jak wypowiedź urwaną w pół słowa, odczytać jej zamierzony finał. Natura samego myślenia zmusza nas do poszukiwania uogólnień, także do tego, by życie ogarnąć w statyczną formułę i podsumować jako pewną jedność. A przecież sztuka będąc wyrazem życia, rodzi się z poszukiwań, przypadkowych natchnień i rozwianych marzeń i nadziei. Zachwyca nas tym, co unikatowe i niepowtarzalne, lecz gdy tylko próbujemy ująć to w pojęcie, odbieramy mu jego rzeczywistą istotę.
Życie jest wzrastaniem, krystalizowaniem sensu, odsłanianiem się coraz to nowych widoków, które odchodząc w przeszłość ukazują coraz to bardziej zawiły wzór. Jest to nasze nieustanne wnikanie w czas, tkanie wątku na coraz to nowych krosnach. Tak, jak żyłkowanie liścia streszcza strukturę gałęzi, a ta zaś odzwierciedla wzór korony drzewa, tak rytm ludzkiego życia niesie samo-podobieństwo, niczym temat muzyczny rozwijający się w coraz to nowym instrumentarium.  
***
Odwiedzając gorlicką wystawę A. Konieczki, musimy mieć świadomość, że staniemy wobec obrazów wymagających zaangażowania. Według Hansa Georga Gadamera, rozumienie dzieła sztuki wydarza się w naszym życiu – tak, jak spotkanie z drugim człowiekiem, jak rozmowa albo przyjaźń. Sens, przesłanie obrazu nie jest czymś danym raz na zawsze, jak materialny przedmiot, który moglibyśmy wziąć do ręki. Sens jest procesem i wydarza się. Jest jak  spotkanie, które ma swą dramaturgię i tym samym może się nie udać. Obraz może się nam wydać niczym trudny tekst, jak książka, której nie zrozumiemy od razu, jak rozmówca - nieprzystępny, z którym trudno nawiązać porozumienie. Jednak by dowiedzieć się czegoś nowego, musimy podjąć ryzyko stawiania pytań – ryzyko dialogu z kimś, kto jest od nas na prawdę różny, to znaczy przekracza nasz skończony, jednostkowy punkt widzenia. Takie spotkanie niesie ze sobą istotny przyrost bytu, tym samym  przyrost sensu. W ten sposób sami wzrastamy duchowo.
                                                                                                 Paweł Nowicki

Wernisaż wystawy odbył się 27 lipca 2012 r. Fotoreportaż  znajduje się na stronie Muzeum „Dwory Karwacjanów i Gładyszów” w Gorlicach,  w miejscu: http://www.gorlice.art.pl/component/content/article/56-ostatnio-w-muzeum/959-wernisa-wystawy-adam-konieczko-malarstwo-grafika.html

piątek, 10 lutego 2012

O malarstwie Zbigniewa Grzyba (Wystawa w Szymbarku, wrzesień 2011)

-->
„(…) malarstwo abstrakcyjne nie tkwi korzeniami w malarstwie, ale w dekoracji. Źródła jego są egzotyczne i leżą w odsakralizowanej magii, w dywanie, w ceramice.” 
                                                                                                                                                                 Konstanty Jeleński, 

"Gdy maluję, kieruję się instynktem malarskim, ideą bez końcowej wizji obrazu. Kontroluję proces do pewnego punktu, po którym obraz "tworzy się sam”. Gdy uznaję, że każdy element obrazu stanowi całość, przerywam proces tworzenia. Moje malarstwo nie ma żadnej teorii, nie ma politycznego przesłania, kontekstu - istnieje tylko obraz. Linie same w sobie są odzwierciedleniem energii procesu tworzenia."
                                                                                Zbigniew Grzyb

We wrześniu 2011 roku w Ośrodku Konferencyjno-Wystawienniczym „Kasztel w Szymbarku” mieliśmy okazję oglądać wystawę prac Zbigniewa Grzyba[1] - znanego artysty malarza zamieszkałego obecnie w USA. Wernisaż ekspozycji zbiegł się w czasie z rozpoczęciem w gorlickim Dworze Karwacjanów Międzynarodowego Polonijnego Pleneru Malarskiego „Wschód – Zachód” Gorlice 2011, w którym Zbigniew Grzyb  uczestniczył. 
Zbigniew Grzyb, olej, płótno (fot. P. Nowicki)

Jeśli porównać wcześniejsze prace Zbigniewa Grzyba (choćby te, które zamieścił w swej wirtualnej galerii) z eksponowanymi w Szymbarku, można odnieść wrażenie, że jego aktualne aranżacje malarskie charakteryzują się  pewnym wyciszeniem. Kolor, którym Artysta posługiwał się dotąd w sposób wystudiowany, nasycony i z dużą intensywnością, (tak, że zdawał się głównym nośnikiem i środkiem ekspresji całej kompozycji), uległ istotnym ograniczeniom. Te niemal samoistne błękity (wręcz przypominające IKB),  czy w podobnym natężeniu użyte oranże ustąpiły miejsca rozrzedzonym bielą, niemal monochromatycznym kadencjom i tylko charakterystyczny rysunek rozgałęzionych linii przypomina dawne prace Artysty. Jednak to „zgaszenie koloru” wydaje się interesującym świadectwem, a być może początkiem nowych poszukiwań twórczych.           
Szukając klucza do interpretacji malarstwa Zbigniewa Grzyba należałoby zapewne pamiętać o dokonaniach takich filarów amerykańskiego malarstwa,  jak  Jackson Pollock czy Jasper Johns. Właśnie amerykański ekspresjonizm abstrakcyjny, bo taką formułę najłatwiej chyba przywołać, chcąc dokonać jakiejś choćby prowizorycznej klasyfikacji, pozwala na znalezienie ważnych dla potrzeb tego wywodu odniesień.  Genezy tego rodzaju malarstwa upatruje się już wśród najstarszych artefaktów, znanych z grot w hiszpańskiej Altamirze czy francuskim Lascaux. Prastare malowidła, których istotnym źródłem była spontaniczność rodziły się z zachwytu i trwogi w odwiecznym misterium spotkania człowieka z zagadką nieznanego. Kiedy na mgnienie oka - i być może tylko nielicznym - świat wydał się nagle ograniczoną całością, którą jak gdyby można wziąć do ręki, rodziła się odwieczna ludzka potrzeba uczynienia znaku, pozostawienia śladu, choćby miał to być zaledwie odcisk własnej dłoni. Prace Zbigniewa Grzyba można umiejscowić w ciągu tej tradycji, która w XX wieku znalazła oryginalne odgałęzienia. Pozorna bezprzedmiotowość tego typu malarstwa oraz przysługująca mu ekspresyjna dekoratywność zdają się potwierdzać tylko jego ekstatyczny charakter.
W szymbarskiej Oficynie dworskiej, na ścianach z surowego kamienia oglądamy cykl obrazów, w którym poszczególne prace zdają się do siebie podobne, różniąc się zaledwie jak struktura linii papilarnych wielu ludzkich dłoni – niepowtarzalne,  choć razem, w całości ekspozycji bardzo są do siebie zbliżone. Na pozór w odcieniach szarości, monochromatyczne - faktycznie jednak  pulsujące subtelnym kolorem kompozycje Grzyba, zawierają w sobie potencjalnie całość spectrum barw jak nieokreślona pora dnia lub „barwa” wnętrza umysłu, gdy zamkniemy oczy. Jasne płaszczyzny są poprzecinane ciemnymi liniami, których czarny kontur układa się w kontrastowe  sieci. Czyste kolory ukazują się z rzadka i jak gdyby w przebłyskach a widziane z oddalenia,  zlewają się na płótnie,  tworząc szarawą powierzchnię. Kontur czerni z dominantą  bieli  Artysta wzbogaca  niekiedy o kolory podstawowe – błękit, czerwień, żółć.
 Artysta twierdzi, że realnym punktem wyjścia dla tych kompozycji były obserwacje gałęzi nad pobliską rzeką, zarośli, patyków naniesionych przez wiosenną powódź. Z przypadkowych układów cieni, z przecięć kierunków Artysta buduje regularność organicznych malarskich struktur, tworząc plastyczne hieroglify świadomości pogrążonej w transie medytacji. Rozjaśnione partie obrazów uzyskuje  przez zmieszanie bieli, utrzymując je w jednostajnym rytmie, a na pozbawionych głębi, cielistych powierzchniach konstruuje siatkę rozwidlających się linii. Właściwie mogłoby się zdawać, że mamy tu do czynienia tylko z ornamentem. Jednak kompozycje te pod chropowatą powierzchnią faktury pulsują zawiłym nurtem roślinnych odrostów, tajemniczym rytmem barw. Kolor zmienia się poprzez prześwity a formalny zabieg „przecierek” innym kolorem podkreśla żywioł i dynamizm natury, o której wiemy, że obywa się bez przerw, stanowiąc proces. Artysta mówi o „organiczności linii, o narratywności zrównoważonej z abstrakcją”.
-->Gdy czerń dominowała w obrazie, przyciszyłem ją i teraz ona pracuje w całości. Teraz mam taką ideę, by robić obrazy czarno-białe, potem je przebarwiam… Jak maluję w pracowni, wówczas mam większy rozmach. No i te duże formaty… mam wystawę np. w Manchesterze 9 stóp na 9 stóp 11 na 6… to robi inne wrażenie  - organiczne i brutalne  tak,  by pracowało w całości”.  Mamy wrażenie, że zagłębiamy się w miąższu przedmiotu, zarazem dotykając ulotności osobistych doznań. To, co na moment ukazuje się w polu widzenia, przenika w prastarą rzeczywistość mitu, łącząc teraźniejszość z dowolnym „przed” i „po” jakby poza czasem. Można odnieść wrażenie, że Artysta utrwala w ten sposób swój „monolog wewnętrzny”, strumień przeżyć z pogranicza percepcji i wyobraźni, wykonując wizualizacje ekstatycznych stanów swojego umysłu.
Czy myślimy obrazami, czy ciągami zdań? Jakie wizualizacje towarzyszą treściom naszej świadomości? A może obrazy ukazują się nam tylko jako nie-znaczący akompaniament dla logicznych treści? Co staje mi przed oczyma, gdy uświadamiam sobie znaczenie np. słowa „symfonia”? Na co dzień może nie stawiamy sobie takich pytań, choć każdy z nas nieustanie ma w polu widzenia „ścieżkę” własnych przeżyć a przed zaśnięciem, w chwili przebudzenia ukazuje się nam to szczególnie wyraźnie. Proust istotne etapy swej wielkiej powieści rozpoczyna przebudzeniem bohatera - od „dziewiczych” wrażeń, nie ujętych jeszcze w ramę utartego sensu... Od majaczeń nie wpisanych w kontekst  codzienności.
Poprzez swe obrazy skonstruowane z nieregularnych linii, autor przemawia do nas językiem współczesnego „obywatela świata”, którego inspiracją jest doświadczenie wielkiego miasta. Artysta bytujący wśród wytworów techniki,  jest wrażliwy na specyfikę współczesnej aglomeracji - natężony ruch i narastające zagęszczenie doznań -  reaguje stosownie do wyzwań otoczenia.  Miasto niesie lirykę innego rodzaju – nową, której mimo deklaracji nie zdołali uchwycić liczni artyści z pierwszej połowy XX wieku. Przypomina się Chicago takie, jakim je widział Saul Bellow, pisząc swój Dar Humboldta… Malarstwo Zbigniewa Grzyba z pewnością kontynuuje najlepsze tradycje sztuki XX wieku poszukującej środków wyrazu dla doświadczeń nieznanych dotąd człowiekowi.
                                                                                                      Paweł Nowicki



[1] Zbigniew Grzyb urodził się w 1943 roku w Przemyślu. Obecnie mieszka i pracuje w Farmington w Stanach Zjednoczonych. Jest absolwentem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu oraz Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jego prace eksponowane były na wystawach m. in. w Polsce, Włoszech, Turcji, Stanach Zjednoczonych. Znajdują się w zbiorach wielu galerii oraz w prywatnych kolekcjach.