Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzeum "Dwory Karwacjanów w i Gładyszów" w Gorlicach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzeum "Dwory Karwacjanów w i Gładyszów" w Gorlicach. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 maja 2017

Stanisława Ożoga karp po żydowsku



W gorlickim Dworze Karwacjanów można zwiedzać wystawę prac Stanisława Ożoga[1], grafika i rysownika autora ilustracji książek, rysunków satyrycznych a także motywów zdobiących kolekcje porcelany ze słynnej wytwórni w Ćmielowie. Ekspozycja zatytułowana „Karp faszerowany” usytuowana w sali im. Ks. B. Świeykowskiego obejmuje partię twórczości artysty powstałą z literackich inspiracji twórczością  Bruno Schulza i Szaloma Ascha.                                
Skan z Katalogu wystawy

Autor, odwołując się do motywów tradycji żydowskiej, oddaje również klimat epoki dwudziestolecia międzywojennego, kiedy to współistnienie i wzajemne przeplatanie się judaistycznych wątków z polskim nurtem kultury, było oczywiste i naturalne. Świadczyć mogą o tym między innymi świadome trawestacje plastycznych wizji Witkacego, których charakterystyczny styl „zwierzęco-roślinnych” form o ostrych konturach (Druga jesień, Nawiedzenie) łączy się z rekwizytami proweniencji orientalnej. Z drugiej strony w pracach Ożoga obecne są odniesienia do Leona Chwistka i Amédée Ozenfanta – artystów, których twórczość wpisała się w klimat tamtejszej epoki, niosąc racjonalną przejrzystość i dyscyplinę konstrukcji. Widzimy oszczędne i  smukłe linie, klarowną nowoczesność z gdzieniegdzie tylko zaznaczającą się nostalgią za secesją odchodzącą powoli w niepamięć. Piękne zwierzęta, to taki ukłon w stronę sztuki końca wieku – za sprawą roślinnych kształtów kompozycji przypominającej raczej ornament niż obraz. Autor ilustracji, form dekoracyjnych może sobie pozwolić na większą swobodę w nawiązaniach do twórczości innych artystów – ma prawo przytaczać znane motywy jako cytacje, i skróty myślowe, zrazem emblematy ukierunkowujące wyobraźnie odbiorcy. Wymaga się od niego skrótowości i dyscypliny. W tej syntetycznej elegancji stylu S. Ożóg jest prawdziwym mistrzem.
Twórczość Bruno Schulza jest pełna metafizycznych odniesień podobnie jak poezja Bolesława Leśmiana, zdaje się zakładać niezgłębialność świata, w którym pisarz, poeta odkrywa sekretne ścieżki, odnajduje „boczne tory rzeczywistości”, gdzie może zatonąć jak w zielni łąki – w bezmiarze właściwości najprostszej rzeczy, którą by opisać w sposób wyczerpujący, nie starczyłoby ludzkiego życia. Jednak ten moment, tak pociągający w twórczości Schulza, zdaje się w rysunkach Ożoga jakby stonowany. Na pierwszy plan wysuwa się racjonalna, przejrzysta nowoczesność, zarazem to, co żydowskie nie przeciwstawia się  jako obce i hermetyczne, lecz jako równoprawna cześć wspólnej kultury Polski okresu międzywojennego. Oglądając kolejne prace zgromadzone na wystawie widzimy sylwetkę anioła lecącego w świetle księżyca nad dachami chat – rozpoznawalny motyw malarskiej wizji żydowskich miasteczek z obrazów Marca Chagalla. Jest dyskretny erotyzm – jak w grafice (Wiosna) oraz tematy nadrealistyczne, gdzie efekt niesamowitości osiągnięty jest przez ukazanie jak niepojęte zjawisko wkracza znienacka w obręb codzienności – w  spokój zwyczajnego domostwa. Jest ono przedstawione jest jak gdyby coś zwyczajnego,  na jednym palnie rekwizytorium domowych sprzętów i codziennych sprawunków (Mój ojciec wstępuje do strażaków). Najdalszym układem odniesienia dla tej kompozycji mogłaby być Przemiana Fraza Kafki. W końcu, dobroduszny żart  z wigilijnym karpiem po żydowsku – wizerunek ryby z pejsami.
***
Ten świat zniszczyła wojna. Wielowiekową tradycję polsko-żydowskich więzów zmiażdżyły dwa totalitarne mocarstwa. Żydów wymordowali hitlerowcy, zaś narzucony ze Wschodu komunizm zahamował rozwój polskiej kultury.
W Gorlicach na Placu Dworzysko stoi pomnik, który odsłonięto w rocznicę z likwidacji gorlickiego getta. Pozornie surowy głaz z zadrapaniami dłuta  (jak kamień, który mógłby być zraniony),  jest jak postać zmieniona w kamień, kiedy brak słów, by nazwać to czego nazwać się nie da. Przypomina się wiersz Zbigniewa Herberta, Pan Cogito szuka rady[2]:
(...)
- szukam ciebie rabi
(...)
- za którym firmamentem
ukryłeś mądre ucho
(...)
może by mi poradził
rabi Nachman
ale jak mam go znaleźć
wśród tylu popiołów


Wystawę zwiedzać można do 17 maja 2017
Paweł Nowicki




[1] Jak czytamy w katalogu wystawy: „Stanisław Ożóg uroszony 1952 r. w Nienadówce k/Rzeszowa. W 1972 r. ukończył Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu. Jako stypendysta Ministra Kultury i Sztuki studiował w latach 1972-1978 w Hochschule fur Graphik und Buchkunst w Lipsku na wydziale Grafiki Książki. W latach 1978-1990 pracował jako kierownik artystyczny Krajowej Agencji Wydawniczej w Rzeszowie. Zajmuje się projektowaniem graficznym wydawnictw. Ilustrował bajki dla dzieci min. „O Krasnoludkach i sierotce Marysi”, poezję Leśmiana, Norwida, Asnyka, Tetmajera, Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej oraz poetów współczesnych. Od 1987 r. bierze udział w międzynarodowych plenerach Ilustratorów, na których wykonał min. ilustracje do „Pana Tadeusza” A. Mickiewicza, do Biblii, oraz twórczości Kochanowskiego, Słowackiego, Sienkiewicza, Fredry, Reymonta, Kraszewskiego, Miłosza. Zajmuje się również rysunkiem satyrycznym (publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Kronice Zamojskiej”).
Jego erotyki zdobią ekskluzywne kolekcje porcelany AS Ćmielów oraz są stałym elementem wystroju Muzeum Porcelany jako witraże. Swoje rysunki inspirowane proza Brunona Schulza wystawiał wielokrotnie podczas Międzynarodowego Festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu oraz w Lwowskiej Galerii Obrazów, w Truskawcu, jak również w Instytucie Polskim w Sofii i w Budapeszcie
                Od lat wystawia swoje prace w ramach festiwalu filmowego w Kazimierzu Dolnym. Jest członkiem Kazimierskiej Konfraterni Sztuki. W latach 1990-2006 był członkiem grupy twórczej „Narol”. Urządził ponad 70 wystaw indywidualnych i pokazywał prace w kilkuset wystawach zbiorowych. Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień.
[2] Zbigniew Herbert, Pan Cogito, Wydawnictwom Dolnośląskie, Wrocław 1994, s. 77-78.

czwartek, 2 marca 2017

"Didaskalia"- moja nowa książka








Z końcem 2016 roku dzięki hojności Muzeum "Dwory Karwacjanów i Gładyszów" w Gorlicach ukazała się moja nowa książka, pt. Didaskalia. Jest to zbiór szkiców o sztuce, literaturze i filozofii, w większości prezentowanych w poprzednich wpisach na niniejszym blogu. Wiele z nich było także publikowane na łamach rzeszowskiego kwartalnika "Fraza". Pragnę przy tej okazji złożyć gorące podziękowania za wszystkie rady i wskazówki dr hab. prof. UR. Magdalenie Rabizo-Birek redagującej wspomniane czasopismo, jak również Zdzisławowi Tohlowi – dyrektorowi gorlickiego Muzeum. Słowo wstępne do mojej książki napisał Zdzisław Tohl, zaś Posłowie dr hab.Witold M. Nowak prof. UR. 



Słowo wstępne  

Kontynuując (kronikarski choćby) obowiązek zapisu wydarzeń artystycznych, których organizatorem była także nasza instytucja, oddajemy w Państwa ręce kolejny tomik szkiców literackich autorstwa Pawła Nowickiego pt. “Didaskalia”. Tytuł zbioru przypisuje pewną, szczególną role zamieszczonym tu tekstom; bowiem w czasach praktycznie nie funkcjonującej krytyki artystycznej felietony Pawła Nowickiego to jedyny zapisany komentarz do wydarzeń jakim były opisane tu wystawy lub spotkania autorskie. Jak je rozumieć? Czego dotyczyły? Wreszcie kiedy i gdzie się odbyły – na te pytania otrzymacie Państwo odpowiedź na łamach tej publikacji. Autor prace swoją (aczkolwiek nieco dorywczą) wykonuje rzetelnie i z należytą uwagą, co powoduje, że pamięć i czas łaskawiej obchodzą się z artystycznym przekazem zdarzeń i organizacyjnym wysiłkiem naszych instytucji. Jestem przekonany, że “Didaskalia” oprócz wielu wymienionych zalet zainteresują Państwa oryginalnym zmysłem obserwacji i analizy dzieła sztuki w oparciu o bogatą tradycję nauk filozoficzno-estetycznych.

Zdzisław Tohl









O pisarstwie Pawła Nowickiego


Pisarstwo Pawła Nowickiego narasta od wielu lat, to już kilka dekad. Autor jest człowiekiem szerokich lektur i zainteresowań. Przejawia wielką miłość do sztuki rozumianej szeroko – jako wyraz człowieczeństwa i gwarant jego godności. Zajmują go wszelkie ekspresje ludzkie: malarstwo, grafika, rzeźba, fotografia, liryka i proza. Interesują go wystawy dzieł sztuki i przedmiotów obdarzonych znaczeniem i będących nośnikami uczuć, np. kart pocztowych.
Zauważalna i godna uwagi jest filozoficzna głębia tekstów Nowickiego. Nie są to nigdy teksty powierzchowne, lecz zawsze przenika je pewien rodzaj przejęcia, które nazwałbym egzystencjalnym. Autor poszukuje w obrazach, rzeźbach, wierszach i innych tekstach kultury odpowiedzi na istotne ludzkie pytania: czym jest sztuka?, jaką rolę pełni w ludzkim życiu?, co może nam powiedzieć i jaki wskazać kierunek w życiu?, na co sztuka potrafi nas otworzyć? Są to także głębokie metafizyczne pytania, jak to główne – jaki jest sens życia, w którym tkwimy?
Na pomoc interpretacjom przychodzą filozofowie, których studiuje Paweł Nowicki: Platon, Spinoza, Heidegger, Taylor. W odwołaniu do dzieł tych mistrzów Nowicki wyjaśnia odbiorcom, a niekiedy i samym artystom złożone konteksty ich twórczości. W niektórych bowiem sprawach to artyści wiedzą więcej aniżeli interpretator ich dzieł, w innych – więcej wie on.
W każdym spośród zamieszczonych w książce tekstów pojawiają się pojęcia i koncepcje filozoficzne. Jest to zabieg zamierzony przez Autora i służący pogłębieniu, wzbogaceniu interpretacji. Bogactwo języka odpowiada tu bogactwu obrazu. Autor potrafi przekładać obraz na słowo, a także odwrotnie – dać obraz idei dyskursywnej.
Styl Nowickiego wyrabiał się przez lata. Jest elegancki, dygresyjny w dobrym sensie, smaczny dla tych, którzy lubią erudycyjne odnośniki do licznych dziedzin kultury. Jest także bardzo plastyczny i momentami konkuruje swoją wizyjnością z komentowanymi obrazami.
Pisarstwo Pawła Nowickiego jest ważnym głosem w obronie sztuki, w obronie jej egzystencjalnej doniosłości. Komuś, kto sądziłby, iż sztuka obroni się sama należałoby odpowiedzieć, że w każdym czasie wiele sił pragnie się sztuki pozbyć, bo przynosi ona wraz z pogłębieniem życia także niewygodny niepokój. Sztuka potrzebuje adwersarzy, apologetów i interpretatorów - i chwała Pawłowi Nowickiemu, że chciał być taką właśnie postacią.

Witold M. Nowak





                                                                                                                               Paweł Nowicki

wtorek, 8 listopada 2016

Ciało w malarstwie Jarosława Baucia - recenzja

28 października 2016 r. w gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów” w sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego odbył się wernisaż wystawy malarstwa Jarosława Baucia[1].


Na ścianach galerii zauważamy serię różowych płócien pokrytych skłębionymi plamami gęsto położonej farby. Niektóre prace, w których ciężkie masy uformowane są w zawiłe reliefy faktury, stanowią niemal płaskorzeźby. W zasadzie prace te są monochromatyczne. Nacieki farby chwytające światło, dają efekt, który poszerza zakres gradacji walorowych. Róż wenecki rozrzedzony bielą daje róże stopnie nasycenia przez co artysta osiąga podobny efekt, jak gdyby rozporządzał stopniami szarości rozegranymi na skali czerni i bieli. Pierwsze wrażenie, jakie można odnieść, zwiedzać wystawę wiąże się z uczuciem pewnej monotonii. Jednak patrząc uważnie, spoglądając z bliska, odkrywamy bogactwo impastowych struktur dających każdej pracy niezgłębialną zarazem indywidualną tożsamość. W malarstwie Baucia ciało physis – tworzywo, zarazem apeiron pozbawiony formy, zdaje się kłębić niczym chmury, rozlewać jak ciasto; jest różowe, delikatne, bezbronne, pulchne. Są partie ostre, nieco poszarpane – inne, przyjmując formy organiczne, zdają się nawiązywać do motywów roślinnych, glejowate, gąbczaste jak polipy morskie, czasami przybierają kształt fali.
Fot. P. Nowicki
Róż dający wrażenie krwistej czerwieni mięsa, zdaje się łagodny i nie przywodzi na myśl ani ran ani cierpienia.  Pomimo, że ludzkie ciało w sposób oczywisty ukazane jest w swojej nagości, nie ma w obrazach Baucia nuty erotyzmu. Przeciwnie, to co ujawnia się w prezentowanych kreacjach, to moment karykatury, aluzje do groteskowo zniekształconych twarzy grubasów, „dorosłych niemowląt”, bezradnych i rozpieszczonych.
 Przypomina się film Wielkie żarcie z M. Mastroiannim, z jego metaforą hiperkonsumpcji, cywilizacji, która być może osiągnęła swój kres. Ciało w obrazach Baucia kojarzy się z sybarytyzm i „rozwałkonieniem”, zarazem masą, tworzywem, które (co brzmi złowieszczo) może być „zasobem do eksploatacji.” (nie zapominajmy o transplantologii).
Jako kontrprzykład wyobraźmy sobie muskularną postać żołnierza  o śniadej, smukłej sylwetce, greckiego wojownika spod Troi. Jego gniew, anoia czyli „brak rozumu” (nous) wywołany natchnieniem Aresa – boski szał wojownika, który ból ran czuje dopiero po zwycięskiej walce.
Twarze, o których wspomniałem, zjawiają się niewyraźnie, wyłaniają się z gąszczu poplątanych cieni rzucanych przez linie faktury i nawet nie mamy pewności, czy nie ulegamy złudzeniu rozpoznając je wśród pozornego chaosu. 
Ludzkie ciało ukazane w kreacji artysty zdaje się bezforemne, jak jeden żywiołów pierwszych filozofów – woda czy powietrze – pierwiastek nam najbliższy, choć nie wymieniony przez  presokratyków, szukających prazasady – arche. Wydaje się dziwne, że starożytni formułując różne teorie – próby odpowiedzi na pytanie o pierwszą zasadę, wymieniając wodę, ogień, ziemię i powietrze, przeoczyli to, co człowiekowi najbliższe – to, z czego utkana jest jego zjawiskowa postać – ciało. Bo choć zniszczalne – powstaje i ginie – stanowi przecież substancjalną osobliwość, wyraźnie samoistną – niereprodukowalną w żaden sztuczny sposób – jak np. okręt o którym powiemy, że może wykonany być z drewna, czy pomnik z kamienia. (Ostatecznie nowoczesna chemia – wodę, powietrze, ogień, to znaczy procesy spalania, także potrafi rozłożyć na prostsze czynniki). Dla starożytnych żywioły stanowiły kres wyjaśniania – dalsze zapytywanie – z czego się składa się arche – nie miało już sensu. Prócz czterech żywiołowa był jeszcze apeiron (termin nie w pełni trafnie tłumaczony jako bezkres[2]), jest tym co nie posiada granic, tym samym pozostaje pozbawione formy. Greckie słowo peras oznacza granicę a tym samym kontur. „Być czymś” – znaczy więc mieć granicę, eidos, kształt. To pamiętamy z nauki Anaksymandra, który tego, co pierwsze szukał nie w physis, ale w dziedzinie, którą dziś wiązalibyśmy bardziej z domeną logiki.
Ciało w obrazach Baucia nosi znamiona takiego bezkształtu, potencjalności, otwarcia na formę lub interpretację. Zdaje się stanowić zasób możliwości – bierny, gotów przyoblec się w zadany kształt, zarazem jednak fizycznie konkretny i w swojej witalności płodny. Powierzchnie tych obrazów zdają się wrażliwe[3] – barwa i materia malowidła są jak żywa tkanka, która mogłaby zakrwawić, gdyby zranił ją… dotyk.
Możemy także podjąć próbę zrozumienia prac artysty w duchu tradycji praktyk Dalekiego Wschodu, jako impuls do medytacji rozpoczynającej wędrówkę wyobraźni w głąb własnego wnętrza – próbę wizualizacji tego, co w normalnych warunkach nie jest dostępne naszym oczom. Za taką interpretacją przemawiałby spokój, jaki emanuje z całej ekspozycji. Niektóre obrazy zdają się do siebie podobne (wspomniano o multiplikacji) i są niczym słowa mantry, które bardziej mają za zadanie wprowadzać nas w trans, niż być nośnikami znaczeń. Taka próba odczytania prac J. Baucia tłumaczyłaby więc zarówno „majaczenie” twarzy, jak również – tym razem taoistycznie pojęty bezkres, zjawiskowość, rozpływającą się złudę świata zmysłowego. Tym, co uchwytne, byłoby tyko różowe wnętrze – alegoria czystego oddechu.  
 
Fot. P. Nowicki

Gorlicką wystawę zwiedzać można od28 października do 23 listopada 2016 r.


[1] Jak  czytamy w notce biograficznej: „Jarosław Bauć urodził się 17 stycznia 1959 r. w Krakowie. W latach 1980-1985 odbył studia  w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku na Wydziale Malarstwa.
Dyplom uzyskał w 1985 roku w pracowni prof. Włodzimierza Łajminga. Od 1985 roku pracuje w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Był asystentem w Pracowni Podstaw Malarstwa i Rysunku prof. Teresy Miszkin. W 2001 roku uzyskał II stopień kwalifikacji. Od 2005 roku prowadzi Pracownię Wiedzy o Strukturach i Działaniach Wizualnych. Od 2006 roku wykłada historię sztuki na Uniwersytecie Gdańskim. Zajmuje się malarstwem i rysunkiem. Właściciel i kurator "Galerii Jesionowej 4B/3" w Gdańsku Wrzeszczu. Mieszka w Gdańsku.
Malarstwo Jarosława Baucia mocno zakorzenione jest w tradycji sztuki europejskiej. Skłaniając się ku sztuce tradycyjnej artysta prowadzi poszukiwania w wymiarze malarstwa figuratywnego. Charakterystyczną cechą dla ostatnich obrazów artysty jest ich monochromatyczna paleta barwna zawężona jedynie do odcieni czerwieni i jej pochodnych. Inspiracją dla twórcy stają się elementy kultury masowej, znamienne dla niego jest również odwoływanie się do ikonografii sztuki dawnej. Artysta często multiplikuje przedstawienia tworząc cykle obrazów, które podlegają przetworzeniom i modyfikacjom.”

[2] W polszczyźnie, z pojęciem „bezkresu” łączymy skojarzenia raczej pozytywne. Wielość bogactwa, nieskończone (szczęśliwe) trwanie, bezmiar dóbr wszelakich. Ten polski przekład oddaje ilościowy aspekt greckiego terminu. Anaksymander słowem apeiron nazywał to, co nie ma granicy (peras) – co jest nieokreślone, trudne do nazwania, wątpliwe, niebezpieczne jak morze, w którym można pobłądzić, nie znając nawigacji.  Dla przykładu: By narysować kwadrat, który „jest czymś”, to znaczy da się zdefiniować, z potencjalnego „bezkresu” tła musimy wyodrębnić kształt, rysując cztery odcinki odgraniczające, rzazem wyznaczające zadaną figurę. Chodziło więc o aspekt przestrzenny i strukturalny. Zapewne też przeliczalny, ale w pierwszym rzędzie dany jest nam jako przedmiot wyobraźni – eidos, kształt. Z tak pojętego bezkresu (apeiron) wszystko się wyłania i wszystko z powrotem do niego powraca, jak na szkolnej tablicy, kiedy już po lekcji  zmażemy gąbką geometryczne konstrukcje.
[3] W tym aspekcie wizja Jarosława Baucia zdaje się to przeciwieństwem agresywnego malarstwa Francisa Bacona, gdzie wizerunek poranionego, zdeformowanego ludzkie ciała kieruje wyobraźnię odbiorcy w stronę6 brutalności i przemocy.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Wieczór poezji Jerzego Harasymowicza w Bartnem

19 października w cerkwi greckokatolickiej p.w. świętych Kosmy i Damiana w Bartnem odbył się wieczór poezji Jerzego Harasymowicza. Spotkanie zorganizowane z inicjatywy Muzeum „Dwory Karwacjanów i Gładyszów” w Gorlicach prowadził proboszcz bortniańskiej parafii ks. Mirosław Cidyło. Utwory recytował Przemysław Sejmicki, aktor Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie zaś oprawę muzyczną przygotowali Bogusław Diduch i Wiesław Lewek. Wyboru tekstów poety dokonał Paweł Nowicki. Spotkanie. Nad całością wydarzenia czuwała  Klaudia Zbiegień, kierownik „Zagrody Maziarskiej w Łosiu”, oddziału „Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów” w Gorlicach.

Jerzy Harasymowicz (1933-1999), debiutował w 1953 roku. Opublikowałponad 50 tomików wierszy, które doczekały się tłumaczenia na wiele języków. Zwany bardem Łemkowszczyzny, b jednym z pierwszych polskich intelektualistów, którzy w okresie „odwilży” po 1956 roku podjęli temat tragicznego losu Łemków. Beskidzki pejzaż był inspiracją dla jego pracy literackiej.
To właśnie tutaj wykreował swój własny niepowtarzalny świat - Krainę Łagodności. Ze wszystkich tematów,  jakie poruszał w swej poezji, najpełniej zrealizował się w wierszach poświeconych tematyce górskiej i Łemkowskiej. W Bieszczadach też  zostały po śmierci rozsypane jego prochy. Autor zakazanego przez cenzurę „Lichtarza ruskiego”, odwiedzał Bartne wielokrotnie. W jednej z prywatnych rozmów opowiadałżtak wrósł w te okolice, iż gdy wiosną zbliżał się drogą od Bodaków, już nawet psy z okolicznych chałup nie szczekały na niego. 



 Wiersze zaprezentowane podczas spotkania ułożone zostały w następujące cykle:



                    I.Cerkiew, sacrum

1.                  Błogosław Cerkwio
2.                  Za carskimi wrotami
3.                  Ikonostas
4.                  Drowniak Netyfor
5.                  Emilian
6.                  Madonna z Berestu


                    I. Łemkowie

1.                  Elegia  łemkowska
2.                  Mała elegia bieszczadzka
3.                  Łemkowszczyzna
4.                  Złockie niebo cerkiewne
5.                  Cmentarz łemkowski
6.                  San ryba
7.                  Bieszczady
8.                  Rzepedź  


                    I.Pejzaż osobisty, przemijanie

1.                  Wyorał lud Pankratora
2.                  Dom w Bortnem
3.                  Złockie jesienne
4.                  Do Jerzego Lieberta
5.                  Zielnik
6.                  W lesie listopadowym



Pomimo sporej odległości, publiczność zjawiła się bardzo licznie. Można mieć nadzieję, że spotkanie to da początek kolejnym, podobnym wydarzeniom poświęconym pamięci poety, który tak bardzo związany był a naszym regionem, a którego pamięć zdaje się  odchodzić w zapomnienie.



Paweł Nowicki















wtorek, 2 sierpnia 2016

W magicznym domu Urszuli Hübner



  

W moim magicznym domu
Wszystko się zdarzyć może
Same zmyślają się historie
Sam się rozgryza orzech

                                                                                                          Magdalena Czapińska



Fot. P. Nowicki


                             29 lipca 2016 r. w gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów” w sali im. Prof. Włodzimierza Kunza odbył się wernisaż wystawy prac Urszuli Hübner[1], pt. Sztuka różnorodna. Ekspozycja, która stanowiła rodzaj instalacji przestrzennej wykorzystującej dodatkowo grę światła i cienia, zawierała eksponaty pośród których znajdowały się rzeźby, wyroby tkaniny artystycznej a także kompozycje z elementów drewnianych oraz uwieszone na ścianach karty zapisane kaligraficznym pismem – listy? Wyznania? Poematy? W jednym z fragmentów widocznych w półmroku przeczytałem:




Przez tyle lat siedziałam
na walizkach
w przekonaniu
konieczności powrotu
nagle spostrzegłam
że zapuściłam korzenie
(...)

       Nie zapominajmy skądinąd, że napis także może występować w roli ornamentu, może być elementem obrazu – kompozycji, którą winno się postrzegać głównie jako obraz, choć przekaz pisany jest równie istotny.
Wejście do sali wystawowej przypominało doświadczenie spektaklu. Półmrok rozświetlany przez rozsiane płomyki świec, niekiedy maleńkie kaganki zatknięte w szczeliny kamiennego muru ewokowało atmosferę tajemniczości, ale też klimat domowego wieczoru, bezpieczeństwa i ciepła. Na środku stół, na którym wystawiono wernisażowy poczęstunek, stanowił część ekspozycji – ciastka inne wiktuały i sprzęty, przyciągające uwagę jako forma sceniczna, rekwizytorium niezwykłej ekspozycji. Koronkowe i jedwabne parawany, z których każdy stanowił dzieło sztuki tkackiej, dzieliły przestrzeń sali na  zaciszne zakątki, rozjaśnione rozproszonym światłem lampionów wykonanych z jasnej materii. Lampiony te miały formę prostopadłościanów a w każdym płonął spokojny płomień świecy.  Można by się tym doszukać japońskiego stylu aranżacji wnętrz, jednak na pierwszy  plan wysuwały się rodzime motywy, białe dzierzgane aniołki, pajacyki, także kompozycje z drewna, min. forma przypominającą ptaka o rozłożonych skrzydłach. Kompozycje usytuowane na ścianach, były ujęte w ramy wykonane ze starego ściemniałego drewna, które swoją formą mogły przypominać okna. Odniosłem wrażenie, że trafiłem  do starego przytulnego domu, gdzie znajdują  się szufladki z ubrankami dla niemowląt, miniaturowymi sukienkami – może wspomnienia z dzieciństwa, które artystka chce zachować, budując tym samym swoją prywatną mitologię. Niektóre spośród prac odbiegały od delikatności i czułości, jaka emanowała z pozostałych. Zdawały się one katastrować z nimi jakąś ostrą nowoczesnością, zarazem – na zasadzie kontrapunktu – dopełniać kompozycję całości wystawy. Widziałem ujęte w „okienną” ramę cienkie łukowate pałąki, abstrakcyjne kompozycje z drewna, papieru lub poszarpanych kawałków lekkiego płótna („biedne szmatki”, jakie pozostają ludzkiej przeszłości). Może dzięki temu Autorka osiąga efekt pełni, ukazując swat w całej jego prawdzie.
Fot. P. Nowicki


Zwróciła moją uwagę aranżacja przestrzeni wystawy - okna prowadzące wyobraźnię w dal, ku temu co odległe i obce, wnętrze, gdzie na środku stoi zastawiony domowy stół z wysokimi świecami, przywołujący domową, świąteczną atmosferę, ale też parawany tworzące zakamarki, kryjące drobne tajemnice, zarazem zakątki, gdzie każdy z domowników miał swe własne miejsce. Półprzejrzystość sugerowała, że wszyscy są razem.  Przechodząc pomiędzy partiami mroku, mogłem odkrywać tajemnicze światełka  niezauważone wcześniej detale kompozycji, by dać się wprowadzić w swoisty trans, zrazem oczarować niezwykłej osobowości przejawiającej się poprzez zgromadzone prace. Bo tak to jest – kim jesteśmy, dowiadujemy się nie wprost, lecz przez własne wytwory, przez to, co pokazaliśmy, lub częściej nawet, poprzez przemilczenie, nieświadome często pominięcie albo przeoczenie. Artysta jest tym szczególnie wyczuloną indywidualnością która potrafi w sposób wyrazisty ukazać prawdę o człowieku. Przez pryzmat osobistych doświadczeń, własnych wspomnień, tęsknot i marzeń, umie tę prawdę wyrazić i zamienić w symbol. Sądzę że kompozycja Urszuli Hübner da się odczytać jako próba samoodnalezienia się  Artystki, wędrówką  w głąb własnej osobowości, do źródeł dzieciństwa przez gorycz ludzkich rozczarowań, które nieobce są każdemu z nas, aż po próbę stworzenia baśniowego świata, do którego chciałoby się wrócić, uciec, może zamieszkać w nim na zawsze.
Fot. P. Nowicki

      W całości ekspozycji. dał się zauważyć bardzo silny motyw nadrealizmu, choć nie był to ani surrealizm „psychoanalityczny”, ani te z żadna naiwna  fantastyka. Było w tym coś bardziej czułego, cichego, bez potrzeby nadmiaru słów – kobiecy dom, pamięć, poczucie bezpieczeństwa, a równocześnie wciąż niepokojąca tajemnica.
 
Wystawa czynna jest od 29 lipca do 24 sierpnia br.

Paweł Nowicki





[1] Urszula Hübner - pochodzi z Gdańska, gdzie studiowała architekturę na tamtejszej Politechnice. Od wielu lat mieszka na południu Polski, gdzie czerpie inspiracje do swojej pracy artystycznej. Uprawia twórczość różnorodną min. rękodzieło artystyczne, wykorzystując jego elementy do dekoracji wnętrz. Jak sama mówi, bliskie jest jej wszystko co proste i naturalne. Począwszy od materiałów w których pracuje, są to drewno, len, bawełna, sznurek, koronki, suche rośliny, piasek czy inne materiały pozyskane z otaczającej natury, a na sposobie życia kończąc. Jej filozofią życiową jest proste i zdrowe życie, wsparte medycyną naturalną, akupresurą czy aromaterapią.


niedziela, 24 lipca 2016

Linie rozwojowe sztuki modernizmu w ujęciu Charlesa Taylora




Celem niniejszego szkicu jest prześledzenie opisanej przez Ch. Taylora w Źródłach podmiotowości. ewolucji motywów romantycznych obecnych w nurcie kultury modernizmu. Punktem wyjścia jest ukazanie mapy podstawowych kierunków myślowych, wyznaczających aksjologiczny horyzont współczesności: teizmu, naturalizmu i różnych odgałęzień  romantycznego dziedzictwa. Konkluzją artykułu jest stwierdzenie aktualności postromantycznych inspiracji, ich ciągłe oddziaływanie na myśl współczesną, a także właściwa im  zasadnicza opozycja względem redukcjonistycznego naturalizmu.

Słowa kluczowe: Charles Taylor, modernizm, romantyzm, sztuka



Summary

The purpose of this sketch is to trace described by Ch. Taylor in Sources of the Self evolution romantic motifs present in mainstream culture of modernism. The starting point is to show maps basic directions of thought, defining axiological horizon of modernity: theism, naturalism, and various branches of the romantic heritage. The article concludes news postromantic’s inspiration’s, their continued influence on contemporary thought and the right the fundamental opposition to the reductionist naturalism.

Keywords : Charles Taylor , Modernism , Romanticism , art, naturalism


          W końcowej partii swego dzieła pt. Źródła podmiotowości. Narodziny tożsamości nowoczesnej Ch. Taylor szkicuje mapę[1] głównych problemów moralnych współczesnej epoki, zarazem rozstrzygnięć, które implikują aktualne sposoby pojmowania natury ludzkiej, ludzkiej samowiedzy, koncepcji dobra i stosunku człowieka do świata. Wymienia trzy nurty. Pierwszy z nich – teistyczny, który żyje pomimo silnych tendencji w kierunku sekularyzacji. Jako drugi, autor wskazuje naturalizm, który w różnych swoich aspektach przedstawia siebie jako naukowy, to znaczy pretendujący do roli wzorca racjonalności instrumentalny redukcjonizm, traktujący człowieka i jego wytwory jako część przyrody, dążący zarazem do ujęcia ludzkiego życia oraz kultury w kategoriach ilościowych. Pogląd ten przyjmuje na swoim zapleczu (nie do końca jawnie) moralny utylitaryzm i hedonizm. Naturalista zorientowany na przewidywanie i kontrolę, eksploatację zasobów, maksymalizację wydajności, etc. właściwie nie podejmuje pytania o dobro, a jeśli już przymusić do odpowiedzi, wskaże na użyteczność, skuteczność działania mające służyć przysporzeniu przyjemności i komfortu oraz ewentualnie narcystycznie pojętej, świeckiej samorealizacji (a więc również pewnego rodzaju przyjemności tyle, że bardziej wyrafinowanej, można nawet powiedzieć „duchowej”, jednak pozbawionej odniesienia do transcendencji[2]). Trzecim punktem na mapie wskazanej przez Taylora, jest dziedzictwo romantyzmu – romantyczny ekspresywizm i późniejszy modernizm w różnych jego kolejnych odmianach. Tym ostatnim nurtem chciałbym się zająć w niniejszej analizie.  
        W przeświadczeniu Charlesa Taylora epoka romantyzmu stanowi istotne źródło współczesnego modelu ludzkiej podmiotowości wraz z właściwymi mu sposobami pojmowania dobra oraz formami ludzkiej samowiedzy. Z analizy dzieła kanadyjskiego filozofa wyłania się obraz, zgodnie z którym ewolucja romantycznego poglądu na świat potoczyła się czterema ma drogami. Dla jasności wywodu wliczę je na wstępie, by potem przejść do szczegółowej eksplikacji.
          Jeden z nich stanowi w zasadzie prostą kontynuację najważniejszych wątków romantycznego dziedzictwa. Drugi to nurt naturalizmu w sztuce XIX wieku, znajdujący odzwierciedlenie min. w malarstwie Courbeta, twórczości Emila Zoli a także casus Pani Bovary Gustawa Flauberta. W wszystkich przypadkach było to swoiste szyderstwo z romantyzmu uładzonego, który został oswojony i wtopił się w duchowy pejzaż nowoczesnego mieszczańskiego społeczeństwa.
        Jako trzeci Taylor wymienia zainspirowaną przez Baudelaire’a i symbolistów francuskich pozornie nihilistyczną a w istocie głęboko afirmatywną reakcję na pierwszą falę romantyzmu.
       Na koniec autor wymienia szeroki nurt inspiracji artystycznych związanych z  dziedzictwem filozofii Artura Schopenhauera.
         W dzisiejszych czasach stoimy w obliczu dylematów moralnych, systemów wartości i tym samym koncepcji człowieka, stanowiącymi pochodne wymienionych postromantycznych nurtów. Pierwszy, o którym powiedziałem, iż stanowi bezpośrednią kontynuację najważniejszych wątków romantycznego dziedzictwa, wiąże się z podkreśleniem doniosłości tajemnicy ludzkiego wnętrza, znaczenia twórczej ekspresji oraz pochwałą autentyczności i uczuć. Bliska jest jej także wrażliwość na urok dzikiej przyrody oraz przeciwstawienie naturze – cywilizacji, z właściwą dla tradycji J. J. Rousseau deprecjacją tej ostatniej. Najważniejszą jednak cechą tego nurtu, którą dzieli z pozostałymi spośród wymienionych, jest kult sztuki oraz artysty, jako jednostki, która ma szczególny dar sięgania do wewnętrznych głębi i poprzez ekspresję ujawniania, zarazem kreowania sensu ludzkiego życia. Taylor pisze:
„Romantycy przedstawili poetę bądź artystę jako paradygmat istoty ludzkiej, Moderniści tylko wzmocnili to wyobrażenie.[3]
Wg Taylora epifaniczny charakter sztuki romantyzmu polegał na ujawnieniu nieskażonej natury ludzkiej, człowieka, który jest pierwotnie dobry i zwierciadło owej dobroci odnajduje w przyrodzie nietkniętej przez cywilizację z jej fałszem gier międzyludzkich, podstępem, utylitarnym wyrachowaniem[4]. Duch romantyzmu zrodził się jako reakcja na oświeceniowy racjonalizm i naturalizm, których przejawem była ekspansja kapitalizmu, promieniująca daleko poza sferę ekonomii paradygmatycznym wzorcem przeliczalności, użyteczności, traktowania wszystkiego w kategoriach towaru, zastępowalności. Stąd romantyczny kult tego co unikatowe i oryginalne. Fascynacja przyrodą, dziką i nieujarzmioną, zarazem nie tkniętą przez cywilizację była źródłem artystycznych natchnień.
W. Nowak podejmując ten temat pisze:

„Nowe rozumienie rezonansu i ludzkiej tożsamości zakłada, iż to, kim jesteśmy, wyznaczają nasze pragnienia oraz zdolności, jakie w sobie odkrywamy. Te zaś ewokuje przyroda – ona uświadamia nam nasze uczucia, tłumione przez ścisłą kontrolę analitycznego rozumu. Dlatego nowe, zwłaszcza romantyczne koncepcje rezonansu Schellinga, Novalisa, nawet zwalczającego romantyzm Hegla) bazują już na ekspresywistycznym pojmowaniu natury i ludzkiego życia. Innymi słowy, romantyczna idea pierwszeństwa ekspresji indywidualnej sięga swymi korzeniami reformacyjnego dowartościowania zwyczajnego życia.”[5]
Jak już wspomniałem nurt ten przetrwał po dziś dzień w ucieczce od aglomeracji oraz w postawach i działaniach proekologicznych. Za jedno z jego odgałęzień można uznać amerykański ruch dzieci kwiatów lat 60 XX w. Skądinąd na rodzimym gruncie możemy odnaleźć wyraz ciągłości tej pierwszej fali  romantyzmu w fascynacji turystyką beskidzką w tekstach twórców poezji śpiewanej np. Wolna grupa Bukowina, Stare dobre małżeństwo, czy poezji Jerzego Harasymowicza.

II

         Jako jedną z reakcji na pierwszą falę romantyzmu Taylor wskazuje naturalizm w malarstwie i literaturze drugiej połowy XIX wieku. Ten rodzaj sztuki delektuje się ukazywaniem  rzeczy w ich trywialnej bezsensowności, które daje odbiorcy „poczucie mocy  stawiania czoła prawdzie i poświadczania jej.”[6]
        Paradoksalnie jest to tęsknota za sensem utraconym, wyraz rozpaczy po stracie metafizycznego i aksjologicznego horyzontu (zmazanego nietzscheańską gąbką), masochistyczne rozdrapywanie własnej duchowej rany, jednakże z zimnym poczuciem nieuchronności bez cienia patosu. W ten sposób jednak to, co artysta pragnie ocalić mimo wszystko, ukazuje się na zasadzie kontrastu.
       W takim ujęciu, celem sztuki było zdemaskowanie iluzji, wynikającej z przeświadczenia że w głębi rzeczywistości, która na powierzchni okazywała swe trywialne oblicze, ukryta jest istotna prawda nieskażona i autentyczna. [może chochoł w Weselu Wyspiańskiego]Obraz podmiejskich ruder albo postacie nieokrzesanych wieśniaków – (już nie romantyczna sielskość) – miały prowokować, przeczyć dawnym ideałom rustykalnej czystości. Ten społeczny żywioł pospolitości zdawał się w dziełach naturalistów pełnić funkcję analogiczną do tej, jaka przypadała w udziale wizjom dzikiej przyrody w fascynacjach wczesnych romantyków. Był w tym moment odwagi wyjścia poza świat uładzony, zamknięty w mieszczański frazes, niekiedy wbrew zakłamaniu, czy przynajmniej niepełności konwencjonalnej wizji życia oświeconych warstw. Taylor pisze:
„Istniejemy w jakieś  rzeczywistości, naprawdę jednak jej nie widzimy, ponieważ naszą wizję kształtują – i zaciemniają – fałszywe i pocieszające formy reprezentacji. Aby się przedrzeć przez tę zasłonę potrzebujemy nowych, boleśnie prawdziwych przedstawień.”[7]
Dalej więc, choć w sposób ukryty, dziewiętnastowieczny naturalizm w sztuce pozostawał w orbicie ideałów Rousseau. Taylor pisze:
          Kamieniarze Courbeta przedstawiają nie tylko nędzę; w ciężkiej fizycznej pracy uchwytują także napięcie oraz największy wysiłek. Dostrzegamy tu nie tylko nieszczęście, lecz siłę.[8]” Składa się tu oświadczenie o zwyczajnych ludziach; o godności wszystkich ludzi.”[9]
       Powołując się na literacki przykład Pani Bovary, Taylor wskazuje, że przedmiotem sztuki mającej za zadanie demaskować zbanalizowany i  przyswojony już romantyczny ideał,  może być także szpetota „społeczna”, nędza moralna warstwy mieszczańskiej. W analizie Taylora czytamy:
„W utworze (…) nie widać żadnej chęci nadania godności bohaterom czy ukazania głębszego znaczenia ich czynów. Istotnie, efekt deflacyjny rodzi się z bezlitosnego przedstawienia iluzji głębszego znaczenia w romantycznych tęsknotach Emmy. (…) Wydaje się, że chodzi o niestrudzone ukazywanie bezguścia tego, co przeciętne. Siła utworu jako dzieła sztuki polega na wyjątkowej umiejętności wychwytywania owej banalności (...).” [10]
Nieautentyczność, sentymentalizm, próba osłodzenia codzienności, celebrowanie jałowych w istocie rytuałów, stanowiących mierne kopie wzorów romantycznych bohaterów, stały się częścią życia prywatnego, ciepła rodzinnego środowisk mieszczańskich. Przeciw temu – na nowo, w rdzennie i autentycznie romantycznym duchu – zbuntowała się moderna, biorąc za romantyzm to, co było jego spóźnionym pogłosem.
„Tak oto – pisze Taylor – moderniści jako spadkobiercy romantyzmu, odwrócili się od tego, co uważali za romantyzm”[11]

III

       W dalszym ciągu swoich rozważań Taylor wskazuje na symbolizm francuski, twórczość Baudelaire’a oraz późniejszych poetów Ezry Pounda czy T. S. Eliota. Nurt ten, którym popłynęły postromantyczne idee był z pozoru nihilistyczny, po części nawiązujący do odległych korzeni augustiańskich a nawet gnostycznych i neoplatońskich. Sposób pojmowania sztuki, jako autotelicznej, słynne hasło l’arte pour l’arte, sugeruje, iż tym, co artystycznie i w ogóle aksjologicznie doniosłe jest sama sztuka. Dzieło nie ma za zadanie niczego przestawiać, do niczego wzywać, lecz samo jest miejscem w którym ujawnia się pełnia człowieczeństwa. Taylor pisze:
„Według pierwszego stanowiska, które dominowało wśród romantyków, dzieło sztuki coś przedstawia – niespaczoną naturę czy też ludzkie uczucia tak, aby ukazać pewną wyższą duchową rzeczywistość lub znaczenie, jakie przez nią prześwituje. Zgodnie z drugim stanowiskiem, które dominuje w XX wieku, nie wiadomo już, co przedstawia dzieło sztuki i czy w ogóle cośkolwiek przedstawia; locus epifanii przeniosło się do wnętrza samego dzieła.”[12] 
   Postawa artystów jest reakcją na świat odczarowany[13] , pozbawiony złudzeń i nadziei, bezduszny mechanizm oparty maksymalizacji zysku, stymulowania wydajności, świat będący miejscem wygnania, gdzie nie ma świętych miejsc ani rytuałów (dziś nawet rytuał pochówku), w którym jedynym uznanym wzorem postępowania jest praca bez nadziei na zasługi przez dobre uczynki. Taki obraz rzeczywistości, jaki powstał w rezultacie przewartościowania, które zapoczątkował protestantyzm, dziwnie zbliżył się do gnostyckiej wizji kosmosu – świata opuszczonego przez Boga. W tym świetle należy więc ujrzeć przesłanie Ziemi jałowej Eliota, wizji William Blacke’a tak, jak przedstawił ją Czesław Miłosz w swojej Ziemi Ulro. Wizja kosmosu, w którym ludzka wyobraźnia nie znajduje punktu zaczepienia dla zlokalizowania Boskiej Transcendencji, choćby przez uzmysłowienie sobie naturalnych kierunków góra-dół, pozostawia człowieka w metafizycznej próżni. Świat, w którym nie ma rozróżnień jakościowych lecz tylko ilościowe, a przestrzeń przedstawia się jako jednorodna – kartezjański układ współrzędnych zdaje się miejscem duchowego wygnania. Za sprawą nowej nauki dokonała się nawet demitologizacja tęczy, będącej natchnieniem poetów i malarzy. (Przypomnijmy choćby Pejzaż z tęczą P. Rubensa[14]). Wyjaśniona przez optykę Newtona jako efekt rozszczepienia światła, znalazła artystyczny sprzeciw w bezradnym, na poły ironicznym geście Caspara Davida Friedricha w jego obrazie pt. Górski pejzaż z tęczą[15] ukazującym zjawisko niemożliwe –Tęczę na nocnym niebie. 
Ziemia jałowa, Ziemia Ulro przywodzą na myśl system wyobrażeń w oczywisty sposób manichejski, gnostycki przypisujący duszy wygnanej na pustkowie pozycję wyróżnioną i poniekąd ekskluzywną. W twórczości Baudelaire’a artysta jest dandysem, szczególnie pojętym arystokratą, który spogląda z pogardą na zwyczajność i pospolitość, zarazem całość naturalnych uwarunkowań codziennego życia. Sztuka ma wystarczyć sama sobie – ponieważ odsłania nieznane, które wyłania ze swego wnętrza i pragnie ocalić. Artystyczne wizje tamtego okresu idą w parze z katastroficznymi koncepcjami zmierzchu kultury, z dekadencją, poczuciem bezsensu. (Był oczywiście nurt optymistyczny – futuryzm czy marksizm, które jednak mając na horyzoncie ideał „świetlanej przyszłości”, również deklarowały negację świata zastanego poprzez katastrofę rewolucji, niszczenie muzeów, radykalnego zerwania z tradycją. Sztuka jako atrybut postawy dandysa jest wyrazem wzgardy dla świata który jest zły, beznadziejny w swym zepsuciu i nudny w oszukańczej ułudzie[16]. Można tu wspomnieć rozważania Witolda Gombrowicza, który pisze o odrażającym tłumie, wielości, która jest antytezą tego co wybitne i unikatowe (przykład zjazdu ludzi genialnych, którzy w dzisiejszych czasach wypełniliby widownię stadionu), przykład malarstwa: „dzisiaj kto żyw smaruje i co gorsza, te obrazy nie są takie złe” kobieta, której uroda i powab stanowią pułapkę podszyte są dzieckiem. Piękno przyrody, łąkę pod powierzchnią której kryje się mordercza walka, na, żuki przewracane przez wiatr i palone słońcem  na wybrzeżu atlantyckim[17].

IV
         Jako czwarty z omawianych nurtów, Taylor wymienia kierunek zainspirowany recepcją dzieła Schopenhauera, która poprzez Nietzschego, i hermeneutykę demistyfikacji wiedzie, ku aktualnym niepokojom postmodernizmu[18].
        Taylor pisze, że „obok sztuki odduchowionej w realizmie oraz sztuki kontrnatury istnieje jeszcze trzecia znacząca forma, jaką w XIX w. przybierają tendencje antyromantyczne. Jest to  mianowicie sztuka, która odwołuje się do nieokiełznanej energii natury amoralnej.”[19]
Tym mrocznym źródłem energii, o którym wspomina autor Źródeł podmiotowości, jest Schopenhauerowska wola. Wola jest mocą przenikającą całość uniwersum. Jednakże wbrew wyobrażeniom wczesnych romantyków, nie jest to moralnie dobra potęga natury, lecz nieobliczalna i nienasycona żądza pozbawiona racjonalnego celu, będąca źródłem i siłą napędową ludzkich namiętności i złudzeń. Człowiek dokonuje wyborów, tworzy i wyznacza cele, które w istocie są zamaskowanymi projekcjami owej ślepej – raz twórczej lecz kiedy indziej niszczycielskiej mocy. W związku z filozofią Schopenhauera, Taylor pisze, że
           „(…) stworzył on niejako ekspresywizm z ujemnym znakiem wartości.”[20] „Źródło z którego wypływa rzeczywistość jako ekspresja zostało zatrute. Nie jest już źródłem dobra, lecz nienasyconego pragnienia, uwięzienia w złu, które czyni nas godnymi pożałowania, wyczerpuje i poniża.”[21]
Zdaniem Taylora, filozofia Schopenhauera jawnie występowała przeciw chrześcijańskiej afirmacji[22] bytu stworzonego. Obecna jest w niej pesymistyczna, wzbogacona o  dalekowschodni wątek myśl o wyzwoleniu się ku nicości. (Nie z padołu łez ku świetlanej obietnicy zbawienia lub z jaskini Platońskiej ku słońcu Idei Dobra)  lecz o wyzwoleniu człowieka ku nicości. Schopenhauer – jak pisze Taylor:
„ (…)jawnie głosi poglądy buddyjskie, a nasze wyzwolenie dostrzega nie w transfiguracji codziennego życia – jest od tego jak najdalszy – lecz w ucieczce od podmiotowości i woli zarazem”[23].
        Taylor przypomina wielki wpływ, jaki myśl Schopenhauera wywarła na artystów i  intelektualistów ówczesnej epoki. Wymienia pisarzy, kompozytorów, filozofów – Wagnera, Nietzschego, Tomasza Manna. Zaznacza jednak, że – jak pisze:
             „Wspólna im była jednak nie Schopenhauerowska koncepcja wyzwolenia się od ego, lecz doktryna transfiguracji poprzez sztukę.”[24]
Oprócz pesymizmu, inspirujący okazał się raczej romantyczny motyw   uwznioślenia sztuki. Świat jest naznaczony piętnem zła, jednak sztuka może przynieść chwilowe bodaj ukojenie. Podobną myśł wyraża Juan Carlos Fernández Naveiro, w swym szkicu Para una crítica del liberalismo en Charles Taylor Un comentario sobre “Fuentes del yo. La construcción de la identidad moderna”[25]
       Myśl Taylora zdaje się potwierdzać hipotezę związaną z pesymistycznym motywem leżącym u podłoża malarstwa kubistów i abstrakcjonistów – Picassa i nurtu malarstwa nieprzedstawiającego – Malewicza czy Mondriana. Zdaje się, że w ich twórczości wyraża się zanegowanie zmysłowości i urody świata na rzecz abstrakcji, intelektualnej konstrukcji, lub po prostu neoplatońskie milczenie wobec nienazwanego. Jako wyraz takiego ostatecznego milczenia, da się odczytać Biały kwadrat na białym tle Malewicza. Świat doczesny jest zły, niegodny uwagi, należy go „unicestwić” popadając w nirwanę lub wznosząc się na wyżyny matematycznej konstrukcji. Geometryczne struktury, mogą być piękne, lecz nikogo nie zdołają pocieszyć. 
Ludziom – bliźnim należy się współczucie, jednak z aktu współczucia nie wynika w gruncie rzeczy żaden ideał moralny. Taylor pisze:
„Nietzsche, który zaczynał jako schopenhauersyta, którego Narodziny tragedii miały spory udział w ugruntowaniu schopenhauerowskiego sposobu myślenia, mówi sztuce, jako o usprawiedliwieniu rzeczywistości” >>(...) tylko jako fenomen estetyczny istnienie i świat znajdują wiekuiste  usprawiedliwienie.<<[26][27]
       Więzi z amoralną naturą nie wolno nam jednak utracić, ponieważ jest ona źródłem mocy i gwarancją autentyczności[28]. Jeśli człowiek porzuci „donizyjskie” upojenie i wycofa się w racjonalną dyscyplinę utylitarnie pojętego ładu, rychło straci poczucie sensu i dozna jałowości, rutyny i nudy.[29]
         Jako inny, ważny składnik naszej samowiedzy, który – zdaniem Taylora – odziedziczyliśmy po Schopenhauerze, jest poszerzenie romantycznego pojęcia ludzkich  „wewnętrznych głębi[30]”.
Taylor powołuje się na Jądro ciemności Conrada a także wskazuje na prekursorstwo Schopenhauera względem psychoanalizy opartej na przekonaniu o nieświadomych źródłach ludzkich przekonań i podejmowanych decyzji, o tym, że świadoma warstwa moralnych uzasadnień da się odtłumaczyć jako sfera racjonalizacji, projekcji i złudzeń. Tytułem dygresji pozwolę sobie nadmienić, że obok wspomnianego Jądra ciemności, równie ciekawe byłoby przypomnienie Conradowskiego Lorda Jima oraz interpretacja tragicznego czynu, który – jak pamiętamy – zdawał się przesądzony, zanim objawił się jako świadoma decyzja bohatera. „Świadomość to obłęd po czynie”[31], pisał Fryderyk Nietzsche. Taylor  Zauważa, że pojęcie woli w myśli Schopenhauera wyprzedza[32] koncepcję Freudowskiej podświadomość – id, które stanowi amoralny potencjał, zarazem siłę napędową ludzkiej kultury.  Jednak w dalszym ciągu swoich rozważań Taylor przyznaje, że Freud przeszedł na pozycję naturalizmu, naukowej, obiektywizującej analizy ludzkiej osobowości, co, zdaniem autora  doprowadziło jego koncepcję do niekonsekwencji. Czytamy:
 „Może się okazać, że projekt Freuda, przyrodnicza nauka o umyśle, nie da się zrealizować w kategoriach, w jakich pojmował go jego autor. Analiza zbliża się do sztuki i literatury bardziej, niż zapewne sam  chciałby przyznać.”[33]
         W doświadczeniu potocznym, wszystkie wymienione kierunki przeplatają się ze sobą, tworząc jeden prąd kulturowy, wyraźnie przeciwstawny wymienionym wyżej teizmowi i naturalizmowi. Można odnieść wrażenie, że Taylor w swojej analizie dokonuje czegoś podobnego, jak chemik rozdzielający mieszaninę, w której samodzielne substancje występują w postaci trudnej do wyodrębnienia. Jak sam pisze:
„Nie wszyscy żyją przekonaniami, które wyłoniły się w ostatnich czasach. Wiele osób wyznaje romantyczny ekspresywizm w jego postaciach premodernistycznych. Pod pewnymi względami cele, które stały się inspiracją buntów studenckich 1968 roku w Paryżu, przy wszystkich zapożyczeniach z form modernistycznych (…), więcej łączyło z Schillerem, niż z którymkolwiek pisarzem XX wieku. Obraz odbudowanej harmonii wewnątrz człowieka i pomiędzy ludźmi (…) przełamanie barier oddzielających sztukę od życia, pracę od miłości,  klasę od klasy i wyobrażenie sobie owej harmonii jako pełniejszej wolności – wszystko to znakomicie mieści się w pierwotnych aspiracjach romantyków. Niekiedy obraz ten zbliża się do perspektyw schopenhauerowskich.”[34] 
         Taylor stawia tezę, że istnieje ciągłość między romantycznym pojmowaniem sztuki, jej późniejszą epifaniczną odmianą, która zdominowała schyłek XIX stulecia a współczesnymi wyznacznikami ludzkiej tożsamości istotnie określonej przez kategorie autentyczności i ekspresji. Jesteśmy dziedzicami tego duchowego fermentu, który zainicjowany na przełomie XVIII i XIX wieku, poprzez fazę moderny i później, w przetransponowanej i często ukrytej formie oddziałuje do dziś. Chodzi o przeświadczenie, które gloryfikuje autentyczność i opiera się na przekonaniu, o prymarnej roli sztuki lub szeroko rozumianej postawy twórczej w życiu ludzkim. Jak czytamy:
„(…) koncepcja ta uwzniośla sztukę; ona bowiem staje się tu podstawowym locus tego, co nazywam źródłami moralnymi[35].” zarazem, że (…) ogólne rozumienie miejsca sztuki jest niezwykle rozpowszechnione i głęboko zakorzenione w naszej kulturze – odpowiada ogólnie żywionemu przekonaniu, że wyobraźnia twórcza jest niezastąpionym locus źródeł  moralnych.”[36]
Wszystkie odmiany modernizmu stoją w opozycji do wymienionego na wstępie naturalizmu i jak pisze Taylor:
Niezależnie od wszelkich różnic, istnieje pewna nić pokrewieństwa, która łączy te przewroty filozoficzne z najważniejszymi troskami romantyków. Wszystkie one dążą do pokonania wpływu mechanistyczno-utylitarystycznych kategorii na nasze życie (…) Wszystkie też znajdują się blisko świadomości modernistycznej w swej wrogości wobec niezaangażowanego rozumu i mechanicyzmu.” [37]
 Ch. Taylor stawia tezę, że oddziaływanie idei ukształtowanych w okresie modernizmu wciąż zachowuje swoją aktualność choćby jako negatywny układ odniesienia – sposób w jaki próbujemy mu się przeciwstawić, raz rozwiązując innym razem mimo woli kontynuując wątki, które ta formacja duchowa  zaszczepiła następnym pokoleniom.[38]

V
            W świetle powyższych rozważań, pytanie, „czy sztuki można się nauczyć?” nie znajduje jednoznacznej odpowiedzi. Niewątpliwie w trakcie długotrwałych ćwiczeń można opanować kunszt, rozwinąć swój talent. Wykładowcy szkół artystycznych kształtują osobowość uczniów i studentów tak, by rozbudzić ich wrażliwość i zaktywizować wrodzone predyspozycje. Ważne wydaje się również samo nastawienie do postawy twórczej – jej akceptacja i pochwała. Jak wiemy, choćby na podstawie dokonanej analizy refleksji Ch. Taylora, nie we wszystkich epokach tak było. Istniały okresy w historii sztuki, w których panował ustalony kanon, rygor niemal rzemieślniczego wykonania według idealnego wzoru. Tak było w m. in. w starożytności. Wywodzący się z romantyzmu nurt ekspresywistyczny istotnie ukształtował współczesny sposób postrzegania artysty, jego roli oraz wynikający z nich pośrednio nadal obecny w dzisiejszych czasach typ ludzkiej samowiedzy. Obok naturalizmu i teizmu właśnie ekspresywizm jest zdaniem Taylora, trzecim istotnym wyznacznikiem kultury współczesności. Autentyczność i twórczość stanowią jego najbardziej charakterystyczne motywy.
           Jednak  sztuki pojmowanej w jej twórczym wymiarze,  nie da się chyba nauczyć w tym sensie, w jakim nie da się zaaranżować spontaniczności. Wydarzeniowy charakter aktu kreacji artystycznej, jak również przebłysku rozumienia gotowego wytworu, resp.  prawdziwego, w Gadamerowskim sensie, spotkania z dziełem sztuki, (także autentyczności uczestnictwa w przedsięwzięciach w rodzaju happeningu), nie da się nauczyć tak, jak można przyswoić sobie umiejętność wykonywania czynności podpadających pod schemat ustalonego algorytmu. W tym chyba tkwi także egzystencjalny wątek współczesnego pojmowania sztuki, która niejednokrotnie zbliża się do utożsamienia z procesem samego życia. Znamy sformułowania, iż wszystko jest poezją, że sztuką jest wszystko, co robi artysta. Tak, jak w trakcie samego życia dowiadujemy się kim jesteśmy, podobnie dzieło sztuki ujawnia swą tożsamość w procesie swego samoujawniania się. Zatem pozostając w obrębie tego ekspresywistycznego nurtu refleksji, pytanie czy sztuki można się nauczyć, bliskie pozostaje kwestii, czy można nauczyć się życia –  zracjonalizować i zalgorytmizować całość ludzkiego zamieszkiwania w świecie – nasze projekty, marzenia, pamięć? Jeśliby się to nawet udało, czy nie stanęłaby przed nami wizja Nowego wspaniałego świata jaką przedstawił w swej powieści Aldous Huxley?  



Bibliografia:

Jonas H.,  Religia gnozy tłum. M. Klimowicz,, wyd. Platan,  Kraków, 1994.
Naveiro J. C. F., Para una crítica del liberalismo en Charles Taylor Un comentario sobre  
         “Fuentes del yo. La construcción de la identidad moderna” „Cuaderno de Materiales“
          Nº23, 2011, 287-302 ISSN: 1139-4382, s. 14.
           http://www.filosofia.net/materiales/pdf23/CDM19.pdf  (dostęp 2. 07. 2015).
Miłosz Cz. Ziemia Ulro, PIW Warszawa 1982.
Nietzsche F., Tako rzecze Zaratustra, tłum. W. Berent, wyd. “Hachete” Warszawa 2009.
Nietzsche F., Narodziny tragedii albo Grecy i pesymizm, Kraków 1994.
Nowak, W. M., Spór o nowoczesność w poglądach Charlesa Taylora i Alsadaira McIntrye’a, Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego, Rzeszów 2008,
Taylor Ch., Źródła podmiotowości Narodziny tożsamości nowoczesnej, tłum. M.             Gruszczyński, O. Latak, A. Lipszyc, A. Michalak,  A. Rostkowska, M. Rychter, Ł. Sommer, PWN, Warszawa 2012.























[1] Charles Taylor, Źródła podmiotowości Narodziny tożsamości nowoczesnej, tłum. M. Gruszczyński, O. Latak, A. Lipszyc, A. Michalak,  A. Rostkowska, M. Rychter, Ł. Sommer, Warszawa 2012, s.911
[2] Np. uprawianie sportów ekstremalnych, po to by zyskać samozadowolenie lub podziw innych mogą być drogą wiodącą ku osiągnięciu tak pojętej satysfakcji. Jednak motywowane chrześcijańskim przesłaniem szare na co dzień  poświecenie się bliźniemu już nie (!)
[3]Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 889.
[4] Było to oczywistą pochodną poglądów J. J. Rousseau.
[5] W. M. Nowak, Spór o nowoczesność w poglądach Charlesa Taylora i Alsadaira McIntrye’a, Rzeszów 2008,  s. 137.
[6] Ch. Taylor, Dz. cyt., s.797.
[7] Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 796.
[8] Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 79.
[9] Tamże, s. 799.
[10] Ch. Taylor, Dz. cyt. s. 796.
[11] Ch. Taylor, Dz. cyt. s. 841.
[12] - Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 773.
[13]„Pełni epifanii przeciwstawione zostaje poczucie, ze otaczający ans świat w postaci w jakiej go zazwyczaj doświadczamy, jest wykolejony, martwy, czy tez opuszczony przez Boga. Ów świat „w rozpadzie martwy i bez ducha”, świat postrzegany biernymi oczami Blacke’a łączy pewne pokrewieństwo z Ziemią jałową Eliota. Istnieje tu swoista ciągłość – jest to mianowicie krytyka mechanicyzmu i instrumentalizmu jako sposobu widzenia życia, a także samej zasady naszego społecznego istnienia. (…) Z opowiedzeniem się po stronie sztuki epifanicznej niemal zawsze idzie silna wrogość wobec komercyjno-przemysłowego, kapitalistycznego społeczeństwa, od Schillera poczynając, do Marksa, Marcusego i Adorna; od Blacke’a przez Baudelaire’a do Pounda i Eliota” – Ch. Taylor, Dz. cyt., s.788-789.
[16]  Por. spekulacja walentynianska w interpretacji Hasa Jonasa [w:] H. Jonas Religia gnozy, Kraków1994.
[17] Nie wskazuję w tym miejscu dokładnych adresów bibliograficznych, ponieważ mniemam, że dzieło Gombrowicza jest powszechnie znane. Skądinąd związki refleksji Gombrowicza z filozofią Ortegi Gasseta to temat na oddzielne studium.
[18] „Pierwotny ekspresywizm romantyczny, przy całej swojej skłonności do wynoszenia sztuki ponad poziomy, postrzegał spełnienie się poprzez ekspresję jako coś, co można pogodzić z moralnością, określoną w kategoriach standardów współczesnych. Pytanie to wysunęło się na pierwszy plan, dzięki niektórym współczesnym pisarzom, na których wpłynął Nietzsche – takim jak Jacques Derrida i Michael Foucault” Wszystkie te spory możemy nazwać, odpowiednio:1) kwestia źródeł, 2) kwestia instrumentalizmu, 3) kwestią moralności” - Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 916.
[19] Ch. Taylor, Dz. cyt., s.812.
[20] Ch. Taylor, Dz. cyt., s.813.
[21] Ch. Taylor, Dz. cyt., s.814.
[22] „Sama filozofia Schopenhauera była buntem przeciw inspirowanemu przez chrześcijaństwo wymogowi, aby afirmować dobro tego, co jest. Chciał on raz na zawsze zrzucić okropny ciężar, jakim obarczyła nas cywilizacja chrześcijańska; pragnął głosić ostateczne zło rzeczywistości i rozprawić się z nią ostatecznie. Otworzył jednak drogę, którą ogromna większość jego uczniów wróciła do wyjściowych ram romantyczno- ekspresywistycznych, co poświadcza tylko ich pozycję w naszej cywilizacji.  (...), Ch. Taylor, Dz. cyt., s.816-817.
[23] Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 815.
[24] Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 817.
[25] Juan Carlos Fernández Naveiro, Para una crítica del liberalismo en Charles Taylor Un comentario sobre “Fuentes del yo. La construcción de la identidad moderna” „Cuaderno de Materiales“ Nº23, 2011, 287-302, s. 14.  http://www.filosofia.net/materiales/pdf23/CDM19.pdf (dostęp 2. 07. 2015).
[26] F. Nietzsche, Narodziny tragedii albo Grecy i pesymizm, Kraków 1994, s. 57.
[27] Ch. Taylor, Dz. cyt., s 817.
[28] Por. Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 819.
[29]  Ch. Taylor, Dz. cyt., s.819.
[30]„Tam więc, gdzie pierwotni romantycy zwracali się ku naturze i prostemu uczuciu, wielu modernistów wybierało zgłębianie życia wewnętrznego”  - Ch. Taylor, Dz. cyt. s. 847. 
[31] F. Nietzsche: Tako rzecze Zaratustra, tłum. W. Berent, Warszawa 2009, s. 43.
[32] Ch. Taylor, Dz. cyt., s.821.
[33] Tamże.
[34] Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 913.
[35] Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 785.
[36] Tamże.
[37] Ch. Taylor, Dz. cyt., s. 846.
[38] Por. „Nadal żyjemy pośród następstw modernizmu (…) świat naszej kultury ukształtowany został przez modernizm. Znaczna cześć naszego życia polega na reakcji nań a także na rozdzielaniu i przedłużaniu  włókien, które modernizm złączył.” Ch. Taylor, Dz. cyt. s. 890.

Tekst opublikowany w pracy pt. SzymbART 2015 Czy sztuki można się nauczyć?, Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego, Rzeszów 2016



Paweł Nowicki