wtorek, 3 stycznia 2012

Marcina Świetlickiego Dwanaście



Alejo Carpentier napisał  kiedyś, że na prawdę dobra  literatura zawsze  opiera się na swojej własnej oryginalnej metafizyce. Dobry pisarz,  konstruując przestrzeń  fikcji literackiej zawsze  odkrywa czy ustanawia pewien  magiczny świat. I wcale nie chodzi tutaj koniecznie o  jakąś zadeklarowaną nie-realność, dziwaczność, czy  przeładowane wizjonerstwo lecz raczej o to, że autor wprowadza czytelnika rzeczywistość  o odmiennych, by tak rzec, parametrach.
Powieść  Marcina Świetlickiego zdaje się spełniać ten warunek. Nie będę streszczał  jej akcji ponieważ jest to  poniekąd kryminał,  a  informacja typu „kto zabił” odbiera smak lektury. 
     Są tacy, których ta książka oburza i nawet się im nie dziwię. Sam nie polecałbym jej czytelnikom zbyt młodym, ale z podobnych powodów z jakich nie polecałbym nikomu przedwczesnej lektury Ulissesa. Dwanaście Marcin Świetlickiego znajduje się jednak w wypożyczalni dla dorosłych i sądzę,  że to ustalenie  zupełnie wystarczy, by temat oburzeń można było uznać za zamknięty.
Oto przed nami opowieść pełna komizmu i groteski,  historia, której    bohaterem jest pijak. Ale Dwanaście  nie jest książką  o piciu,  przynajmniej nie jest książką o tak zwanym dramacie  alkoholika.  Jest to raczej dramat intelektualny, filozoficzny wywodzący się w prostej linii z tradycji pisarstwa Gombrowicza.
Wszystko to, co w powieści Świetlickiego przedstawia się jako obsceniczne - z piciem na czele - należy traktować raczej jako swoisty zbiór rekwizytów, choć swoją drogą, obraz  krakowskiego knajpianego światka mimo, że odrealniony, zdaje się  jak najbardziej trafny.
Jednak pijackie rozprzężenie umysłu, które cechuje protagonistę jest tylko pretekstem, wybiegiem, metaforą. Gdyby autor przyjął inną konwencję równie dobrze mogłoby  nam zostać  opowiedziane, że bohaterowi wszystko się śniło, lub że na przykład kosmici spreparowali  jego mózg. I nawet  nie w tym rzecz,  że Mistrz po pijanemu   nie umie rozróżnić „rzeczy które są” , „od rzeczy, których nie ma” lecz o  jego zasadniczo odmienny – magiczny sposób patrzenia na  rzeczywistość. W umyśle bohatera bieżące doznania, sny, wspomnienia,  przypadkowe sygnały docierające z ulicy  wydają się znajdować obok siebie tak, jak na obrazie barwne plamy leżą na jednej płaszyźnie płótna. 
Następujące zdarzenia   przedstawiają  się Mistrzowi  bardziej  jako znaki, zapowiedzi dalszego ciągu narracji, niż jako racjonalnie pojęte  przyczyny  i  skutki.. Dodatkowo „realny” bieg wypadków splata się z manipulacją medianą. Dziennikarka telewizyjna realizuje program, w którym przy okazji  rozgrywa prywatną intrygę i prowokuje   wydarzenia - tym razem już w pełni rzeczywiste. Świat bohatera składa się z więc fenomenów stojących na jednym planie realności, które on sam interpretuje jak gdyby rozkodowując  ukryty szyfr.
- „ Na jednej z ławek leżał Azjata. Mały, w czarnym garniturze i czerwonych szpilkach. Był pijany, nie żył lub spał. Dziwność świata uderzyła Mistrza. Nie znajdował wyjaśnienia dla fenomenu Azjaty.
          Jak też nie znajdował wytłumaczenia plakatu z Twardowską. Wyraz twarzy dziewczęcia był wyżywający. Plakat nie oznaczał niczego konkretnego. No,    chyba że będzie dalszy ciąg (...)
  Ale gdzie leży granica i czy w ogóle istnieje granica miedzy interpretacją właściwą, a nadinterpretacją? Może każda interpretacja jest w pewnym sensie  kreacją sensu? Kto pamięta  Kosmos  Gombrowicza niech porówna powieszonego wróbla, strzałki na suficie, etc. Można oczywiście powiedzieć, że  bohater Gombrowicza był zwykłym  paranoikiem tak jak można się upierać, że Don Kichot był tylko niegroźnym wariatem. Taka  diagnoza psychologiczna jest  trywialna i w ogóle zdaje się chybiać celu,  choć zapewne miałby zastosowanie względem  kogoś, kto chciałby się bohaterami powieści prywatnie -  „empirycznie” utożsamiać. (Dzieło sztuki  zawsze jest  konstrukcją, nigdy zaś  opowiadaniem plotek,  czy też zbiorem praktycznych instrukcji... w co  się bawić).
Umysł  pijaka jest tylko  symbolem  sugerującym nam pewną hipotezę co do sposobu konstytuowania się  rzeczywistości faktycznie przeżywanej.  To co patologiczne może nieraz stanowić bardzo dobry model. Takie podejrzenie, że zdarzenia z pozoru przypadkowe,  przedmioty trafem  rozpoznane na tle innych posiadają jakiś ukryty sens, nie od dziś wydaje się niepokojące i inspirujące. I nie o to chodzi, że poza fikcją-interpretacją nie ma żadnej rzeczywistości, która byłaby obowiązująca. Bohaterowie w końcu się bardzo boleśnie kaleczą w konfrontacji z ową rzeczywistością . W książce Świetlickiego możemy odczytać sugestię, że człowiek taki już jest -  trochę z Szekspira a trochę z latynoskiej telenoweli, jak gdyby rozpięty między jawą a snem, skazany na złudzenia i  po prostu popełniający błędy.

       (Jeszcze raz - młodzieży oraz tym wszystkim,  którzy po przeczytaniu dajmy na to  Wyspy skarbów zaczynają kopać we własnym ogrodzie,  książki zdecydowanie  nie polecam.)

Marcin Świetlicki: Dwanaście, Kraków 2006, wyd. EMG, www.trupypolskie.pl

                                                                                                       Paweł Nowicki

Tekst umieszczony na stronach:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz