Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 stycznia 2012

Podróże ze Stasiukiem (A. Stasiuk, "Taksim")

-->
Kto pamięta wcześniejszą książkę Andrzeja Stasiuka Jadąc do Babadag, ten musi przyznać, że Taksim łączy z nią dalekie podobieństwo. Dla obu utworów wspólny jest motyw podróży, wędrówki przez Słowację, Węgry, Rumunię, na Wschód i dalej na Południe, w trakcie której odsłania się pewna charakterystyczna wizja świata, będąca swoistym pejzażem wewnętrznym bohatera-narratora. W obu powieściach jest obecny podobny wątek refleksji nad kulturą, historią oraz kondycją duchową mieszkańców Europy Środkowej, zarazem szczególne usytuowanie bohatera resp. obserwatora względem świata, nadające tym utworom charakter poetyckiego quasi reportażu. W obydwu książkach spotykamy podobne „rozproszenie” narratora, jak gdybyśmy oglądali film nakręcony z kilku wirujących kamer, po czym próbowali ustalić środek, wokół którego dokonuje się obrót. Dlatego bardzo ryzykowny wydaje się wszelki zamiar odczytywania Stasiuka w kontekście historii albo polityki. To, co się nam ukazuje jako wizja miasta, kraju czy grupy etnicznej, jest tylko obrazem ukonstytuowanym w polu widzenia bohatera i bardziej stanowi osobistą ekspresję niż nośnik tezy, z którą można by polemizować.
Tworzywem, z którego zbudowany jest świat przedstawiony obu utworów, są fragmenty rozmów, zapamiętane obrazy, ludzkie gesty. Widzimy pejzaż prowincji, biedę, ale też żałosne ambicje mieszkańców, połączone z ich nieziszczoną tęsknotą za jakimś dalekim Eldorado. Bohater jest obcym – przybyszem, przechodniem, wędrowcem, który notuje swoje obserwacje i utrwala zasłyszane głosy. W tych dwóch powieściach autor zdaje się zgłębiać wciąż tę samą trudność, rozwijając swą niezwykłą wizję części Europy, z którą związany jest bardzo silnymi więzami. Dlatego Jadąc do Babadag i Taksim mogą być potraktowane jako uzupełniające się elementy cyklu. Proust pisząc o Dostojewskim, wspomina, że w jego czterech wielkich powieściach występują właściwie ci sami bohaterowie, to znaczy te same ludzkie typy, za każdym razem ukazane w nieco innym świetle. Warto o tym przypomnieć wobec zarzutów, jakoby Taksim był wtórny, i jakoby Stasiuk się powtarzał. Owszem możemy zauważyć coś w rodzaju rekapitulacji własnej twórczości, czy dokonywanej przez pisarza próby budowy własnej mitologii, ale to chyba nie powinno być podstawą do formułowania zarzutu. Jeżeli pojawiają się motywy z wcześniejszych utworów, jak postać biedaka z trójkołowym rowerem, nazwisko Zalatywój, tajemniczy pokój, do którego prowadzą małe drzwi, ewokujący atmosferę grozy, którą pamiętamy z Opowieści galicyjskich, środowisko marginesu, które przywodzi na myśl Mury Hebronu i Dziewięć, to możemy widzieć w tym dokonywany przez Stasiuka przegląd rekwizytów świata własnej kreacji literackiej.
Akcja powieści Taksim rozgrywa się w Europie Wschodniej, u podnóża Karpat. Ta lokalizacja geograficzna jest bardzo istotna. Granice państw nie mają tu znaczenia i nie tylko dlatego, że zatarła je Unia. Jest to pogranicze ścierających się ze sobą trzech prastarych kultur: Bizancjum, Rzymu i Orientu, które jak wielkie kry kontynentalne zachodzą tu na siebie i niezmiennie trwają, pomimo powierzchownych ruchów geopolitycznych. To miał na myśli Ferdynand Braudel pisząc, że: „Cywilizacje [...] kroczą przez czas, odnoszą triumf nad ograniczonością trwania. Gdy kręci się film historii, one pozostają na miejscu, niewzruszone”. Cywilizacja to pewna sztuka życia, to tysiące powtarzających się postaw. Państwa z ich administracją przemijają i są jak pokolenia trawy, która porasta te olbrzymie prastare formacje. W przyjętej koncepcji historii tym, co na prawdę ważne, jest to, co nie ulega zmianie.
W swej wcześniejszej książce Stasiuk pisał o dwóch strumieniach spływających do dwu sąsiednich dolin. Choć są one blisko siebie - na odległość spojrzenia, wiemy, że jeden skończy swój bieg w Bałtyku, a drugi w Morzu Czarnym. Motyw działu wód powraca w także Taksimie. Bohater stąpa po ziemi pełnej pamiątek i symboli, gdzie wszystko zdaje się swojskie, jednak drogi stąd wiodą w odmiennych kierunkach. W Europie Środkowej zanikły granice, jednak ta prowincja świata nadal pozostała prowincją. Dominantę stanowią tutaj marazm i wielkie rozczarowanie, jak gdyby rozpad komunizmu odsłonił jedynie inny aspekt odwiecznej bylejakości.
Bohater–narrator to mężczyzna pełen wrażliwości i nostalgii, a zarazem pozbawiony złudzeń obserwator swego czasu - pogodzony ze swym miejscem na ziemi, starzejący się wraz z nim i razem z nim odchodzący w przeszłość. Jest częścią miasta, które umiera. Dawne cywilizacje Orientu zasypywał piasek. Ten świat, to znaczy nasz świat, zdaje się ginąć wśród tandety i zdegradowanych przedmiotów. To co nowe, w kolorowym opakowaniu i poprawnie schludne, jest naznaczone bylejakością. Naszym przedmiotom nie przysługuje przywilej dostojnego przemijania. Nie stosuje się do nich kategoria trwania, lecz okres ważności. Bohater (pisarz!) odnosi papier na makulaturę, by zdobyć pieniądze na parę litrów benzyny: „Ale nie miałem siły. To miasto było jak los. Byłem już stary i chciałem przeczekać jeszcze jedną zimę. A potem pewnie następną. Musiałem tu zostać, bo w innym miejscu nie potrafiłbym zasnąć ani się obudzić” (s. 98).
Bohater wegetuje. Jest przywiązany do kilku obrazów: widoku z okna, z pozoru mało ważnych fragmentów pejzażu. „W innym miejscu nie byłoby mostu nad rzeką i dudnienia samochodów na moście. Nie byłoby łuny nad stacja benzynową. To są ważne rzeczy i z czasem okazuje się, że nie można bez nich żyć” (s. 98). Jest to jakaś postać patriotyzmu. Być może najbardziej źródłowa u tych, którzy na co dzień nie wyrażają swych uczuć w sposób oficjalny. Jego życie jest jednym z elementów tego świata: „Tak więc wszędzie brakowałoby mi odgłosów mostu. I smrodu fabryki. I zapachu węglowego dymu, gdy zaczynają się zimne dni. To miasto będzie zamierało wraz ze mną. Ta myśl pozwala mi lepiej znosić samotność. Niczego więcej nie potrzebuję. Reszta jest kłamstwem. Trzeba mieć gdzie umrzeć i tyle” (s.99). Gdzieś daleko w tle pobrzmiewa echo Ziemi jałowej Eliota z jego koncepcją korelatu obiektywnego. Bo czy nie taką funkcję pełni w prozie Stasiuka ten pejzaż ani miejski, ani wiejski, stary człowiek pchający trójkołowy rower, stacja benzynowa nocą, postindustrialne widma architektury?
W podupadłym mieście bohater spotyka biedaków, zbieraczy złomu, rozpaczliwych kombinatorów, żyjących dniem dzisiejszym, pijaków, wsłuchanych w bełkot reklam w obskurnej piwiarni. Wraz ze swym wspólnikiem prowadzi handel obwoźny, sprzedając odzież z drugiej ręki tam, gdzie bieda jest jeszcze większa. Spotykamy emigrantów z Rumunii i ze Wschodu, przemoc i walkę o przetrwanie, bez nadziei na lepszą przyszłość. Jest jednak w powieści Stasiuka obecna wiara w pierwotną moc życia. To, co zdawałoby się stać najniżej w porządku cywilizacyjnym, okazuje swą niezniszczalną żywotność. Cyganie, którzy byli na tych ziemiach od zawsze, okazują się najlepiej do zmian przystosowani: „Wiedział, że okazję dostaje się tylko raz. Strach i spryt od pokoleń” (s. 301). Zajęci zbieraniem odpadków - śmieci wyrzuconych gdzieś z lepszego świata, żyją na granicy przetrwania i tylko oni, zdaniem autora, zachowali pewną paradoksalną autentyczność. Nie są niczym więcej, ani niczym mniej od tego, co dała im natura, są jak zielsko, porastające wraki i ruiny. W Jadąc do Babadag czytamy: „Europa powoływała do życia narody królestwa, cesarstwa i państwa, które trwały i upadały. Zapatrzona w rozwój, ekspansję i wzrost, ni potrafiła sobie wyobrazić, że można żyć poza czasem, poza historią. Tymczasem oni dokonali cudu. Z sardonicznym uśmiechem patrzyli na parkosyzmy naszej cywilizacji i jeśli brali z niej coś dla siebie, to były to śmieci odpadki, zrujnowane domy i jałmużna. Tak jakby reszta nie przedstawiała dla nich żadnej wartości” (s. 97).
A może wizję literacką Stasiuka winno się postrzegać jako wielką metaforę kondycji człowieka epoki ponowoczesnej? W pewnym sensie bankruta i wygnańca... Dawne systemy wartości spajała wiara w przyszłość. Wyrażała się ona między innymi poprzez solidność i trwałość przedmiotów codziennego użytku. Dziś wszystko zdaje się wypierać jednorazowa tandeta. Świat, w którym żyje bohater, to ponowoczesny śmietnik. Jego miejsce na ziemi, te kraje na pograniczu, są prowincją tego śmietnika - jego „przedmurzem”! Tu trafiają wszystkie rzeczy używane, które gdzieś w Paryżu, Londynie i w innych miejscach, dawno przestały się liczyć, zaś tu zdają się żyć raz jeszcze, w swoim nowym, zdegradowanym wcieleniu: „Ludziom przybywa rzeczy. Mają coraz więcej coraz gorszych. Wciąż trzeba coś przywozić i wywozić, pozbywać się starych, żeby zrobić miejsce na nowe. To jest kłopot. Wywożą za miasto, do lasu. Na południe, w głąb dolin, tak jak opony […]. Czasami widzę wywrotki wypełnione połamanymi meblami z plastiku, lodówkami, pogiętymi rowerami, dziecięcymi wózkami, całym tym jednorazowym gównem” (s. 98).
To również może być odczytane jako metafora, która tym razem zdaje się sugerować degradację duchową, intelektualną. Przejmujemy idee, poglądy, myśli z drugiej ręki - myśli nieprzemyślane, lecz brane za swoje z braku lepszych, które  są jak stroje, kupowane po to tylko, by mieć się w co ubrać. Ortega y Gasset pisał w Buncie mas o nieodpowiedzialności wszelkiego myślenia, które nie zrodziło się z autentycznej konfrontacji z rzeczywistością. Pisał o takim myśleniu, które w istocie jest zabawą w myślenie, gdy można sobie pozwolić na luksus marzycielstwa. Przyswajamy myśli wzięte z Francji, Anglii albo nie wiadomo skąd, bo akurat pasują, bo tak się składa, że komuś jest do twarzy z pewną retoryką albo z nawykiem powtarzania, bo tak się nauczył, a pewne przekonania są jak tik nerwowy. Do głoszenia, a nawet wyznawania poglądów, można się przyzwyczaić jak do żucia gumy lub do przybierania określonej pozy. Czy Polska początków XXI wieku jest jak paw Europy pośród brudnych szmat sprowadzanych za bezcen wraz z repertuarem zachowań i postaw rodem z londyńskich nowojorskich slumsów?
Pamiętamy jak Witkacy w Pożegnaniu Jesieni prorokował wizję chińskiej hegemonii, totalitaryzm na wzór społeczności mrówek – inflację ludzkiego bytu, zatratę indywidualności. Nie był to, jak wiemy, lęk przed narodem azjatyckim jako takim, lecz przed pewnym typem kultury i ściśle określonym przepisem na życie. Stasiuk opisując zalew Europy przez chińskie  wyroby również ma na myśli coś więcej niż tylko pewien fenomen gospodarczy lub socjologiczny. Konstatuje zanik, atrofię sił witalnych naszej cywilizacji, pisząc, że  „wszyscy mogą już sobie iść, mogą się zabierać z miasta i okolicy, zewsząd, mogą dać sobie spokój i mogą odpocząć, bo teraz oni, żółci, zajmą się tym wszystkim, czym musieliśmy się do tej pory zajmować my. […] Chińczycy przybyli, żeby nas zastąpić. A może wcale się nie zbudziłem, bo jednak wstałem, poszedłem i odsunąłem zasłonę, żeby sprawdzić. Stacja stała i wyglądała jak zwykle, ale to też mógł być dalszy ciąg snu” (s. 99).
Więc Chińczycy przybyli, żeby nas zastąpić w istnieniu. To, co prawdziwe, jest wypierane przez masową imitację. A więc tradycyjny typ człowieczeństwa traci swą esencję i rozmywa się.
Są czytelnicy, których bulwersuje brutalny i pełen wulgaryzmów język powieści Stasiuka. Ale pamiętajmy, że ten język stanowi tworzywo, z którego autor buduje świat przedstawiony. Wywodzi się on z zasłyszanych głosów, pijackich monologów, przekleństw, stanowi o sposobie ekspresji kreowanych postaci. Bardzo często mamy do czynienia z mową pozornie zależną, ukazującą świat niejako oczami bohatera. Mowa pozornie zależna jest jak obiektyw, którego ogniskową ustawia się na tych własnościach przedmiotów, które wchodzą w pole widzenia konstruowanej postaci. Autor powołując do życia bohatera (a bohaterem jest też narrator pierwszoosobowy) wyposaża go w określony typ spostrzegawczości, na podobieństwo wrażliwości na określone spektrum barw, które jest zdolny odbijać bądź absorbować. Właściwie nie widzimy bohaterów od zewnątrz, ani nie znamy ich powierzchowności, lecz dowiadujemy się, kim są, poprzez to, czego się domyślają ze świata lub tego, o czym mówią. I tak jak kolory w obrazie malarskim, podobnie pole widzenia bohatera musi być uzgodnione z jego hipotetycznym wnętrzem. Zresztą bohater nie ma żadnego innego wnętrza innego niż to, które ujawnia się w mowie.
*
Taksim rozpisany jest na dwa głosy. W monolog narratora wplecione są opowieści i wspomnienia Władka - jego wspólnika i towarzysza podróży. Władek zdaje się istnieć w powieści tylko jako głos. Czy ma jakąś istotę inną niż treść opowieści, którą snuje? O narracyjnym charakterze ludzkiej egzystencji napisano wiele, podobnie jak o fenomenologii głosu. Przeświadczenie, że ludzki sposób bycia przejawia się jako opowiadana historia i konstytuuje się poprzez przesądy, presupozycje, miejsca niedookreślenia, że tak jak opowieść wydarza się i trwa w określonym czasie, znane jest od dawna. Próba analizy powieści Stasiuka pod tym kątem mogłaby stanowić temat oddzielnego szkicu. Warto jedynie wskazać fragmenty, które mogłyby się stać punktem wyjścia do interpretacji wiodącej
w tym kierunku: „Tylko to potrafiłem: prowadzić i słuchać jak gada. Poszedłby na południe w tych rozklapcianych adidasach. Gadałby do siebie. Szedłby i mamrotał. Nic gorszego nie mogłoby mu się przytrafić. Przecież jak nie gadał, to był martwy. Chwilami miałem wrażenie, że żył tylko po to, żeby to swoje życie potem komuś opowiadać. Trafiłem mu się jak ślepej kurze ziarno, gdy już nikt nie chciał go słuchać. […] Mógł najwyżej pójść do knajpy i tam próbować tych swoich legend, ale w knajpach wszędzie były już telewizory i dawni kumple woleli patrzeć na plastikowe gówno, bo ono chociaż na chwilę pozwalało im zapomnieć o własnym życiu. (s. 244-245) „A mnie się wydawało, że tą gadaniną po prostu zabija czas, wypełnia nią kilometry, wypełnia odległości i odgania lek przed klęską, że próbuje rozwiać nią smutek wypełniający kabinę. Tymczasem on po prostu ze skrawków, z resztek,
z odgłosów, ze wspomnień i z przeczuć składał sobie prawdę. Pił, palił i czuł przez skórę. (s. 101)
*
Pomimo goryczy i katastroficznych wątków, powieści Stasiuka tętnią życiem i wyrażają wielki, niezaspokojony głód świata. Jego postacie (choć czasem zjawiają się jak cienie ze starej fotografii) wyrażają prawdę ludzkiej natury w jej mrocznej i nieokiełznanej pełni a  pod tym względem przywodzą na myśl bohaterów znanych z twórczości Hemingway’a czy Londona.
                                                                                                         
                                                                                Paweł Nowicki
Andrzej Stasiuk, Taksim,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009
Tekst zamieszczony w kwartalniku FRAZA” nr 2  (72) 20011

„Tęsknota pod mikroskopem” - debiut poetycki Zofii Rzący

-->




Tęsknota jest tym doświadczeniem, w którym przejawia się  nasza najbardziej intymna, a zarazem najgłębsza więź ze światem i innymi ludźmi. Za czym w życiu tęsknimy? Czy za  tym, co minęło,  za drugim człowiekiem, za nieznanym, a może  za Bogiem?  Ten, kto tęskni, jest zawsze w pewien sposób samotny, a uczucie braku, nieobecności bliskiej osoby lub miejsca, zmusza nas do refleksji i uwrażliwia na poezję i tajemnicę. Czasem,  tak naprawdę,  nie wiemy, za czym tęsknimy i ten rodzaj niepokoju zdaje się najbliższy doświadczeniom określanym mianem uczuć metafizycznych. To szczególne  usytuowanie wobec własnej przeszłości oraz  więź z osobami, których z różnych powodów z nami nie ma, stanowi o unikatowym charakterze naszej  egzystencji.  Z tęsknoty rodzi się  potrzeba kontaktu -  powrotu i spotkania, ale też pragnienie ujęcia rzeczy w adekwatne słowa, a więc  utrwalenia obrazów  i sensów. Dlatego tęsknota tak często wyraża się w sztuce. 
Poezja Zofii Rzący posiada charakter głęboko intelektualny i jest osadzona w bogatej tradycji literatury europejskiej; jest wyrazem starannego wykształcenia oraz wielkiej wrażliwości autorki. Jest to więc twórczość adresowana do odbiorcy o wysokiej kulturze, świadomego wagi fundamentalnych pytań,  które zdają się nie tracić swej aktualności, od czasów antyku aż  po współczesny egzystencjalizm. Jednocześnie poezja Zofii Rzący daje się odczytać jako osobiste wyznanie - próba opisu i oswojenia świata, w którym autorce dane jest żyć. Wiemy, że w kropli wody przegląda się całe uniwersum. Tak samo każdy z nas znajduje się w centrum swego  horyzontu, poza który nie jest w stanie wyjść. Motyw kobiety ze szklaną kulą z obrazu Johna Williama Waterhouse’a, który znajdujemy na okładce książki, da się zinterpretować w ten sposób. Całość przeglądająca się w części, w której  splata się w sekretny wzór.
By mówić prawdę o sobie, a zarazem prawdę o świecie przeżywanym, poetka stara się  uwzględnić wymiar prywatności, a więc bliskość i konkret swojego najbliższego otoczenia. Jesteśmy we własnym wnętrzu, doświadczamy olśnień, nadziei, ale też bezsenności, rozczarowania i tęsknoty. Poetka pozostawia po sobie znaki na papierze, lecz pozostawia także okruchy chleba, ślad oddechu na zimowej szybie. Spogląda w przyszłość i w przeszłość,  ale też w jej życiu ważny jest  widok  z okna, który kształtuje ją  każdego dnia. W wierszach Zofii Rzący natrafiamy na wiele rekwizytów z jej rodzinnych stron, rozpoznajemy elementy pejzażu, które są poetycko przetworzone i podniesione do rangi symboli. Nazwy podkarpackich miejscowości z ich konotacjami historycznymi, góry, rzeki, zjawiska przyrodnicze - wszystko to składa się na bardzo dojrzały obraz poetycki, silnie zakorzeniony w sferze osobistych refleksji i uważnej  obserwacji świata. Tak jest między innymi w wierszu pt. Ropa, w którym pozorna oszczędność środków wyrazu pozwala ująć bogactwo barw, jakości akwatycznych, dynamizm żywiołu i w powiązaniu z pełnym wrażliwości przywiązaniem do rodzimego pejzażu,  ukazać jego niepowtarzalny koloryt.

     Cicho nie budźmy szmaragdu Ropy
      w glinianym dzbanie krajobrazu
                             (…)
                             W ciemnozielonej wodzie
                             intensywne drzewa
                             lasy łęgowe z olszyną szarą

Ta kameralna poezja, która zdaje się utkana z codziennej zadumy nad przemijaniem ludzkiego życia, które płynie jak rzeka, wykazuje się doskonałym przyswojeniem środków wyrazu współczesnej liryki  intelektualnej.  O naszym doświadczeniu trwania mówi wiersz właśnie pod tytułem Czas:

                                     najbardziej
                          względna bezwzględna
                                     kategoria
                         niefizykalny a doświadczany
                                      to on
                                     mierzy
                         mycie zębów, zawiązywanie
                         sznurowadeł, picie kawy;
                         strony książek i skryptów,
                         stosy druków, raportów,
                         rozliczeń; pocałunki;
                         urodę…
                                        nie kończy się
                         to my w nim wygasamy
                         jak iskry w ognisku

Jak się okazuje, odwieczny temat ludzkiego doświadczenia upływu czasu, poetka podejmuje   w sposób odkrywczy, a zarazem oszczędnie i z gracją.    
Utwór pod tytułem Prawdziwa rozmowa, błyskotliwy,  inspirowany twórczością księdza Jana Twardowskiego, zdaje się mówić nam o tęsknocie człowieka za drugim człowiekiem,  za ludzką rozmową i  rzeczywistym spotkaniem twarzą  w twarz. 
                            
                           (…) tak szybko odchodzą
                            nie w stronę wieczności
                            lecz w stronę biznesu …

Wiersze zebrane w debiutanckim tomiku Tęsknota pod mikroskopem pochodzą z różnych okresów twórczości poetki, w związku z czym, ich zamysł artystyczny zdaje się  również nieco zróżnicowany. Utwór zatytułowany Dochować wierności nieco odbiega od pozostałych i wydaje się raczej fragmentem prozy poetyckiej, który mógłby otwierać całkiem odrębny cykl literacki. Jednak większość wierszy zgromadzonych w książce nawiązuje do najlepszych wzorów  poezji współczesnej i daje się porównać z twórczością czołowych polskich pisarzy. 


                                                                                  Paweł Nowicki


------------------------------------------
Dnia 6. 04. 2011 w sali Młodzieżowego Domu Kultury w Gorlicach odbyło  się spotkanie autorskie Zofii Rzący , podczas którego poetka zaprezentowała swój debiutancki  tom pt Tęsknota pod mikroskopem.

Zofia Rząca, Tęsknota pod mikroskopem, wyd. Miniatura, Kraków 2011


Zofia Rząca, ur.1976 roku w Gorlicach, mieszka  w pobliskiej Łużnej i jest z wykształcenia polonistką.  Studia ukończyła na krakowskiej  Akademii Pedagogicznej.  Pracowała jako bibliotekarz w Bibliotece Publicznej w Woli Łużańskiej oraz w Bibliotece Publicznej im. Mariana Czuchnowskiego w Łużnej. Obecnie jest nauczycielką języka polskiego w Szkole Podstawowej im. Wacława Potockiego w Woli Łużańskiej. Za swą twórczość została dwukrotnie  wyróżniona w dwóch edycjach  Konkursu Gazety Gorlickiej na Najpiękniejszy wiersz o Ziemi Gorlickiej. Zajęła również II miejsce w kategorii literackiej III Konkursu Twórczości Własnej O Miecz Zygmunta, przyznane przez  twórców Piwnicy pod Baranami.

Tekst zamieszczony był wcześniej  na stronach:
-->
-->

wtorek, 3 stycznia 2012

Utracony raj Bogdana Loebla

  

Nie raz już w historii literatury temat dzieciństwa posłużył jako pretekst do napisania powieści mówiącej o sprawach ludzi dorosłych. By uświadomić sobie niezwykłą nośność narracyjną takiego ujęcia, wystarczy wspomnieć choćby Blaszany bębenek Güntera Grassa, w którym elementy nadrealizmu przeplatające się z faktami rzeczywistej historii XX wieku, tworzą niepowtarzalną wizję epoki i miejsca. Konstrukcja świata przedstawionego z perspektywy dziecka pozwala autorowi zastosować wiele środków wyrazu, których prawomocność gwarantuje połączenie naiwnej obserwacji z wytworami nieskrępowanej wyobraźni małego bohatera. W rezultacie powstaje obraz odrealniony. Rządzi się on prawami baśni albo snu, co stwarza dystans do spraw, które opowiedziane wprost, mogłyby narazić autora na zarzut naiwności. Oceny polityczne oraz dramat doświadczeń nie tak dawno minionej epoki, zbyt łatwo narzucają formułę propagandowej retoryki, która na ogół źle służy wartościowemu pisarstwu i sztuce w ogóle. Powieść Bogdana Loebla Piekło weszło do raju ze względu na sposób literackiego eksploatowania tematu dzieciństwa przypomina Blaszany Bębenek Grassa.
Książka Loebla składa się z dwóch części, właściwie dwóch  powieści, które w tym tomie tworzą razem  narracyjną całość. Część pierwsza – Złota trąbka, w której pojawia się tytułowy fantastyczny rekwizyt, stanowi wprowadzenie w szczęśliwy świat dzieciństwa, nietkniętego jeszcze piętnem zła. Część druga - Weszło piekło do raju - to tragiczna wizja najazdu wrogiej armii, utraty domu i ucieczki w nieznane. Akcja powieści toczy się na południowych rubieżach Polski tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej i w trakcie je pierwszych miesięcy. Bohaterem jest mały Józio, syn zamożnej, mieszanej narodowościowo rodziny (matka jest Ukrainką, ojciec - Polakiem). Zbliża się wojna. Widzimy niepokojące tło stosunków polsko-ukraińskich. Jesteśmy świadkami tego, jak w życiu chłopca w nostalgiczny nastrój kończących się wakacji przenikają pierwsze zwiastuny nadchodzącej katastrofy. Nocami obce samoloty naruszają przestrzeń powietrzną Rzeczypospolitej i choć bohaterowie próbują wierzyć, że warkot z nieba to odgłos dalekiej burzy, ich los jest już przesądzony. Zbigniew Herbert pisał:

chłopiec uśmiecha się ufnie jedyny cień jaki zna
to cień słomkowego kapelusza cień sosny cień domu
a jeśli łuna to łuna zachodu

O czym więc jest ta książka? O wojnie i upadku Polski? O najeździe Sowietów? O konflikcie polsko-ukraińskim? Można się zgodzić, że opowiada o tym wszystkim, ale pod warunkiem, że poprzestanie się na recepcji utworu, zorientowanej wyłącznie na społeczno-polityczny albo historyczny kontekst. Pokusę takiego uproszczenia może potęgować fakt, że przez dziesięciolecia w literaturze krajowej nie było możliwości rzetelnego podjęcia tematu wydarzeń, jakie nastąpiły po 17 września 1939 roku. Sama próba nazwania tego fragmentu polskiej historii stawała się aktem politycznej odwagi, co niekiedy źle wpływało na ich literackie ujęcia.
Loebl stworzył doskonałą powieść, której walory artystyczne, niewspierane pozaestetyczną ideowością doskonale trafiają w czyste patriotyczne tony. Mówi ojczyźnie czule – właściwie obnaża zranione uczucia dziecka, które kiedyś straciło rodzinny dom. Pozwala to uniknąć płycizn rozrachunkowej powieści z tezą. Narrator, piszący w pierwszej osobie, sugeruje autentyczność wspomnień a zarazem ogranicza się do tego, co mógł zobaczyć i pojąć jako kilkuletni chłopiec. Sensy zdarzeń oraz próby budowania uzasadnień, ukazują się z wyraźnym zawieszeniem sądu co do ich obowiązywalności w świecie dorosłych. Jednak same treści doznań, jakie pojawiają się w strumieniu przeżyć dziecka, pozostają absolutnie prawdziwe. Taka fenomenologiczna perspektywa sprawia, iż obraz literacki zyskuje pogłębiony walor, właściwy dla utworów pierwszorzędnej wartości, daleko przekraczających poziom zwykłych zapisków i pamiętników.
Jak wiadomo, dzieci w swoim świeżym spojrzeniu na świat przypominają nieraz pierwszych filozofów. Pytają o przyczyny, dostrzegają regularności zdarzeń, próbują odkryć ich porządek i choć często dochodzą do paradoksalnych interpretacji, na ogół nie mylą się co do faktów. Oto przykład:

          Okryty przez ciocię Annę kocem Józio siedział na progu werandy i usiłował policzyć owe wygryzione przez mole albo wydziobane przez skowronki dziurki w czarnej tkaninie nieba, przez które przedzierał się do niego światłość Boga.

Autor, posługując się mową pozornie zależną, dokonuje swoistej trawestacji dziecięcych prób opisywania świata. Można w tekście Loebla znaleźć więcej przykładów ilustrujących tę cudowną zdolność umysłu dziecka, dla którego ciekawość i wyobraźnia stanowią niewyczerpane źródło twórczej inspiracji:

Otworzył drzwiczki pieca, lecz znalazł w nim tylko zwęglone trupy polan. Wrócił do etażerki i, starając się nie mrugać powiekami, wpatrzył się w szeregi kieliszków, które być może nadal były książkami i tylko chwilowo przybrały nową postać?

Zdarzenia, które przekraczają pojęcie młodego bohatera stoją na jednym planie z fikcyjnymi historiami, które znał z bajek i książek dla dzieci. Można odnieść wrażenie, iż nie jest pewny, czy to, co się dookoła dzieje, nie jest jakąś zabawą - mistyfikacją urządzoną przez dorosłych:

Pośrodku najwyższej półki stała wypełniona wiśniową nalewką pana leśniczego kryształowa karafka, ale Józio już nie wątpił, że to jest komandarm drugiej rangi Michał Kowalow.
To on kazał swoim czerwonoarmiejcom wynieść książki z leśniczówki i zakopać je w lesie albo zrobić z nich stos na jakiejś polanie i podpalić, żeby popatrzeć, jak wiecznie głodny ogień pożera zarówno szlachetnego wodza Apaczów i blade twarze Stasia Tarkowskiego i Nel i Kalego […]
Ale właściwie dlaczego miał się Józio bać, że Bogdan i jakiś bolszewik wywloką go stąd do sań i zawiozą do komandarma drugiej rangi Kowalowa, skoro Kowalow pod postacią kryształowej karafki stał na etażerce i w każdej chwili mógł przybrać swoją służbową postać i, tym razem mierząc do Józia z bolszewickiego nagana […].

Nie mniej ciekawy zdaje się także inny trop interpretacji prezentowanej książki. Mam na myśli  pewne powinowactwo, jakie zdaje się zachodzić  pomiędzy prozą Bogdana Loebla  a klimatem niektórych opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza. Czy wynika to ze specyfiki  pejzażu Ukrainy, przedstawionego w statycznych ujęciach,  w szerokim kadrze zawsze nieco pochmurnej dali?  Czy też decyduje o tym podobny sposób  ukazania  codziennych ludzkich spraw -  surowego konkretu   wyłaniającego się  z mgły  niedopowiedzeń,  przez które przenika jakiś metafizyczny dreszcz? W podobny sposób,  jak podczas lektury Iwaszkiewicza próbujemy sobie postawić pytanie, w którym miejscu stoi narrator, jak płynie dla niego czas, jaką odczuwa nieuchronność. Przypomina się zwłaszcza opowiadanie Nauczyciel, i choć przedstawia ono zupełnie inny obszar ludzkiego doświadczenia, zdaje się, że widać w nim ten sam trzeci plan - uporczywy, nieruchomy horyzont nieskończoności. 
Bez względu na zasadność tej ostatniej hipotezy, książka Bogdana Loebla zdaje się odsłaniać przed czytelnikiem wielkie bogactwo odniesień i tropów interpretacyjnych.
               Na koniec warto jeszcze zwrócić uwagę na tytuł powieści.  Trudno zaprzeczyć,  że w pierwszej chwili może się on wydać trochę… nieporadny. Niewątpliwie, czytając na okładce:  „Piekło weszło do Raju” da się wyczuć  pewną naiwność, jaka   przebija z tych słów.  Jednak po chwili namysłu możemy   zauważyć,  że  zdanie to   ma  w sobie coś z dziecięcej wyliczanki  - z  języka gier i  zabaw, a więc wypowiedzi odnoszącej się  do  świata przeżywanego na niby. W związku z tym nasuwa się  pytanie:  Czy jednoznaczne rozróżnienie pojęć dobra i zła, opozycja wyobrażeń Nieba i Piekła obowiązują już tylko umownie - w sferze konwencji i fikcji?  Ktoś powie, że przecież także idee  platońskie istnieją  „na niby”,  jako pochodne struktury naszego języka, którą kiedyś -  zbyt pochopnie wzięto za  rzeczywistość samą. Podobnie zresztą rzecz się ma w odniesieniu do  wszystkich prawd, wartości i innych bytów tego rodzaju, uznawanych  za absolutne, o których dziś sądzi się, że są względne  -  uwarunkowane przez systemy  gier językowych i konteksty, w jakich się o nich mówi.  Czy dziś już  tylko w świecie wyobraźni dziecka możliwe jest ocalenie niewinności i wiary w jednoznaczną opozycję  dobra i zła? W tym sensie tytuł nie tylko doskonale koresponduje z ideą  utworu, lecz także  skłania do wielu dalszych refleksji.  


                                                                                                    Paweł Nowicki

Bogdan Loebl, Piekło weszło do Raju,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2010

Tekst opublikowany w rzeszowskim kwartalniku FRAZA 2010/3-4



Przykry zapach prowincji



            „Mógłbym tu mieszkać jak na dnie pudełka/ w gnieździe po osach /w zepsutym zegarze” – ironizował na temat „małych miasteczek” Zbigniew Herbert, zaś Andrzej Bursa wyrażał się dużo bardziej dosadnie. Witkacy żywił tak wielką odrazę do Kielc, że zapisała się ona na trwałe w historii literatury polskiej. Sportretowany później przez Stanisława Lema jako pacjent Sekułowski w słynnym Szpitalu przemienienia, wypowiada podobne myśli nieco innym językiem.
            Miasto Odorków Olgerda Dziechciarza to zbiór opowieści o współczesnej polskiej prowincji. Być może jest to książka o Polsce w ogóle, ponieważ prowincjonalność nie od dziś wydaje się adekwatną kategorią opisu fenomenu rodzimej kultury. Oddalenie od metropolii, brak szans, poczucie niespełnienia to motywy, które mogą się pojawić we wszystkich częściach świata i wszędzie są do siebie podobne. Nie przypadkiem Gombrowicz, mieszkając w Ameryce Południowej, rozpoznawał w tamtejszym życiu liczne analogie, które trafnie wykorzystał do opisu kondycji duchowej Polaków. Z tą różnicą, że autor Transatlantyku pokładał w niedorozwoju pewne nadzieje, zaś u Dziechciarza dominantę stanowią szyderstwo i gorycz. Jednak warto mieć na względzie ten latynoski trop, natrafiając w prezentowanej książce na motywy zbieżne z twórczością np. Cortazara czy Marqueza. Nadrealizm i groteska wprzęgnięte w krytykę stosunków międzyludzkich, obyczajowe karykatury przeniknięte nieuchwytnym metafizycznym dreszczem, to jeden charakterystycznych rysów wielu mniej znanych powieści autora Stu lat samotności.
Miasto Odorków oprócz tego, że da się odczytywać jako znakomita satyra na zapyziałość prowincji, stanowi zarazem oryginalne przedsięwzięcie literackie. W trzydziestu odsłonach, na które składają się krótkie rozdziały, autor przedstawia wspaniale skomponowane historie bohaterów, nieodmiennie zakończone paradoksalną pointą. Odnajdujemy tam galerię rozmaitych postaci: dorobkiewiczów, nieudanych artystów, zarozumiałych urzędników, pijaczków, rozwydrzonej młodzieży. Widzimy światek biznesu w korupcyjnych powiązaniach z lokalną administracją i policją, ludzi pełnych obłudy, małych, podłych, żałosnych. Bohaterowie ukazani w nieco lepszym świetle jak tytułowa „działaczka kulturalna” budzą co najwyżej litość. Dla miejscowego pijaczyny istotnym problemem po wejściu Polski do Unii Europejskiej staje się zmiana litrażu butelek. Nie ma już pojemności 0, 75 l lecz 0,7, a to się okazuje ciut za mało, by się jednorazowo urżnąć. W związku z tym trzeba „wchodzić w następną flaszkę” (Alkoholik-Abnegat). 
            Podczas uważniejszej lektury Miasto Odorków ukazuje się czytelnikowi także jako seria wyrafinowanych popisów stosowanych form wypowiedzi i stylizacji literackich. Znajdujemy tam rozdział w formie dramatu (Tajny Współpracownik), pamiętnik licealisty – szokujący wulgarnością i wyznawanym „systemem wartości”. Wszechobecne są pastisze i parodie. Już na początku, w szkicu o literaturze, zamaskowanym pod postacią nieudolnej próby prowincjonalnego literata, autor wprowadza nas w reguły swojej literackiej gry (Alkoholik-Abnegat). Opowiadanie Śmieciarz to pozbawiony znaków interpunkcyjnych zapis monologu wewnętrznego tytułowego bohatera, kierujący nas ku... Alicji w Krainie Czarów:
A ile się człowiek dowie ciekawego z tych lektur o właśnie czytam książkę o której nic nie wiem bo nie miał okładki i strony tytułowej ale jest o dziewczynce co do dziury wpadła bo jej służby drogowe nie załatały po zimie znaczy tej dziury i leciała gówniara aż znalazła się w bajkowej krainie gdzie na opak gadali i różne takie dziwy się działy nawet chcieli jej głowę uciąć i co rusz się zmniejszała albo zwiększała i nie pasowała wtedy do pomieszczeń w których ją kwaterunek pomyłkowo umieścił […]
           
            Jest też minimalistyczny utwór Ubek w formie dwuzdaniowej noty. Mamy wywiad prasowy (Mizantrop) i fragment notatki służbowej (Kombatant), na końcu zaś wyborną parodię motywów horroru, która przywodzi na myśl popkulturowe obrazy Stephena Kinga i jego słynne miasteczko Salem’s Loth. W Mieście Odorków pobrzmiewa nuta Hrabala, da się wyczuć wpływ Kurta Vonneguta, jest humor wielkich Rosjan: Gogola, Czechowa, Gonczarowa. Tych klasycznych odniesień da się wskazać tak wiele, że próba ustalenia literackiej genealogii nie przynosi większego rezultatu, a to chyba dobrze świadczy o klasie autora.
            Olgerd Dziechciarz znakomicie posługuje się współczesnymi odmianami potocznej polszczyzny, zwłaszcza rozmaitymi slangami i żargonami, czyniąc z nich tworzywo swojej prozy. Kto zna twórczość Daniela Odiji i jego wstrząsające obrazy współczesnej biedy, kto zna Shutego czy Masłowską, doceni zalety opowiadania Właścicielka ciastkarni:
                - Grób okradają – szepnął zimnym głosem Plotyn.
            - Skułwysynybogasieniebojomm…. dodał Karaś.
[…] Grabarz i jego pomocnik pracowali w milczeniu, jakby chcieli w ten sposób uczcić pamięć umarłego, którego zamierzali okraść. Księżyc na moment pojawił się zza chmur, pokrył nagrobki i drzewa smutnym mlecznym blaskiem, ale zawstydziwszy się poczynaniami złych ludzi, nasunął granatowy koc na łysinę i tyle go tej nocy widziano. Psy wyły, nietoperze i sowy przecinały powietrze jak nóż masło, nikt nikomu nie wchodził w paradę Marcepaniak z urzędnikiem otworzyli trumnę.   
W opowiadaniu Rzecznik Dziechciarz po mistrzowsku sparodiował styl urzędowej nowomowy:
Zwłaszcza na odcinku substancji drogowej spotkaliśmy się z rażącymi zapóźnieniami. Zamiast dróg mieliśmy ich projekty, zamiast asfaltu – dziury, a zamiast chodników – nieunormowane ciągi dla pieszych, powstałe w wyniku masowego wydeptywania trawników.
            Dla porównania warto wspomnieć w tym miejscu choćby protokoły policyjne z Wojny polsko-ruskiej Masłowskiej czy zapisy rozkazów z Pantaleona i wizytantek Mario Vargasa Llosy.
            Lektura książki Dziechciarza pozostawi jednak pewien niedosyt. Niektóre opowiadania wydają się nieco… naiwne. Poprzez nadmierną dosłowność ich tezy zdają się zbyt oczywiste, motywy za mało przetworzone, jak gdyby podchwycone prosto z wiadomości TV lub co gorsza z jakiegoś serialu. To trochę donosy na rzeczywistość, które mogłyby stanowić materiał na kabaretowy skecz – nieudolny, uczniowski. Ale ta irytująca rysa zdaje się zamierzonym środkiem wyrazu. Dla tego, co ułomne, trzeba znaleźć adekwatny sposób prezentacji i to autorowi się udaje. Obraz prowincjonalnego Odorkowa, by być autentyczny, musi przecież mieć coś z banału telenoweli.
                                                                                                         
Olgerd Dziechciarz, Miasto Odorków
Wydawnictwo AMEA, Budzyń 2009.
                                                                                                         
                                                                                           Paweł Nowicki    
Tekst opublikowany w rzeszowskim kwartalniku FRAZA 2010/2

Szkice o życiu, czasie i snach



            Zapiski snów? To pierwsze wrażenie jakie narzuca się podczas lektury nowej książki Renaty Jabłońskiej. Jednak ten zbiór krótkich opowiadań stanowi w istocie zapis wspomnień, w którym autorka próbuje udźwignąć ciężar doświadczeń minionego czasu. Mimo nadrealistycznych środków wyrazu większość utworów ma charakter wyraźnie biograficzny i kluczem do ich interpretacji jest tragiczny życiorys pisarki. Dzieciństwo spędzone w Polsce, wojna, doświadczenie holocaustu („Babcia – jakie to piękne słowo. Jedna zmarła z głodu, drugą zagazowali” – czytamy w opowiadaniu Sen na cztery ręce), późniejsze losy tułaczki, w końcu wyjazd do Izraela, gdzie wśród egzotycznej roślinności, pod „innym” słońcem, w otoczeniu nowego języka trzeba było zacząć wszystko od nowa – wszystko to stanowi zbiór doświadczeń, z których wyrasta twórczość Jabłońskiej. Autorka, pisząc w pierwszej osobie, opowiada nam o swoim życiu w różnych czasach i miejscach.  Są ludzie, których życiorysy układają się w całość jednolitą i ciągłą. Mieli dom, w którym mieszkali od urodzenia, bliskich, którzy im towarzyszyli w miarę naturalnej wymiany pokoleń, przyjaciół z tej samej dzielnicy. Jeśli podróżowali, to w końcu wracali na „swoje miejsce”. Ludzie, którym dane było przeżyć życie w podobny sposób, mieli chyba większą inklinację do tego, przyjmować substancjalną jedność świata. I było im też może łatwiej identyfikować się z bohaterami powieści tradycyjnej, w której płynął czas linearny i ciągły jak sen, którego nikt gwałtownie nie przerywa.
Nie od dziś literatura stara się oddać prawdę czasowego charakteru ludzkiej egzystencji. Już św. Augustyn wskazywał na trzy nierozdzielne aspekty doświadczenia ludzkiego ja - pamięci rozumu i woli, czyli warunkujących się wzajemnie i przenikających: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Teraźniejszość ukształtowana jest przez zdarzenia przeszłe, ale też pamięć minionego istnieje o tyle, o ile teraz jest ktoś, kto wspomina. Odwołanie do Prousta, którego dzieło można uznać w tym względzie za paradygmatyczne, narzucać się będzie w sposób oczywisty.
Czy współcześnie potrafimy opowieść o swoim życiu ułożyć w logiczną całość? Jeśli już nie traktat wyłożony more geometrico, to przynajmniej klasyczną tragedię, która jak pamiętamy, musi mieć początek, środek i koniec? Niegdyś wierzono, że jest to możliwe. Renata Jabłońska chce nam powiedzieć swoimi opowieściami, że w każdym dążeniu do adekwatnego opisu ludzkiego życia możliwe są zaledwie szkice - doraźne próby nadania sensu tym fragmentom, które udało się zachować. Wspomnienia leżą obok siebie jak ślady na śniegu prowadzące w różnych kierunkach, a wyobraźnia i pamięć tkają z tego samego tworzywa. Przeszłość nie istnieje tak jak zwykłe przedmioty, dane nam w aktualnym doświadczeniu. Jest jednak substancją naszego ja.
Bohaterka opowiadań Jabłońskiej błądzi między planami teraźniejszości i przeszłości, spotyka samą siebie sprzed lat, jak we śnie mieszają się jej miejsca, twarze bliskich osób, ożywają fotografie. Stare kamienice polskiego miasta (Łodzi?) i dawne rekwizyty zderzają się z egzotyką i nowoczesnością współczesnego Izraela. Czas zdaje się płynąć w przeciwnych kierunkach. Oto w lustrze ukazuje się postać, którą bohaterka mogłaby być, gdyby kiedyś dokonała w swym życiu innego wyboru. Innym razem widzi własną starość, która jeszcze nie nadeszła, jak w opowiadaniu Za drzwiami ciemnych domów:
Zbliżam się i widzę lśnienie dużego lustra. Podchodzę. Jest ciemno. Lecz dostrzegam swoje odbicie. Nie, to nie ja! To mała dziewczynka... Przyglądam się jej i rozpoznaję siebie, taką jak na fotografii z 1939 roku […]. Nie mogę się nadziwić, w jaki sposób to zdjęcie, bardzo zresztą powiększone znalazło się tutaj, w lustrze... […] widzę bladą twarz, lecz okolona rzadkimi siwymi włosami. Ale to straszna twarz! Pokryta siecią głębokich zmarszczek, z nieobecnym wyrazem oczu...Krzyczę. Nie chce tego dożyć! Nie chcę! (…) Uderzam w lustro pięścią i ze zdziwieniem stwierdzam, że ustępuje jak drzwi i mogę wyjść (…) Postanawiam iść przed siebie. W końcu musi się przecież skończyć ten szereg opuszczonych domów.

Bohaterka przenika przez rekwizyty teraźniejszości jak za kulisy planu filmowego, gdzie odnajduje samą siebie w zupełnie innej opowieści. Wydaje się zagubiona wśród zwierciadeł i dekoracji. Nowoczesne scenerie izraelskich miast wyglądają równie nierzeczywiście i widmowo jak wnętrza starych kamienic w Polsce sprzed lat. Kogo zachwycił film Inland Empire Davida Lyncha dostrzeże w opowiadaniu Zielony wózek podobny zestaw skojarzeń:
Betonowa podłoga i ohydne ściany pociągnięte liliowa, łuszcząca się olejną farbą. Okna nie ma. Wiadro, szczotka, miotła. W głębi coś jeszcze stoi. Stara balia, czy co? Podchodzę i widzę, że to wysoki dziecięcy wózek, obity plastikiem w ciemno – zieloną kratkę [...]. Otwieram żółte drzwi. To komórka. Ciemno. Po omacku znajduję kontakt. Zapala się zwisająca na długim sznurze, słaba żarówka. […] Zapalam światło w kuchni. Nalewam wody do czajnika. Palnik gazowy zapala się jakoś jednobocznie.

Poczucie wyobcowania, lęk i zagubienie to motywy, które obok doświadczenia czasu najczęściej pojawiają się opowiadaniach Jabłońskiej. Nastrój metafizycznych pejzaży surrealisty Magrite’a odnajdziemy w opowiadaniu Krata. Przerażająca konkretność potężnej kraty, która w słoneczny dzień tuż obok plaży wznosi się ku niebu, przypomina także klimat powieści Kafki. Tytułowa krata, która „coś” od „czegoś” oddziela, „coś” bezwzględnie uniemożliwia tam, gdzie z pozoru nie powinno być żadnej bariery, podobnie jak kafkowski proces stanowi tajemniczy hieroglif - model fundamentalnej charakterystyki ludzkiej egzystencji. To, co nieuchronne manifestuje się w skończonym wymiarze codziennego doświadczenia jako inwazja absurdu. Zagłada, indywidualna śmieć, wypadek - to fakty, których nie powinno być, a które, gdy się już wydarzą, pozostają potwornie nieodwołalne.
Autorka Przed odlotem czerpie z repertuaru wielkich tradycji literackich, ale nie identyfikuje się z nimi do końca i pastiszowo traktuje ich motywy. Wiemy, że w powieściach Kafki czy Bruno Schulza poczucie nierealności jest uwarunkowane konstrukcją ich dzieł, jako pochodna zawartych w nich wewnętrznych ontologii. Jabłońska po mistrzowsku buduje obraz literacki, imituje konwencję po to, by zastosować ją do biograficznego tematu. To samo zdaje się dotyczyć problemu doświadczenia czasu. Jest oczywiste, że opowiadania izraelskiej pisarki dają się wpisać w kontekst tak zwanej powieści gnozeologicznej, lub tzw. Zeitroman, która swą strukturą ma odzwierciedlać narracyjny charakter doświadczenia ludzkiej egzystencji. Autorka zakłada, że czytelnik zna utwory Prousta, Feuchtwangera, Doderera czy Marqueza, zatem nie próbuje do nich wprost nawiązywać, posługując się równocześnie gotowymi elementami ich poetyki. Jabłońska nie próbuje pisać jeszcze jednej wielkiej księgi o czasie, jednak dzięki przyjętej konwencji  jej wspomnienia  zyskują charakter  symbolu uniwersalnego.  
W zbiorze Przed odlotem pisarka opowiada nam bolesną historię swego trudnego życia. Sugeruje przy tym, że opowieść o tym, co było, zawsze jest interpretacją, a zarazem też jest zawsze drogą, czyli sposobem w jaki aktualnie stwarzamy samych siebie.

-------------------------
Renata Jabłońska, Przed odlotem,
Wydawca: "Z bliska”,  Gołdap 2009
Paweł Nowicki

Tekst opublikowany w rzeszowskim kwartalniku FRAZA  1/2010