niedziela, 18 marca 2012

Z Jackiem Kosibą przechadzki po lesie fikcji

-->



            Dawniej wierzono, że drzewa mają dusze. Lasom, strumieniom czy samotnym skałom przypisywano bóstwa opiekuńcze. W lasach też widziano siedliska złych mocy. W gąszczu rosną wilcze jagody i trujące grzyby, zielska, z których czarownice sporządzały zdradliwe mikstury. Las jest tajemniczy jak wszystko, co się kryje w cieniu. Granica między światłem a cieniem od dawna niepokoiła  malarzy.  
            Wystawa fotografii, którą możemy oglądać w „Galerii na Piętrach” gorlickiej Miejskiej Biblioteki Publicznej nosi tytuł: Niesamowitości lasu i obejmuje prace Jacka Kosiby - artysty, znanego już publiczności z ekspozycji Porównania (2008) czy Cztery pory roku (2009). Obrazy, które Autor uchwycił swoim obiektywem wprowadzają nas w baśniowy świat fantastycznych kształtów i mrocznych przestrzeni uformowanych przez dziką przyrodę - skały, strumienie, pnie drzew, niezwykłą roślinność  pośród leśnych zakamarków. To, co widzimy na zdjęciach Kosiby to nie  studium pejzażu w sensie tradycyjnym. Motywy powalonych drzew, spróchniałe pniaki, splątane korzenie ukazane są jako autonomiczne formy, układające się w niemal abstrakcyjne kompozycje. Na zdjęciach Jacka Kosiby nie ma leśnych ścieżek - żadnych wytworów ludzkich, lecz ukazana jest sama natura przejawiająca swoją niezgłębioną moc. Jest w tym być może swoisty panteizm, choć zarazem artysta zdaje się trzymać konkretu, swojskiej anegdoty, błyskotliwych spostrzeżeń, tradycyjnej gawędy o dziwach i strachach. Widzimy skręcone omszałe korzenie, zielone brody zwisające z gałęzi, pnie (a może skały) o kształtach przypominających zwierzęta i ptaki, tajemnicze głębie splątanej zieleni. Kto ma w sobie pasję turysty i kto przebył beskidzkie szlaki ten wie, że wędrówki po lesie mają w sobie coś z doświadczenia teatru. Tutaj to my poruszamy się w obrębie sceny - w naszym polu widzenia ukazują się kolejne plany - rozświetlone prześwity i mroczne zakątki… Słyszymy zakulisowe szepty i  trzaski  gałęzi…  Kto przeżył zmierzch w lesie a potem musiał iść dalej z latarką, ten zna  taki teatr… całkiem osobisty - niekiedy bliski doświadczeń horroru.
            Motyw lasu przewija się w literaturze europejskiej niemal od zarania – pamiętamy legendę arturiańską i dzieło Dantego. Jednak chyba dopiero romantycy zdołali wyartykułować w pełni potęgę ekspresji, ładunek symboliczny leśnego pejzażu. Wystarczy przypomnieć Noc Walpurgi w głównym dziele Goethego i puszczę opisaną przez Mickiewicza w Panu Tadeuszu. A później? Kto z nas nie błądził po okolicznych kniejach mając w pamięci obrazy z powieści Tolkiena, albo całkiem odmienne w swojej poetyce wizje Krainy łagodności  Jerzego Harasymowicza. Las fascynuje i budzi niepokój ponieważ zdaje się jednym z archetypów ludzkiej psychiki. Już w dzieciństwie naszą wyobraźnię kształtowały opowieści o Jasiu i Małgosi, którzy zabłądzili w lesie. Wszyscy pamiętamy  rozważania Bruno Bettelheima i jego słynną psychoanalizę baśni…
            Z uwagi na oczywiste odniesienia literackie, pomysł, by to właśnie w bibliotece znalazła się wystawa „leśnych” fotografii,  wydaje się przedni. Prace Jacka Kosiby wyrosłe z wielkiej wrażliwości i  oparte na wyrafinowanym zmyśle obserwacji na nowo otwierają nam oczy na rodzimy pejzaż, zarazem wprowadzają nas w zawiły labirynt sensów i skojarzeń, przywodzących wspomnienia - praobrazy z lektur wielu znanych dzieł.

Wystawę zwiedzać można  do 20 kwietnia 2012 r.
                                                                                                      Paweł Nowicki
             
Jacek Kosiba z cyklu Niesamowitości lasu  fot. Paweł Nowicki
                                                                     

środa, 14 marca 2012

Rozmowa o Marianie Czuchnowskim




Pani Zofia Rząca, poetka z Łużnej powierzyła mi tekst, który jest cennym źródłem informacji na temat postaci Mariana Czuchnowskiego - poety i pisarza pochodzącego z naszych stron. Położony w Łużnej dwór, w którym mieszkał Czuchnowski obecnie znajduje się w opłakanym stanie. Na amatorskim  zdjęciu wygląda tak:  

fot. Paweł Nowicki


Poniższy tekst opublikowany jest za zgodą autorów. 


Wywiad dla Radia Kraków z dnia 22. 04. 2001r. dotyczący życia, twórczości i działalności Mariana Czuchnowskiego.
Z Zofia Rzącą, wówczas pracującą w Bibliotece Publicznej im. Mariana Czuchnowskiego w Łużnej, (obecnie zaś nauczycielką języka polskiego, wychowawcą i autorką książki ,,Tęsknota pod mikroskopem’’) rozmawia dziennikarz Jan Stępień,  prowadzący program ,, Pejzaże regionalne”.


Z. Rz.: Zofia Rząca. Pracuję w Gminnym Ośrodku Kultury w Łużnej jako bibliotekarz. Z wykształcenia jestem filologiem języka polskiego.

J. S.: Kto jest patronem biblioteki w Łużnej?

Z.Rz.: Marian Czuchnowski. Nasza Biblioteka Publiczna w Łużnej jako jedyna z  35 tysięcy bibliotek w  Polsce nosi imię Mariana Czuchnowskiego.


J.S.: Ale nic dziwnego skoro była to postać z  Łużną związana…

Z. Rz.: Z Łużną związana przez bardzo długi czas, bo okres dzieciństwa i młodości…

J.S.: Czuchnowski pochodził z okolic Grybowa, ale później przeniósł się właśnie do Łużnej…

Z. Rz.: Marian Czuchnowski urodził się w  miejscowości Polna koło Grybowa, 22 maja 1909 roku. Trzy lata później rodzina Czuchnowskich przeniosła się z Polnej właśnie do naszej miejscowości , do Łużnej.

J. S.: Kim był Marian Czuchnowski?

Z. Rz.: Był przede wszystkim poetą, pisarzem, a także działaczem społecznym. Bardzo znanym poetą w dwudziestoleciu międzywojennym…Dzisiaj  zapomnianym ze względu na to, iż jest to postać niewątpliwie kontrowersyjna i , co paradoksalne, zapomniana tutaj, w naszych okolicach.

J.S.:  Czuchnowski uczył się w szkole w Gimnazjum w Nowym Sączu, już wtedy się buntował, musiał maturę robić w Gorlicach, później studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, interesował się poezją, przyjaźnił się także z Tadeuszem Peiperem…

Z. Rz.: Poznał Tadeusza Peipera jako dwudziestoletni młody student filozofii i prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale także dlatego, że współpracował z krakowskimi czasopismami, m. in. z ,, Ilustrowanym Kurierem Codziennym” i znajomość ta ewaluowała od przyjaźni, od zachwytu ucznia mistrzem, aż do antagonizmów. To wszystko rozgrywało się na płaszczyźnie literackiej. Nawet mówiono, iż Marianowi Czuchnowskiemu, Tadeusz Peiper dopisywał niektóre fragmenty tekstów ze zbioru ,, Kobiety i konie”, co prawdą nie było. Później widoczna jest już w Mariana Czuchnowskiego taka linia indywidualna, odejście, dlatego zaliczamy go do poetów tzw. ,, drugiej awangardy”. Jak gdyby te ustalenia Awangardy krakowskiej poszerzył i przeniósł dalej.

J.S.: Jeżeli chodzi o jego poglądy polityczne to czy był bardziej ludowcem czy komunistą?
Z. Rz.: Należał do Stronnictwa Ludowego. Takie oświadczenie podał, że jest karnym członkiem Stronnictwa Ludowego, ale jego poglądy były bardziej lewicowe, bardzo radykalne, w związku z czym kojarzono go z Komunistyczną Partią Polski. Związki jakieś tam były, ale nieformalne.

J. S.: Czy Czuchnowski znał Witosa?

Z. Rz.: Faktem jest, że Wincenty Witos zlecił Marianowi Czuchnowskiemu   zajmowanie się  kwestiami politycznymi Stronnictwa Ludowego i rozmowy z Komunistyczną Partia Polski. Był pośrednikiem pomiędzy tymi ugrupowaniami.

J. S.: Wybuchła wojna…

Z. Rz.: Został aresztowany przez NKWD na rzece San i osadzony najpierw w lwowskich Brygidkach, później w Moskwie i skazany na pięć lat łagrów. Przebywał w Kotłasie, Ust –Wymie, Kniaż - Pogoście. W powtórzonym procesie został skazany na karę śmierci, od czego paradoksalnie wybawił go tyfus.

J.S: Więzień komunizmu… Znalazł się w Armii gen. Andersa i dotarł do Palestyny. Tam zajmował się działalnością wydawniczą.

Z. Rz.: W Jerozolimie redagował dziennik ,,Gazeta Polska’’, w Tel Awiwie zaś dwutygodnik literacki ,,W drodze”, który był prowadzony przez Wiktora Weintrauba.

J.S.:  Po zakończeniu drugiej wojny osiadł w Londynie i do kraju nie powrócił.

Z. Rz.: Śniły mu się te powroty. Bardzo chciał do kraju wrócić, ale wiadomo, jaka był a sytuacja polityczna. Nie chciał uprawiać proradzieckiej propagandy, a, jak sam mówił, na pewno nie pozwolono by mu pozostać sobą. A był to człowiek niepokorny, o charakterze bardzo buntowniczym, więc na pewno na ugodę by nie poszedł.

J. S.: Zmarł w 1991 roku…

Z.Rz.: Nie dane mu było zobaczyć bliskich, którzy tutaj [ w Łużnej ] pozostali. Jednakże utrzymywał kontakty listowne ze swoją żoną …
Chcielibyśmy, aby ta postać nie została zapomniana, jako że właśnie Marian Czuchnowski z naszych terenów pochodzi i jest naszym rodakiem.

piątek, 10 lutego 2012

O malarstwie Zbigniewa Grzyba (Wystawa w Szymbarku, wrzesień 2011)

-->
„(…) malarstwo abstrakcyjne nie tkwi korzeniami w malarstwie, ale w dekoracji. Źródła jego są egzotyczne i leżą w odsakralizowanej magii, w dywanie, w ceramice.” 
                                                                                                                                                                 Konstanty Jeleński, 

"Gdy maluję, kieruję się instynktem malarskim, ideą bez końcowej wizji obrazu. Kontroluję proces do pewnego punktu, po którym obraz "tworzy się sam”. Gdy uznaję, że każdy element obrazu stanowi całość, przerywam proces tworzenia. Moje malarstwo nie ma żadnej teorii, nie ma politycznego przesłania, kontekstu - istnieje tylko obraz. Linie same w sobie są odzwierciedleniem energii procesu tworzenia."
                                                                                Zbigniew Grzyb

We wrześniu 2011 roku w Ośrodku Konferencyjno-Wystawienniczym „Kasztel w Szymbarku” mieliśmy okazję oglądać wystawę prac Zbigniewa Grzyba[1] - znanego artysty malarza zamieszkałego obecnie w USA. Wernisaż ekspozycji zbiegł się w czasie z rozpoczęciem w gorlickim Dworze Karwacjanów Międzynarodowego Polonijnego Pleneru Malarskiego „Wschód – Zachód” Gorlice 2011, w którym Zbigniew Grzyb  uczestniczył. 
Zbigniew Grzyb, olej, płótno (fot. P. Nowicki)

Jeśli porównać wcześniejsze prace Zbigniewa Grzyba (choćby te, które zamieścił w swej wirtualnej galerii) z eksponowanymi w Szymbarku, można odnieść wrażenie, że jego aktualne aranżacje malarskie charakteryzują się  pewnym wyciszeniem. Kolor, którym Artysta posługiwał się dotąd w sposób wystudiowany, nasycony i z dużą intensywnością, (tak, że zdawał się głównym nośnikiem i środkiem ekspresji całej kompozycji), uległ istotnym ograniczeniom. Te niemal samoistne błękity (wręcz przypominające IKB),  czy w podobnym natężeniu użyte oranże ustąpiły miejsca rozrzedzonym bielą, niemal monochromatycznym kadencjom i tylko charakterystyczny rysunek rozgałęzionych linii przypomina dawne prace Artysty. Jednak to „zgaszenie koloru” wydaje się interesującym świadectwem, a być może początkiem nowych poszukiwań twórczych.           
Szukając klucza do interpretacji malarstwa Zbigniewa Grzyba należałoby zapewne pamiętać o dokonaniach takich filarów amerykańskiego malarstwa,  jak  Jackson Pollock czy Jasper Johns. Właśnie amerykański ekspresjonizm abstrakcyjny, bo taką formułę najłatwiej chyba przywołać, chcąc dokonać jakiejś choćby prowizorycznej klasyfikacji, pozwala na znalezienie ważnych dla potrzeb tego wywodu odniesień.  Genezy tego rodzaju malarstwa upatruje się już wśród najstarszych artefaktów, znanych z grot w hiszpańskiej Altamirze czy francuskim Lascaux. Prastare malowidła, których istotnym źródłem była spontaniczność rodziły się z zachwytu i trwogi w odwiecznym misterium spotkania człowieka z zagadką nieznanego. Kiedy na mgnienie oka - i być może tylko nielicznym - świat wydał się nagle ograniczoną całością, którą jak gdyby można wziąć do ręki, rodziła się odwieczna ludzka potrzeba uczynienia znaku, pozostawienia śladu, choćby miał to być zaledwie odcisk własnej dłoni. Prace Zbigniewa Grzyba można umiejscowić w ciągu tej tradycji, która w XX wieku znalazła oryginalne odgałęzienia. Pozorna bezprzedmiotowość tego typu malarstwa oraz przysługująca mu ekspresyjna dekoratywność zdają się potwierdzać tylko jego ekstatyczny charakter.
W szymbarskiej Oficynie dworskiej, na ścianach z surowego kamienia oglądamy cykl obrazów, w którym poszczególne prace zdają się do siebie podobne, różniąc się zaledwie jak struktura linii papilarnych wielu ludzkich dłoni – niepowtarzalne,  choć razem, w całości ekspozycji bardzo są do siebie zbliżone. Na pozór w odcieniach szarości, monochromatyczne - faktycznie jednak  pulsujące subtelnym kolorem kompozycje Grzyba, zawierają w sobie potencjalnie całość spectrum barw jak nieokreślona pora dnia lub „barwa” wnętrza umysłu, gdy zamkniemy oczy. Jasne płaszczyzny są poprzecinane ciemnymi liniami, których czarny kontur układa się w kontrastowe  sieci. Czyste kolory ukazują się z rzadka i jak gdyby w przebłyskach a widziane z oddalenia,  zlewają się na płótnie,  tworząc szarawą powierzchnię. Kontur czerni z dominantą  bieli  Artysta wzbogaca  niekiedy o kolory podstawowe – błękit, czerwień, żółć.
 Artysta twierdzi, że realnym punktem wyjścia dla tych kompozycji były obserwacje gałęzi nad pobliską rzeką, zarośli, patyków naniesionych przez wiosenną powódź. Z przypadkowych układów cieni, z przecięć kierunków Artysta buduje regularność organicznych malarskich struktur, tworząc plastyczne hieroglify świadomości pogrążonej w transie medytacji. Rozjaśnione partie obrazów uzyskuje  przez zmieszanie bieli, utrzymując je w jednostajnym rytmie, a na pozbawionych głębi, cielistych powierzchniach konstruuje siatkę rozwidlających się linii. Właściwie mogłoby się zdawać, że mamy tu do czynienia tylko z ornamentem. Jednak kompozycje te pod chropowatą powierzchnią faktury pulsują zawiłym nurtem roślinnych odrostów, tajemniczym rytmem barw. Kolor zmienia się poprzez prześwity a formalny zabieg „przecierek” innym kolorem podkreśla żywioł i dynamizm natury, o której wiemy, że obywa się bez przerw, stanowiąc proces. Artysta mówi o „organiczności linii, o narratywności zrównoważonej z abstrakcją”.
-->Gdy czerń dominowała w obrazie, przyciszyłem ją i teraz ona pracuje w całości. Teraz mam taką ideę, by robić obrazy czarno-białe, potem je przebarwiam… Jak maluję w pracowni, wówczas mam większy rozmach. No i te duże formaty… mam wystawę np. w Manchesterze 9 stóp na 9 stóp 11 na 6… to robi inne wrażenie  - organiczne i brutalne  tak,  by pracowało w całości”.  Mamy wrażenie, że zagłębiamy się w miąższu przedmiotu, zarazem dotykając ulotności osobistych doznań. To, co na moment ukazuje się w polu widzenia, przenika w prastarą rzeczywistość mitu, łącząc teraźniejszość z dowolnym „przed” i „po” jakby poza czasem. Można odnieść wrażenie, że Artysta utrwala w ten sposób swój „monolog wewnętrzny”, strumień przeżyć z pogranicza percepcji i wyobraźni, wykonując wizualizacje ekstatycznych stanów swojego umysłu.
Czy myślimy obrazami, czy ciągami zdań? Jakie wizualizacje towarzyszą treściom naszej świadomości? A może obrazy ukazują się nam tylko jako nie-znaczący akompaniament dla logicznych treści? Co staje mi przed oczyma, gdy uświadamiam sobie znaczenie np. słowa „symfonia”? Na co dzień może nie stawiamy sobie takich pytań, choć każdy z nas nieustanie ma w polu widzenia „ścieżkę” własnych przeżyć a przed zaśnięciem, w chwili przebudzenia ukazuje się nam to szczególnie wyraźnie. Proust istotne etapy swej wielkiej powieści rozpoczyna przebudzeniem bohatera - od „dziewiczych” wrażeń, nie ujętych jeszcze w ramę utartego sensu... Od majaczeń nie wpisanych w kontekst  codzienności.
Poprzez swe obrazy skonstruowane z nieregularnych linii, autor przemawia do nas językiem współczesnego „obywatela świata”, którego inspiracją jest doświadczenie wielkiego miasta. Artysta bytujący wśród wytworów techniki,  jest wrażliwy na specyfikę współczesnej aglomeracji - natężony ruch i narastające zagęszczenie doznań -  reaguje stosownie do wyzwań otoczenia.  Miasto niesie lirykę innego rodzaju – nową, której mimo deklaracji nie zdołali uchwycić liczni artyści z pierwszej połowy XX wieku. Przypomina się Chicago takie, jakim je widział Saul Bellow, pisząc swój Dar Humboldta… Malarstwo Zbigniewa Grzyba z pewnością kontynuuje najlepsze tradycje sztuki XX wieku poszukującej środków wyrazu dla doświadczeń nieznanych dotąd człowiekowi.
                                                                                                      Paweł Nowicki



[1] Zbigniew Grzyb urodził się w 1943 roku w Przemyślu. Obecnie mieszka i pracuje w Farmington w Stanach Zjednoczonych. Jest absolwentem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu oraz Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jego prace eksponowane były na wystawach m. in. w Polsce, Włoszech, Turcji, Stanach Zjednoczonych. Znajdują się w zbiorach wielu galerii oraz w prywatnych kolekcjach.

piątek, 27 stycznia 2012

Gorlicka wystawa malarstwa Eugeniusza Gerlacha






Otwarta niedawno[1] w Dworze Karwacjanów wystawa prac malarskich Eugeniusza Gerlacha[2] obejmuje obrazy olejne, ilustrujące najważniejsze dokonania i najbardziej charakterystyczne rysy twórczości tego krakowskiego artysty. Jak dowiedzieliśmy się podczas wernisażu, nie wszystkie spośród przywiezionych prac znalazły się w ekspozycji, ponieważ z uwagi na jej klarowność należało dokonać pewnych wyborów. Owo nieuniknione ograniczenie podkreśliło jednak tylko siłę wyrazu całości wystawy. Niewątpliwie, dla określenia pełniejszego kontekstu sztuki Gerlacha, wskazywanie genealogii i wpływów nie jest rzeczą najważniejszą. Jednak wśród licznych źródeł inspiracji rozwiniętych w czasie półwiecza działalności artysty, zapewne należałoby wskazać na tradycję koloryzmu, nurt awangardy francuskiej, a także na założenia kierunku znanego jako formizm. Jak się wydaje, bezpośredni wpływ osobowości twórczej mistrza - Wacława Taranczewskiego również nie powinien zostać przy tym pominięty. Obrazy, które można oglądać w gorlickiej galerii przykuwają uwagę wielką konsekwencją realizacji założeń formalnych przy zachowaniu niezależnej, indywidualnej wizji artystycznej, tak, iż zdawać by się mogło, że mamy do czynienia z jednym cyklem prac wyrażających dojrzałą i ostatecznie skrystalizowaną osobowość twórczą.
Artysta operując śmiałym pociągnięciem pędzla, za pomocą siatki ciemnych linii konstruuje geometryczne układy elementów, których pola wypełnia subtelnie rozegrany kolor. Partie chromatyczne są od siebie oddzielone poprzez czarny kontur, co może niekiedy przypominać formy witrażowe. Z daleka widzimy jednolite powierzchnie, lecz w barwnych prześwitach tak wiele się dzieje, że zyskują one przez to niezwykłą głębię, niczym światło sączące się przez nieregularne, miejscami grube kawałki szkła. Rozcieńczony kolor osiąga gdzieniegdzie witrażową migotliwość, gdzie indziej zaś plama zachowuje gęstość i substancjalną spoistość. Tak, np. w obrazach pt. Żurawie 78, albo Zdjęcie z krzyża II, gdzie dominują oranże i ochry, zaś pogrubiony czarny kontur przeradza się w rozległą niemal samoistną sylwetę. Zagęszczenia faktur, partie chromatyczne budowane są z wystudiowanych odcieni i misternie położonych plam. Zatem fascynacja kolorem, ustępstwa na rzecz miękkiego połączenia przenikających się barw łączą się malarstwie Gerlacha z postkubistyczną konstrukcją i awangardową dyscypliną. Pełna afirmacji świata Martwa natura z kamionkowym świecznikiem jest dynamiczną kompozycją zbudowaną z geometrycznych elementów, w której jednak właściwym środkiem wyrazu jest kolor. Martwa natura z białą draperią zdaje się być wielką syntezą kubizmu i hołdem pamięci wielkiego Cézanne’a.
Eugeniusz Gerlach, Akt, olej, płótno
W sztuce Eugeniusza Gerlacha światło, kolor i linia są w pełni autonomiczne, to znaczy nie pozostają na służbie świata „pozamalarskiego”. Tylko wewnętrzna dyscyplina i przyjęte założenia konstrukcyjne nadają sens poszczególnym elementom obrazu. Budowanie przestrzeni, wzajemne usytuowanie przedstawianych przedmiotów dokonują się w sposób całkiem nowoczesny, tj. wyzwolony od dawnych zasad perspektywy. Choć niekiedy kompozycje te zdają się bliskie abstrakcji, artysta opowiada nam swoim językiem tematy pejzażu, aktu czy martwej natury, tworząc za każdym razem niezwykłą symfonię rytmu i koloru. Wskażmy choćby na prace, Limba nad Morskim Okiem, Akt z wachlarzem czy Martwa natura z bandżo.
Zwrócono uwagę, że w twórczości Gerlacha pobrzmiewa echo tradycji kubizmu. Rozbicie przedmiotu i dominanta geometrycznych kształtów mogłyby skłaniać do takiej opinii. Jednak u Gerlacha konstrukcje te zdają się służyć innemu celowi. Jak pamiętamy, Picasso tworzył obrazy, które budował z założeniem, iż nie istnieje uprzywilejowany punkt obserwacji. Stworzony w renesansie model perspektywy uległ tutaj daleko posuniętej „dekonstrukcji” i od tej chwili „przedmiot” przedstawiany był, jako „rozwijający się” w procesie dynamicznej pracy oka. Już Cézanne odkrył, że nasz faktyczny sposób widzenia nie zgadza się z złożeniami perspektywy zbieżnej. Błędny okazał się, więc obowiązujący schemat, zgodnie, z którym linie biegnące od obrysu modela do punktu obserwacji, miałyby się przecinać w jednym punkcie. Mamy przecież dwoje oczu. Stąd na płótnach Cezanne’a obraz jabłka, talerza albo filiżanki zdaje się rozchwiany, w każdym razie „bogatszy” niż wynikałoby to z tradycyjnego geometrycznego odwzorowania. Jak wiadomo Braque i Picasso poszli tą drogą dalej, wyciągając z dotychczasowych założeń dalsze konsekwencje. Formalnie Panny z Avignon to postacie widziane z różnych kierunków, a domy w pejzażu Braque’a zdaja się falować jak podczas trzęsienia ziemi. Należy dodać, że istotnym źródłem inspiracji dla tego nowego sposobu przedstawiania przedmiotu była ówczesna fascynacja artystów odkryciami w dziedzinie geometrii. Rewizja euklidesowego aksjomatu o prostych równoległych, która zaproponował B. Riemann, otworzyła drogę do spekulacji na temat hipotetycznych „innych wymiarów” i konstrukcyjnego modelowania rzeczywistości z pominięciem tradycyjnego sposobu widzenia świata. Jednak artyści awangardy - m. in. A. Ozenfant negatywnie odnieśli się do tych postulatów, określonych jako „wspaniała zabawa umysłu ludzkiego, bez żadnych punktów styku ze światem realnym”. Ich reakcja nie była wyrazem oporu wobec nowoczesności, (jako nieuniknionej konsekwencji nadchodzących czasów) lub próbą negacji odkrywczych i nowatorskich środków wyrazu, lecz zrodziła się z obawy o autentyczność doświadczenia tego co widzialne – źródła, z którego winien czerpać każdy prawdziwy artysta. Przenoszenie na teren sztuki gotowych teorii oraz sprowadzenie działań artystycznych do roli jałowych ilustracji ustaleń nauki budziło u tych autorów uzasadnioną niechęć.
Darując sobie w tej chwili dalsze rozwinięcie powyższej dygresji, przyjmijmy że pewne powierzchowne - „morfologiczne” podobieństwo między zgeometryzowanymi formami, które pojawiają się na obrazach Eugeniusza Gerlacha a tradycją kubizmu, jest chyba niezbyt istotne dla interpretacji malarstwa omawianego autora. Oryginalna synteza wielu artystycznych wątków, z jaką mamy do czynienia w twórczości Gerlacha zdaje się bliżej założeń twórców awangardy a na gruncie polskim chyba lepiej byłoby ją odnieść do dzieł Leona Chwistka i tzw. formizmu. W omawianych pracach nie przejawia się bowiem Picassowski niepokój poznawczy, nacechowany (w istocie) augustiańskim pesymizmem i lękiem, który można by wywieść gdzieś z ostrych rysów twarzy postaci El Greca. Oto przed nami racjonalne studium, z którego wyłania się harmonijna wizja świata - niefrasobliwa, pełna sił witalnych, w której zdaje się obecny ślad rodzimych inspiracji - coś z zakopiańskiego malarstwa na szkle, z drzeworytów Skoczylasa.
Można mieć nadzieję, że gorlicka wystawa znajdzie spore zainteresowanie pośród zwiedzających, ponieważ jej oglądanie zdaje się znaczącym przeżyciem estetycznym oraz niezwykłą przygodą intelektualną. Ekspozycja czynna jest do 1. lutego 2012.


Paweł Nowicki


Tekst opublikowany za zgodą Muzeum "Dwory Karwacjanów i Gładyszów" w Gorlicach.


[1] Wernisaż wystawy odbył się 13. stycznia 2012 w sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego w Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów Gorlicach.

[2] Eugeniusz Gerlach, ur. w 1941 w Bieniawie koło Tarnopola (na Kresach Wschodnich) ukończył Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. W roku 1966 uzyskał dyplom na Wydziale Malarstwa i Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowniach profesorów Wacława Taranczewskiego i Mieczysława Wejmana. Uprawia malarstwo sztalugowe, grafikę i rysunek. Eugeniusz Gerlach jest autorem przeszło 50 wystaw indywidualnych a także ma na swoim koncie około 70 wystaw zbiorowych. Jest także laureatem wielu znaczących nagród i wyróżnień. Obecnie mieszka w Krakowie.

sobota, 14 stycznia 2012

Artyści i farmaceuci w Dworze Karwacjanów


W piątek 13 stycznia w gorlickim Dworze Karwacjanów odbył się wernisaż inaugurujący dwie wystawy współczesnego malarstwa. W sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego będzie można oglądać obrazy Eugeniusza Gerlacha, zaś w sali im. prof. Włodzimierza Kunza otwarto ekspozycję wieńczącą Ogólnopolski Konkurs Malarski, zorganizowany przez Muzeum Farmacji Collegium Medicum UJ zatytułowaną Materia medicinalis, materia artificialis.  
 
Eugeniusz Gerlach
Martwa natura z kamionkowym świecznikiem
Eugeniusz Gerlach, ur. w 1941 w Bieniawie koło Tarnopola (na Kresach Wschodnich) ukończył Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. W roku 1966 uzyskał dyplom na Wydziale Malarstwa i Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowniach profesorów Wacława Taranczewskiego i Mieczysława Wejmana. Uprawia malarstwo sztalugowe, grafikę i rysunek. Eugeniusz Gerlach jest autorem przeszło 50 wystaw indywidualnych a także  ma na swoim koncie około 70 wystaw zbiorowych. Jest także laureatem wielu znaczących nagród i wyróżnień. Obecnie mieszka w Krakowie.
 
Wystawa pt. Materia medicinalis, materia artificialis, stanowi pokłosie Ogólnopolskiego Konkursu Malarskiego, którego organizatorem było Muzeum Farmacji UJ. W zamierzeniu autorów, każda z prac prezentowanych na wystawie ma stanowić próbę odpowiedzi na pytanie: Czy w swoim artystycznym laboratorium twórca może stworzyć receptę na sztukę?  Jak często bywa w przypadku tego typu wystaw, wyróżnieni artyści prezentują bardzo różne - często nieporównywalne style i środki wyrazu. 
Anna Taut, Laboratorium malarskie, II Nagroda
                                                                    ***
Wystawa prac tematycznie związanych z rekwizytorium apteki stanowi okazję, by przypomnieć postać Wiesława Fuska zmarłego w ubiegłym roku bieckiego farmaceuty zarazem wybitnego malarza, który swą twórczością wpisał się  na trwałe w pamięć Ziemi Gorlickiej. W tym roku artysta ukończyłby sto lat. Więcej o Wiesławie Fusku można znaleźć tutaj.

                                                                                                               

                                                                                     Paweł Nowicki

piątek, 6 stycznia 2012

Podróże ze Stasiukiem (A. Stasiuk, "Taksim")

-->
Kto pamięta wcześniejszą książkę Andrzeja Stasiuka Jadąc do Babadag, ten musi przyznać, że Taksim łączy z nią dalekie podobieństwo. Dla obu utworów wspólny jest motyw podróży, wędrówki przez Słowację, Węgry, Rumunię, na Wschód i dalej na Południe, w trakcie której odsłania się pewna charakterystyczna wizja świata, będąca swoistym pejzażem wewnętrznym bohatera-narratora. W obu powieściach jest obecny podobny wątek refleksji nad kulturą, historią oraz kondycją duchową mieszkańców Europy Środkowej, zarazem szczególne usytuowanie bohatera resp. obserwatora względem świata, nadające tym utworom charakter poetyckiego quasi reportażu. W obydwu książkach spotykamy podobne „rozproszenie” narratora, jak gdybyśmy oglądali film nakręcony z kilku wirujących kamer, po czym próbowali ustalić środek, wokół którego dokonuje się obrót. Dlatego bardzo ryzykowny wydaje się wszelki zamiar odczytywania Stasiuka w kontekście historii albo polityki. To, co się nam ukazuje jako wizja miasta, kraju czy grupy etnicznej, jest tylko obrazem ukonstytuowanym w polu widzenia bohatera i bardziej stanowi osobistą ekspresję niż nośnik tezy, z którą można by polemizować.
Tworzywem, z którego zbudowany jest świat przedstawiony obu utworów, są fragmenty rozmów, zapamiętane obrazy, ludzkie gesty. Widzimy pejzaż prowincji, biedę, ale też żałosne ambicje mieszkańców, połączone z ich nieziszczoną tęsknotą za jakimś dalekim Eldorado. Bohater jest obcym – przybyszem, przechodniem, wędrowcem, który notuje swoje obserwacje i utrwala zasłyszane głosy. W tych dwóch powieściach autor zdaje się zgłębiać wciąż tę samą trudność, rozwijając swą niezwykłą wizję części Europy, z którą związany jest bardzo silnymi więzami. Dlatego Jadąc do Babadag i Taksim mogą być potraktowane jako uzupełniające się elementy cyklu. Proust pisząc o Dostojewskim, wspomina, że w jego czterech wielkich powieściach występują właściwie ci sami bohaterowie, to znaczy te same ludzkie typy, za każdym razem ukazane w nieco innym świetle. Warto o tym przypomnieć wobec zarzutów, jakoby Taksim był wtórny, i jakoby Stasiuk się powtarzał. Owszem możemy zauważyć coś w rodzaju rekapitulacji własnej twórczości, czy dokonywanej przez pisarza próby budowy własnej mitologii, ale to chyba nie powinno być podstawą do formułowania zarzutu. Jeżeli pojawiają się motywy z wcześniejszych utworów, jak postać biedaka z trójkołowym rowerem, nazwisko Zalatywój, tajemniczy pokój, do którego prowadzą małe drzwi, ewokujący atmosferę grozy, którą pamiętamy z Opowieści galicyjskich, środowisko marginesu, które przywodzi na myśl Mury Hebronu i Dziewięć, to możemy widzieć w tym dokonywany przez Stasiuka przegląd rekwizytów świata własnej kreacji literackiej.
Akcja powieści Taksim rozgrywa się w Europie Wschodniej, u podnóża Karpat. Ta lokalizacja geograficzna jest bardzo istotna. Granice państw nie mają tu znaczenia i nie tylko dlatego, że zatarła je Unia. Jest to pogranicze ścierających się ze sobą trzech prastarych kultur: Bizancjum, Rzymu i Orientu, które jak wielkie kry kontynentalne zachodzą tu na siebie i niezmiennie trwają, pomimo powierzchownych ruchów geopolitycznych. To miał na myśli Ferdynand Braudel pisząc, że: „Cywilizacje [...] kroczą przez czas, odnoszą triumf nad ograniczonością trwania. Gdy kręci się film historii, one pozostają na miejscu, niewzruszone”. Cywilizacja to pewna sztuka życia, to tysiące powtarzających się postaw. Państwa z ich administracją przemijają i są jak pokolenia trawy, która porasta te olbrzymie prastare formacje. W przyjętej koncepcji historii tym, co na prawdę ważne, jest to, co nie ulega zmianie.
W swej wcześniejszej książce Stasiuk pisał o dwóch strumieniach spływających do dwu sąsiednich dolin. Choć są one blisko siebie - na odległość spojrzenia, wiemy, że jeden skończy swój bieg w Bałtyku, a drugi w Morzu Czarnym. Motyw działu wód powraca w także Taksimie. Bohater stąpa po ziemi pełnej pamiątek i symboli, gdzie wszystko zdaje się swojskie, jednak drogi stąd wiodą w odmiennych kierunkach. W Europie Środkowej zanikły granice, jednak ta prowincja świata nadal pozostała prowincją. Dominantę stanowią tutaj marazm i wielkie rozczarowanie, jak gdyby rozpad komunizmu odsłonił jedynie inny aspekt odwiecznej bylejakości.
Bohater–narrator to mężczyzna pełen wrażliwości i nostalgii, a zarazem pozbawiony złudzeń obserwator swego czasu - pogodzony ze swym miejscem na ziemi, starzejący się wraz z nim i razem z nim odchodzący w przeszłość. Jest częścią miasta, które umiera. Dawne cywilizacje Orientu zasypywał piasek. Ten świat, to znaczy nasz świat, zdaje się ginąć wśród tandety i zdegradowanych przedmiotów. To co nowe, w kolorowym opakowaniu i poprawnie schludne, jest naznaczone bylejakością. Naszym przedmiotom nie przysługuje przywilej dostojnego przemijania. Nie stosuje się do nich kategoria trwania, lecz okres ważności. Bohater (pisarz!) odnosi papier na makulaturę, by zdobyć pieniądze na parę litrów benzyny: „Ale nie miałem siły. To miasto było jak los. Byłem już stary i chciałem przeczekać jeszcze jedną zimę. A potem pewnie następną. Musiałem tu zostać, bo w innym miejscu nie potrafiłbym zasnąć ani się obudzić” (s. 98).
Bohater wegetuje. Jest przywiązany do kilku obrazów: widoku z okna, z pozoru mało ważnych fragmentów pejzażu. „W innym miejscu nie byłoby mostu nad rzeką i dudnienia samochodów na moście. Nie byłoby łuny nad stacja benzynową. To są ważne rzeczy i z czasem okazuje się, że nie można bez nich żyć” (s. 98). Jest to jakaś postać patriotyzmu. Być może najbardziej źródłowa u tych, którzy na co dzień nie wyrażają swych uczuć w sposób oficjalny. Jego życie jest jednym z elementów tego świata: „Tak więc wszędzie brakowałoby mi odgłosów mostu. I smrodu fabryki. I zapachu węglowego dymu, gdy zaczynają się zimne dni. To miasto będzie zamierało wraz ze mną. Ta myśl pozwala mi lepiej znosić samotność. Niczego więcej nie potrzebuję. Reszta jest kłamstwem. Trzeba mieć gdzie umrzeć i tyle” (s.99). Gdzieś daleko w tle pobrzmiewa echo Ziemi jałowej Eliota z jego koncepcją korelatu obiektywnego. Bo czy nie taką funkcję pełni w prozie Stasiuka ten pejzaż ani miejski, ani wiejski, stary człowiek pchający trójkołowy rower, stacja benzynowa nocą, postindustrialne widma architektury?
W podupadłym mieście bohater spotyka biedaków, zbieraczy złomu, rozpaczliwych kombinatorów, żyjących dniem dzisiejszym, pijaków, wsłuchanych w bełkot reklam w obskurnej piwiarni. Wraz ze swym wspólnikiem prowadzi handel obwoźny, sprzedając odzież z drugiej ręki tam, gdzie bieda jest jeszcze większa. Spotykamy emigrantów z Rumunii i ze Wschodu, przemoc i walkę o przetrwanie, bez nadziei na lepszą przyszłość. Jest jednak w powieści Stasiuka obecna wiara w pierwotną moc życia. To, co zdawałoby się stać najniżej w porządku cywilizacyjnym, okazuje swą niezniszczalną żywotność. Cyganie, którzy byli na tych ziemiach od zawsze, okazują się najlepiej do zmian przystosowani: „Wiedział, że okazję dostaje się tylko raz. Strach i spryt od pokoleń” (s. 301). Zajęci zbieraniem odpadków - śmieci wyrzuconych gdzieś z lepszego świata, żyją na granicy przetrwania i tylko oni, zdaniem autora, zachowali pewną paradoksalną autentyczność. Nie są niczym więcej, ani niczym mniej od tego, co dała im natura, są jak zielsko, porastające wraki i ruiny. W Jadąc do Babadag czytamy: „Europa powoływała do życia narody królestwa, cesarstwa i państwa, które trwały i upadały. Zapatrzona w rozwój, ekspansję i wzrost, ni potrafiła sobie wyobrazić, że można żyć poza czasem, poza historią. Tymczasem oni dokonali cudu. Z sardonicznym uśmiechem patrzyli na parkosyzmy naszej cywilizacji i jeśli brali z niej coś dla siebie, to były to śmieci odpadki, zrujnowane domy i jałmużna. Tak jakby reszta nie przedstawiała dla nich żadnej wartości” (s. 97).
A może wizję literacką Stasiuka winno się postrzegać jako wielką metaforę kondycji człowieka epoki ponowoczesnej? W pewnym sensie bankruta i wygnańca... Dawne systemy wartości spajała wiara w przyszłość. Wyrażała się ona między innymi poprzez solidność i trwałość przedmiotów codziennego użytku. Dziś wszystko zdaje się wypierać jednorazowa tandeta. Świat, w którym żyje bohater, to ponowoczesny śmietnik. Jego miejsce na ziemi, te kraje na pograniczu, są prowincją tego śmietnika - jego „przedmurzem”! Tu trafiają wszystkie rzeczy używane, które gdzieś w Paryżu, Londynie i w innych miejscach, dawno przestały się liczyć, zaś tu zdają się żyć raz jeszcze, w swoim nowym, zdegradowanym wcieleniu: „Ludziom przybywa rzeczy. Mają coraz więcej coraz gorszych. Wciąż trzeba coś przywozić i wywozić, pozbywać się starych, żeby zrobić miejsce na nowe. To jest kłopot. Wywożą za miasto, do lasu. Na południe, w głąb dolin, tak jak opony […]. Czasami widzę wywrotki wypełnione połamanymi meblami z plastiku, lodówkami, pogiętymi rowerami, dziecięcymi wózkami, całym tym jednorazowym gównem” (s. 98).
To również może być odczytane jako metafora, która tym razem zdaje się sugerować degradację duchową, intelektualną. Przejmujemy idee, poglądy, myśli z drugiej ręki - myśli nieprzemyślane, lecz brane za swoje z braku lepszych, które  są jak stroje, kupowane po to tylko, by mieć się w co ubrać. Ortega y Gasset pisał w Buncie mas o nieodpowiedzialności wszelkiego myślenia, które nie zrodziło się z autentycznej konfrontacji z rzeczywistością. Pisał o takim myśleniu, które w istocie jest zabawą w myślenie, gdy można sobie pozwolić na luksus marzycielstwa. Przyswajamy myśli wzięte z Francji, Anglii albo nie wiadomo skąd, bo akurat pasują, bo tak się składa, że komuś jest do twarzy z pewną retoryką albo z nawykiem powtarzania, bo tak się nauczył, a pewne przekonania są jak tik nerwowy. Do głoszenia, a nawet wyznawania poglądów, można się przyzwyczaić jak do żucia gumy lub do przybierania określonej pozy. Czy Polska początków XXI wieku jest jak paw Europy pośród brudnych szmat sprowadzanych za bezcen wraz z repertuarem zachowań i postaw rodem z londyńskich nowojorskich slumsów?
Pamiętamy jak Witkacy w Pożegnaniu Jesieni prorokował wizję chińskiej hegemonii, totalitaryzm na wzór społeczności mrówek – inflację ludzkiego bytu, zatratę indywidualności. Nie był to, jak wiemy, lęk przed narodem azjatyckim jako takim, lecz przed pewnym typem kultury i ściśle określonym przepisem na życie. Stasiuk opisując zalew Europy przez chińskie  wyroby również ma na myśli coś więcej niż tylko pewien fenomen gospodarczy lub socjologiczny. Konstatuje zanik, atrofię sił witalnych naszej cywilizacji, pisząc, że  „wszyscy mogą już sobie iść, mogą się zabierać z miasta i okolicy, zewsząd, mogą dać sobie spokój i mogą odpocząć, bo teraz oni, żółci, zajmą się tym wszystkim, czym musieliśmy się do tej pory zajmować my. […] Chińczycy przybyli, żeby nas zastąpić. A może wcale się nie zbudziłem, bo jednak wstałem, poszedłem i odsunąłem zasłonę, żeby sprawdzić. Stacja stała i wyglądała jak zwykle, ale to też mógł być dalszy ciąg snu” (s. 99).
Więc Chińczycy przybyli, żeby nas zastąpić w istnieniu. To, co prawdziwe, jest wypierane przez masową imitację. A więc tradycyjny typ człowieczeństwa traci swą esencję i rozmywa się.
Są czytelnicy, których bulwersuje brutalny i pełen wulgaryzmów język powieści Stasiuka. Ale pamiętajmy, że ten język stanowi tworzywo, z którego autor buduje świat przedstawiony. Wywodzi się on z zasłyszanych głosów, pijackich monologów, przekleństw, stanowi o sposobie ekspresji kreowanych postaci. Bardzo często mamy do czynienia z mową pozornie zależną, ukazującą świat niejako oczami bohatera. Mowa pozornie zależna jest jak obiektyw, którego ogniskową ustawia się na tych własnościach przedmiotów, które wchodzą w pole widzenia konstruowanej postaci. Autor powołując do życia bohatera (a bohaterem jest też narrator pierwszoosobowy) wyposaża go w określony typ spostrzegawczości, na podobieństwo wrażliwości na określone spektrum barw, które jest zdolny odbijać bądź absorbować. Właściwie nie widzimy bohaterów od zewnątrz, ani nie znamy ich powierzchowności, lecz dowiadujemy się, kim są, poprzez to, czego się domyślają ze świata lub tego, o czym mówią. I tak jak kolory w obrazie malarskim, podobnie pole widzenia bohatera musi być uzgodnione z jego hipotetycznym wnętrzem. Zresztą bohater nie ma żadnego innego wnętrza innego niż to, które ujawnia się w mowie.
*
Taksim rozpisany jest na dwa głosy. W monolog narratora wplecione są opowieści i wspomnienia Władka - jego wspólnika i towarzysza podróży. Władek zdaje się istnieć w powieści tylko jako głos. Czy ma jakąś istotę inną niż treść opowieści, którą snuje? O narracyjnym charakterze ludzkiej egzystencji napisano wiele, podobnie jak o fenomenologii głosu. Przeświadczenie, że ludzki sposób bycia przejawia się jako opowiadana historia i konstytuuje się poprzez przesądy, presupozycje, miejsca niedookreślenia, że tak jak opowieść wydarza się i trwa w określonym czasie, znane jest od dawna. Próba analizy powieści Stasiuka pod tym kątem mogłaby stanowić temat oddzielnego szkicu. Warto jedynie wskazać fragmenty, które mogłyby się stać punktem wyjścia do interpretacji wiodącej
w tym kierunku: „Tylko to potrafiłem: prowadzić i słuchać jak gada. Poszedłby na południe w tych rozklapcianych adidasach. Gadałby do siebie. Szedłby i mamrotał. Nic gorszego nie mogłoby mu się przytrafić. Przecież jak nie gadał, to był martwy. Chwilami miałem wrażenie, że żył tylko po to, żeby to swoje życie potem komuś opowiadać. Trafiłem mu się jak ślepej kurze ziarno, gdy już nikt nie chciał go słuchać. […] Mógł najwyżej pójść do knajpy i tam próbować tych swoich legend, ale w knajpach wszędzie były już telewizory i dawni kumple woleli patrzeć na plastikowe gówno, bo ono chociaż na chwilę pozwalało im zapomnieć o własnym życiu. (s. 244-245) „A mnie się wydawało, że tą gadaniną po prostu zabija czas, wypełnia nią kilometry, wypełnia odległości i odgania lek przed klęską, że próbuje rozwiać nią smutek wypełniający kabinę. Tymczasem on po prostu ze skrawków, z resztek,
z odgłosów, ze wspomnień i z przeczuć składał sobie prawdę. Pił, palił i czuł przez skórę. (s. 101)
*
Pomimo goryczy i katastroficznych wątków, powieści Stasiuka tętnią życiem i wyrażają wielki, niezaspokojony głód świata. Jego postacie (choć czasem zjawiają się jak cienie ze starej fotografii) wyrażają prawdę ludzkiej natury w jej mrocznej i nieokiełznanej pełni a  pod tym względem przywodzą na myśl bohaterów znanych z twórczości Hemingway’a czy Londona.
                                                                                                         
                                                                                Paweł Nowicki
Andrzej Stasiuk, Taksim,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009
Tekst zamieszczony w kwartalniku FRAZA” nr 2  (72) 20011