9
maja 2014 roku w gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów” odbył
się wernisaż prac Jerzego Wojtowicza1,
absolwenta Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, obecnie związanego
z pracownią konserwacji zabytków przy Muzeum Budownictwa
Ludowego w Sanoku.
W
pejzażach Jerzego Wojtowicza kolor położony szerokimi plamami
tworzy zagęszczone masy, z których wyłaniają się sylwety
przedmiotów uwydatnione silnymi nawarstwieniami faktur. Kolor nie
imituje przedmiotu – rzeczywistej „barwy” jego powierzchni.
Jest samoistny i niezależny, stanowiąc tym samym autonomiczną
malarską jakość. Na jednym z obrazów zieleń szmaragdowa
przechodzi w czerń, w której mrocznych głębiach majaczą wieże
sanockiego kościoła. Na tle nocnego nieba elementy architektury
lśnią jak księżycowe obrysy chmur na słynnym obrazie El
Greca ukazującym panoramę Toledo. Ciemność rozświetla
gdzieniegdzie srebrzysta poświata, iskrząca się świetlistymi
naciekami gęsto położonej farby; w innym miejscu znowu
przyprószona zaledwie przez laserunkowy prześwit, ukazuje dachy
domów, urwisko nad doliną Sanu. Błękity i ochry kontrastują
mrokiem zakamarków, który ewokuje baśniowy nastrój tajemnicy.
Inny obraz przedstawiający żydowskich muzykantów – dawny świat
galicyjskiego miasteczka – przywodzi na myśl literackie wizje
opowiadań Bruno Schulza, a także malarskie konteksty nadrealizmu
twórczości Chagalla.
Autor jest konserwatorem sztuki – stąd chyba za temat
niektórych prac służy mu samo tworzywo – surowa materia płótna
z kawałkami drewna, których geometryczne formy chwytają światło
na swojej fakturze, dając w ten sposób zaskakujące efekty
„malarskie”.
Oddzielny wątek gorlickiej ekspozycji Jerzego
Wojtowicza stanowiły ikony. Cechą szczególną, która wymaga
uważnego spojrzenia odbiorcy, są ekumeniczne detale pojawiające
się w niektórych spośród wystawionych prac. W sensie plastycznym
są to obrazy typowe dla obrządku wschodniego, lecz pośród
ruskich świętych, w szeregu postaci zjawiają się św. Jan Paweł
Drugi, czy święta Maria Faustyna Kowalska – osoby należące do
kręgu tradycji katolickiej. Artysta chce zapewne podkreślić w ten
sposób swe zakorzenienie kulturze pogranicza, gdzie religijność
katolicka współistnieje z grekokatolicką i prawosławiem.
Jak wiadomo, nurcie sztuki bizantyjskiej, ikona
miała stanowić pomost miedzy transcendencją sacrum
a światem doczesnym. Tworzenie („pisanie”) ikony bliskie jest
modlitwie i wymaga od autora szczególnego duchowego przygotowania.
Jednocześnie ustanowiony zostaje dystans pomiędzy materialnym
tworzywem, które malarz obrabia jak rzemieślnik a świętym
pierwowzorem – zaświatową Ideą, ku
której wznosić się ma dusza odbiorcy. Ikona ukazująca oblicze
świętej Osoby, nie jest więc portretem , znanym nam z tradycji
zachodnioeuropejskiego malarstwa. Oznacza to, że obraz nie
przedstawia ludzkiej twarzy tak, jak gdyby była ona jednym z wielu
elementów natury –nie jest mimetycznie rozumianą
podobizną przedmiotu. W ikonie manifestuje
się idealny wzorzec, który „prześwieca” przez to, co
materialne a dzieło sztuki w pewnej mierze utożsamia się obiektem
kultu. Dawniej, w łemkowskiej chacie, w izbie w której wisiała
ikona, należało zachowywać się godnie – zdjąć nakrycie głowy,
przeżegnać się, nie wypadało zapalić fajki.
Warto również zwrócić uwagę, że w
twórczości Wojtowicza mamy do czynienia z silnym nawiązaniem do
tradycji polskiego koloryzmu. Tematy sakralne obecne w omawianym
cyklu ikon zdają się rozwinięciem malarskich koncepcji, podobnych
do tych, które znajdujemy w jego sanockich
pejzażach.
Wystawa w galerii „Dwór Karwacjanów”
stanowiła spójną i pełną ekspresji prezentację twórczości
artysty, który odwołując się do rekwizytów kultury swojego
regionu, poprzez wysokiej klasy kreację artystyczną nadaje im rangę
uniwersalną.
Paweł
Nowicki
1
"Działalność artystyczna Jerzego Wojtowicza dotyczy takich
dziedzin sztuki jak malarstwo, rysunek,grafika oraz konserwacja
zabytków. W swoim dorobku ma wiele wystaw indywidualnych oraz
zbiorowych w Polsce jak i za granicą (Włochy, Holandia, Słowacja,
Polska). W dziedzinie konserwacji zabytków, wśród licznych
realizacji należy wyróżnić: konserwacja polichromii z poł. XIX
wieku w cerkwi prawosławnej w Komańczy, rekonstrukcja XVIII
wiecznego ikonostasu w cerkwi grekokatolickiej w Komańczy. Do
ciekawych realizacji konserwatorskich należy odrestaurowanie
zespołu ikon w klasztorze prawosławnym w Jabłecznej, w Muzeum
Okręgowym w Białej Podlaskiej oraz współudział w
konserwacji zespołu ikon przygotowanych do wystawy w Muzeum
Budownictwa Ludowego w Sanoku pod nazwą Ikona Karpacka."
18 października 2013 roku w
gorlickiej Galerii Dwór Karwacjanów, odbył się wernisaż wystawy prac wybitnej
krakowskiej artystki, Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej. Na wystawie w sali głównej
im ks. Bronisława Świeykowskiego wyeksponowano ponad trzydzieści obrazów z ostatniej
dekady twórczości autorki. Otwarcia wystawy dokonał Zdzisław Tohl - dyrektor Muzeum „Dwory
Karwacjanów i Gładzyszów” w Gorlicach.
fot. P. Nowicki
Ewa Żelewska-Wsiołkowska – urodziła się w 1948 r. w Krakowie. Studiowała na Wydziale
Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem prof. Jerzego
Nowosielskiego. Dyplom z wyróżnieniem uzyskała w roku 1974. Artystka uprawia malarstwo i rysunek. Brała udział w
ponad 30 wystawach zbiorowych w Polsce, w Niemczech, w Czechosłowacji, Belgii,
we Francji i we Włoszech.
Ewa Żelewska-Wsiołkowska zorganizowała 16 wystaw indywidualnych
m.in. w Krakowie, Warszawie, Tarnowie, Dębicy
oraz w Laaland w Danii. Jej prace znajdują się w zbiorach Ministerstwa
Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, Muzeum
Chełmskiego w Chełmie, Muzeum ASP w Krakowie, Muzeum Mondriaanhuis w Amersfoort
w Holandii a także w kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.
***
Obrazy Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej prezentowane na gorlickiej
wystawie układają się w dwa wyraźne cykle tematyczne, obejmujące: pejzaż i wnętrza. W pejzażach dominantę stanowi motyw
szerokiej przestrzeni, w której panuje świetlista surowa materia. Jasność
morskiego horyzontu, górskie ośnieżone przestrzenie, lśniące gmachy ze szkła
dalekich metropolii namalowane są na płótnach dźwięcznym kolorem z
zastosowaniem przejrzystej kompozycji.
Panuje tu sterylny ład i formalny spokój użytych środków przypominający
neoplastyczny wyraz obrazów Pieta Mondriana.
W swoich pracach Autorka zdaje się nawiązywać także do hieratycznych,
oszczędnych form malarstwa Jerzego
Nowosielskiego, akademickiego mistrza artystki. Jest w tych pracach coś z
estetyki ikony – gdzie wiodącym motywem wydaje się samoistne wewnętrzne światło,
odsłaniające tajemnicę - ukryty wymiar tego, co widzialne. Światło, to nie
buduje modelunku bryły, nie tworzy iluzji relacji przestrzennych - ono sprawia, że kategoria mimesis nie znajduje zastosowania w interpretacji tych prac. Mimo,
że tematem obrazu jest pejzaż, wnętrze lub martwa natura, Artystka nie tworzy
iluzjonistycznych ekwiwalentów tematów. Te malarskie wizje prowadzą nas w głąb
metafizycznej tajemnicy, dla ujawnienia której, formy przedmiotowe zdają się być
pretekstem. Odnosi się wrażenie, że przestrzeń
tych obrazów wypełnia niczym niezmącona cisza. Jak przez szybę oglądamy wnętrze
świata odizolowanego, osobnego. Ta „inna” obca
przestrzeń ewokuje poczucie nierealności. Gdybyśmy dla porównania
przypomnieli obraz C. Lorraine'a Port morski
o wschodzie słońca, uświadomilibyśmy sobie, że z barwnego płótna francuskiego mistrza
do nas plusk fal, krzyk porannych
ptaków, skrzypienie olinowania, czujemy na twarzy rześki powiew wiatru. Na
obrazach Wsiołkowskiej wyobrażona przestrzeń wydaje się głucha, zamknięta jak gdyby
za pancerną szybą. Niebo, horyzont nawet
elementy miejskiego pejzażu wydają się małe, niczym dekoracje sceny teatralnej.
Czy celem takiego zabiegu jest wywołanie
w umyśle odbiorcy poczucia umowności rekwizytów świata? To, co widzimy zdaje
się pozorem, cieniem nieznanego - świętej tajemnicy. Tak naprawdę, nie są to
pejzaże w potocznym rozumieniu tego określenia. Autorka nie zamierza odtwarzać malarskiego
wizerunku fragmentu natury. Stawia przed
odbiorcą - widzem trudne zadanie: zaglądnąć w głąb - dać się opromienić
ukrytemu światłu. Warto w tym miejscu przytoczyć platońsko-augustiański pogląd , zgodnie
z którym nasze poznanie świata polega na
tym że zwracamy się ku wnętrzu naszej duszy. Dane nam od Boga światło wewnętrzne jest tym, co pozwala oku
widzieć. Ten świat widzialny naprawdę jest w nas. To nie jest leżąca na
zewnątrz przestrzeń fizyczna - domena obiektywnego naukowego „widoku znikąd”, gdzie perspektywa wynikałaby jedynie
z arbitralnego wyboru punktu obserwacji. Pejzaże, Ewy
Żelewskiej-Wsiołkowskiej nie pełną funkcji wizerunku świata obiektywnego, nie
ukazują inwentarza świata, o który
mamy skrzętnie zabiegać jako miłośnicy
pięknych widoków. Prawda mieszka w nas, a to, co zdołamy rozpoznać i utrwalić,
to są ekspresje naszego wnętrza.
„Bóg znajduje się z tyłu za okiem, natomiast Jedno, którego ideę
oko stara się przeniknąć leży na wprost Niego. Spotykam najwyższego w
intymności mojej samoobecności.”[1]
Interior intimo meo
et superior summo meo – „A Ty byłeś
bardziej wewnątrz mnie niż to, co we mnie było najbardziej osobiste, a zarazem
wyżej nade mną niż mogłem sięgnąć kiedykolwiek.”[2]
Takie impresje towarzyszą mi przy analizie cyklu obrazów Ewy
Żelewskiej-Wsiołkowskiej, których tematem
jest świat „na zewnątrz”, niejako sfera poza domem. Cykl drugi obejmuje
prace, w których Artystka pokazuje swoją prywatną przestrzeń - zacisze pracowni, wnętrze mieszkania – i to
jest także, jak się wydaje, pejzaż wewnętrzny autorki. Z obrazów emanuje ciepło,
ład codziennych spraw. Zasłona w oknie, świetny malarski szkic ulubionego psa,
jakieś zwyczajne przedmioty podkreślają nastrój intymności i tajemniczości. Ten
spokój i bezpieczeństwo wnętrza jest zasadniczo inny niż „sterylność” wizji tego co na zewnątrz – świata, do którego udajemy
się na wyprawę poza dom.
We wnętrzach Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej trwa nieruchomo czas - czas przypisany do
miejsca, czas zatrzymany w pewnej chwili dzięki mechanizmowi stop-klatki pamięci. Wiemy, że czas naszej
egzystencji nie płynie liniowo jak miara zmiany procesów fizycznych. Nasz czas
niekiedy się zatrzymuje. Tak jest w przypadku rozmów urwanych w pół zdania,
nierozwiązanych problemów, które są jak pokoje z których wyszliśmy tylko na moment,
a które czekają na nasz powrót nieraz całe życie. środku konfliktu, którego nie
umieliśmy rozwiązać, w obliczu pytania, na które nie potrafiliśmy znaleźć
odpowiedzi. Bo czy naprawdę czas płynie liniowo - czy nie powraca niczym
zagadkowy refren? Wszyscy pamiętamy wiersz Juliana Tuwima, w którym pojawia się
nostalgiczna fraza… a może byśmy tak najmilsza
wpadli na dzień do Tomaszowa… O
wiele pełniej ujął ten problem Haimitio Doderer w swojej powieści Schody
Strudlhoffu.
Niewątpliwym osiągnięciem sztuki E. Wsiołkowskiej-Żelewskiej jest umiejętność
malarskiego artykułowania tak
skomplikowanych poetyckich emocji niezwykle oszczędnymi środkami wyrazu.
Wracając do inspiracji, oprócz już opisanych, wydaje się znamienną
w artystycznym „emploi” Artystki jej niewątpliwa sympatia do doświadczeń op-artu. Jak wiadomo, kiedy w Renesansie
odkryto perspektywę zbieżną pozwalającą
tworzyć iluzję trójwymiarowej głębi, długo nie doceniano faktu, że ów malarski
efekt, stanowi po prostu wizualny trick.
Złudzenie, że tak „naprawdę widać”
miało być sposobem przybliżania do prawdy przedmiotu. Pomijając zapoczątkowaną
przez Cezanne’a rewizję geometrii widzenia, Op-art da się odczytać jako jedną z
dróg w sztuce, w której wyraża się niepokój poznawczy - motyw platoński - w
czasach nowożytnych odnowiony z nadejściem baroku. To jest podejrzenie, że życie jest snem, a to, co widzimy to tylko gra cieni, i że ta gra cieni jest ciekawsza niż istota rzeczy dana w pełnym słońcu
logiki Arystotelesa – empirysty, który naiwnie ufał widzialnym przedmiotom.
Skoro da się stworzyć iluzję przestrzeni trójwymiarowej, to może dałoby się
skonstruować obraz przestrzeni nieeuklidesowych a może w ogóle malarskie
budowanie kierunków i płaszczyzn okazuje nieobowiązującą zabawą, swoistą
sofistyką, formułowaniem paradoksów, układaniem przewrotnych zagadek.
fot. P. Nowicki
Geometrycznie niemożliwe struktury zbudowane są w obrazach Artystki z płaszczyzn niezwykle
wystudiowanych zestawień kolorystycznych, tworzących mikrostruktury odcieni i
faktur.
Solidne malarstwo bez pustej ostentacji, z ogromnym przesłaniem
pozytywnej energii - to rzadkość w
ofercie współczesnych galerii sztuki. Dlatego polecam gorlicką wystawę Ewy Żelewskej-Wsiołkowskiej
jako niezwykłą okazję do optymistycznej autorefleksji nad pięknem zawartym w
nas samych.
Paweł Nowicki
[1]Charles
Taylor, Źródła podmiotowości. Narodziny
podmiotowości nowoczesnej, Warszawa 2012 str. 257
[2] Św. Augustyn Wyznania, przeł. Z. Kubiak
ZNAK Kraków 1992, str. 80
W
sierpniu w Dworze Karwacjanów zorganizowano retrospektywną wystawę prac Adama
Konieczki, zmarłego w 2008 roku Artysty, absolwenta krakowskiej Akademii Sztuk
Pięknych, ucznia Zbigniewa Pronaszki oraz Zygmunta Radnickiego. Urodzony w 1919
roku w Humniskach koło Brzozowa, Adam Konieczko uprawiał malarstwo sztalugowe,
grafikę malarstwo ścienne a także i kolaż i reliefowe techniki własnego
autorstwa. Znalazł się w życiu Artysty epizod
związany z Ziemią Gorlicką. W latach 60-tych Adam Konieczko wraz z Henrykiem
Wójcikiem wykonał polichromię w kościele p. w. św. Zofii w Bobowej. Sporządzał
również dokumentacje ludowych motywów dla prof. Romana Reinfussa. Na
uroczysty wernisaż przybyli córka i syn Artysty oraz liczni krewni i
przyjaciele.
Prace,
które zaprezentowano na gorlickiej wystawie czytelnie ilustrują najważniejsze
dokonania Adama Konieczki i pochodzą z różnych okresów jego działalności.
Znalazł się tu zarówno wczesne obrazy i grafiki będące świadectwem epoki lat
pięćdziesiątych, w której rozpoczynał swą karierę, jak i dzieła reprezentujące ugruntowany
w latach 70 XX wieku w pełni indywidualny styl. Widoczne wpływy koloryzmu rozpoznać
można w serii portretów oraz w pejzażach (na jednym z nich uważny obserwator
zdoła rozpoznać gmach krakowskiej AGH). Jest
także obraz, w którym Artysta najwyraźniej usiłuje sprostać urzędowym wymaganiom
czasów socrealizmu, a zarazem zachować artystyczną uczciwość. Jest to Robotnik przedstawiający nieco egzotyczną
postać
o czarnej twarzy i obfitych czerwonych wargach. Chodzi oczywiście o górnika
umazanego węglem, jednak nuta ironii i subtelnie wysmakowany malarski żart
trafiają do uważnego odbiorcy. Inne
portrety utrzymane są w tonacji barwnej, w której zdaje się pobrzmiewać dalekie echo tropikalnych obrazów Gauguina.
Wysmakowana,
utrzymana w ciemnej gamie kolorystycznej tonacja wiedzie nas ku estetyzacjom
lat 60 tych (Kompozycja, 1963, Martwa natura). Istotnym rysem twórczości
Artysty tamtego okresu zdaje się pragnienie
porządkowania wielości przedmiotów, próba ogarnięcia chaosu i wykorzystania go
jako malarskiej materii. Obraz Otwarta Szuflada, rozszerza zakres
stosowanych przez Artystę środków wyrazu o metaforę poetycką. Niewątpliwie mamy tu do czynienia z
twórczością uwikłaną w konteksty pozamalarskie, gdzie ukazane bądź
zasugerowane rekwizyty odnoszą się do konkretnych doświadczeń historii.
(ordery, biało-czerwone wstążki). Klucz
do zrozumienia zamysłu autora zawiera się także w tytułach prac (Dom, którego już nie ma, 1963). Do tego
nurtu należy zaliczyć niewątpliwie kompozycje reliefowe, jak Echo (Partyzantom) z lat 60 czy Na granicy z roku 1970. Oglądając obrazy
Adama Konieczki nie możemy zapominać, że Artysta jest także poetą, i że jego twórczość posiada silne literackie nacechowanie.
Na gorlickiej wystawie możemy oglądać grafiki
Autora a także liczne formy reliefowe z późniejszego okresu twórczości. Czy zawarte w
tych collage’ach nadrealistyczne kolekcje „magicznych” przedmiotów przypominają
kompozycje André Bretona? Jakaś
moneta, medalion, drucik, kawałki spalonego drewna wklejone w strukturę malowidła
powodują, że tworzywo zyskuje spotęgowaną indywidualność wręcz magiczną, tajemniczą tożsamość. (Miasteczko, 1966, Na przykład
w tym miejscu 1975, Zielone drzewo
przypadku, 1975). Przedmioty znalezione, które posiadają swą unikatową
historię, decyzją Artysty użyte jako elementy malarskiej kompozycji, stają się akcesoriami rzeczywistych
artystycznych zdarzeń, które nadają im tym samym, nowe, ważne znaczenia.
Oczywiście
nie wolno nam zapominać, że collage’s Konieczki są przede wszystkim obrazami.
Jeśli pominąć specyfikę „tworzywa” (ostatecznie kto powiedział że malować
należy farbami z tuby). Malowano błotem,
krwią, układano wzory z wyschniętej trawy, robiono rzeźby z chleba albo
cukru. Bogata faktura i sposób rozwiązania
problemów kolorystycznych w kompozycjach Konieczki dowodzą, iż mamy do
czynienia z malarstwem par excelence.
Do prac
z tego nurtu twórczości możemy odnaleźć wiele europejskich odniesień i kontekstów - choćby malarstwo
materii J. Dubuffeta zaś kompozycje Miejsce
modlitwy z lat 70 czy Oczekiwanie cudów 1969, mogą nam przypominać
kosmiczne pejzaże Yvesa Tanguy.
***
Nic bardziej dramatycznie nie uświadamia nam
nieuchronności śmierci niż spuścizna przedmiotów, tworzących dzieło życia, o którym
wiadomo, że nie będzie już mieć kontynuacji. Snując refleksję nad gorlicką
wystawą, (która jest pro memoria), próbuję nadać jej sens, niejako uporządkować,
jak wypowiedź urwaną w pół słowa, odczytać jej zamierzony finał. Natura samego
myślenia zmusza nas do poszukiwania uogólnień, także do tego, by życie ogarnąć
w statyczną formułę i podsumować jako pewną jedność. A przecież sztuka będąc
wyrazem życia, rodzi się z poszukiwań, przypadkowych natchnień i rozwianych
marzeń i nadziei. Zachwyca nas tym, co unikatowe i niepowtarzalne, lecz gdy
tylko próbujemy ująć to w pojęcie, odbieramy mu jego rzeczywistą istotę.
Życie jest wzrastaniem, krystalizowaniem
sensu, odsłanianiem się coraz to nowych widoków, które odchodząc w przeszłość
ukazują coraz to bardziej zawiły wzór. Jest to nasze nieustanne wnikanie w
czas, tkanie wątku na coraz to nowych krosnach. Tak, jak żyłkowanie liścia
streszcza strukturę gałęzi, a ta zaś odzwierciedla wzór korony drzewa, tak rytm
ludzkiego życia niesie samo-podobieństwo, niczym temat muzyczny rozwijający się
w coraz to nowym instrumentarium.
***
Odwiedzając gorlicką wystawę A. Konieczki, musimy
mieć świadomość, że staniemy wobec obrazów wymagających zaangażowania. Według
Hansa Georga Gadamera, rozumienie dzieła sztuki wydarza się w naszym życiu –
tak, jak spotkanie z drugim człowiekiem, jak rozmowa albo przyjaźń. Sens,
przesłanie obrazu nie jest czymś danym raz na zawsze, jak materialny przedmiot,
który moglibyśmy wziąć do ręki. Sens jest procesem i wydarza się. Jest jak spotkanie, które ma swą dramaturgię i tym samym
może się nie udać. Obraz może się nam wydać niczym trudny tekst, jak książka,
której nie zrozumiemy od razu, jak rozmówca - nieprzystępny, z którym trudno nawiązać
porozumienie. Jednak by dowiedzieć się czegoś nowego, musimy podjąć ryzyko
stawiania pytań – ryzyko dialogu z kimś, kto jest od nas na prawdę różny, to znaczy
przekracza nasz skończony, jednostkowy punkt widzenia. Takie spotkanie niesie ze
sobą istotny przyrost bytu, tym samym przyrost
sensu. W ten sposób sami wzrastamy duchowo.
W prezentowanej serii prac poświęconych tematyce sportowej Eugeniusz Gerlach ukazuje wszystkie najbardziej charakterystyczne rysy swojego malarstwa, eksponując zarazem jego najlepsze atuty. Wystawa obejmująca obrazy pochodzące z różnych okresów twórczości Artysty, przedstawia to, co w jego dorobku zdaje się niezmienne i co może być rozpoznane jako w pełni dojrzały i niepowtarzalny styl. Liczne nawiązania do koloryzmu oraz awangardy XX wieku, które dzięki odkrywczym przetworzeniom zyskują nowe aranżacje, sytuują malarstwo Gerlacha we wspaniałej tradycji sztuki europejskiej. Na obecnej wystawie znajdują prace wykonane tradycyjną techniką olejną. Wiele spośród ich zasługuje na bliższy komentarz.
Motywy olimpijskie, sceny przedstawiające wysiłek sportowców występowały licznie sztuce starożytnej. Do naszych czasów zachowały się rzeźby, a na glinianych naczyniach znajdujemy uwiecznione sylwetki dawnych zawodników. Odrodzenie się ruchu olimpijskiego, jakie nastąpiło na przełomie wieków, wyrastało z nowego spojrzenia na naturę ludzką a ogólne przemiany filozoficznego poglądu na świat znajdowały swe odzwierciedlenie w sztuce. Sposób w jaki artyści ukazywali człowieka zawsze był pochodną kosmicznej wizji uniwersum oraz wyrażał charakter i zakres ludzkich możliwości poznawczych. Warto przypomnieć tu choćby Ferdynanda Legera i jego konstruktywizm czy taneczną lekkość postaci z obrazów Henri Matise’a. Malarstwo Eugeniusza Gerlacha zaje się nawiązywać do formizmu Leona Chwistka, a dokonania awangardy francuskiej - prace Amédée Ozenfanta, także mogą nam ukazać kontekst dla jego interpretacji.
Nowoczesność, od której - jak się zdaje - nie ma już odwrotu, wymaga dyscypliny, chłodnego dystansu, ostrej świadomości wymagań syntetycznej formy. Porzucając dosłowność naśladowania i gubiąc ornament, sztuka dąży do tego, by posługiwać się skrótem i budować klarowną konstrukcję. Optymizm poznawczy, afirmacja życia lepiej wyrażają się w przejrzystych barwach, w klasycznej proporcji, niż poprzez nadmiar, zawiłość, wegetalną bujność. W malarstwie Eugeniusza Gerlacha zdaje się obecny duch lat dwudziestych minionego wieku. Odnajdujemy w nim echo formizmu Chwistka, pragnie jasności - myśl, by odrzucić sceptycyzm oraz subiektywizm na rzecz radosnej pełni i racjonalnej pochwały zdolności człowieka. Zbyt łatwo i w istocie błędnie stawiano nieraz awangardę tuż obok zrewoltowanego futuryzmu.
Autonomia koloru i linii, odejście od tradycyjnych zasad perspektywy sprawiają, że obraz rządzi się wewnętrzną logiką i winien być interpretowany tylko ze względu na swe własne założenia konstrukcyjne. Jego odniesienie do świata pozamalarskiego staje się, w pewnym sensie, drugorzędne. Teza Ozenfanta, zgodnie z którą obraz przestał być łącznikiem między naturą a widzem, lecz wpływa nań własnym, bezpośrednim oddziaływaniem znajduje swój wyraz także w twórczości Gerlacha. Prace w których przewija się motyw piłki nożnej, mogą posłużyć jako tej tezy ilustracja.
Zagęszczone linie potęgują wrażenie ruchu a pulsujące kręgi i zwielokrotnione kontury rąk i nóg nasilają dynamizm całej kompozycji. Żywa zieleń murawy poprzez witalną czerwień aż po chłód błękitu i bieli, spinają łuki narysowane czarną kreską. Ta przejrzystość niemal witrażowej konstrukcji uwydatnia lekkość, wdzięk ludzkich postaci. Radość triumfu, beztroska i święto zdają przywoływać ducha antycznego agonu nie przez stylizację, (np. archaiczne rekwizyty) lecz u samego źródła, uchwytując ludyczny wymiar ludzkiej egzystencji.Widzimy Tryptyk, w którym pośród sportowców ukazuje się skrzydlata Nike. Jej sylwetka zbudowana z mocno zarysowanej sieci falujących linii pulsuje subtelnym światłem. Jasne plamy pastelowych odcieni różu i błękitu, tworzą bogatą mozaikę, która wypełnia prześwity powietrza. Choć ukazane sceny pozbawione są głębi perspektywy - cielesność postaci, modelunek mięśni ukazują się w natężeniu splotów zagęszczonej czerni. Gdzieniegdzie na zasadzie kontrapunktu w ten falisty obrys wkracza geometryczny kształt. Ostra witrażowa szybka ściszonej czerwieni, albo ciemny błękit tkwi niczym grot strzały lekki i bezbłędny.
Obraz ukazujący turystów na tle z tatrzańskiego horyzontu przypomina motywy zbójnickie z grafik Skoczylasa. Sylwetki dwojga ludzi są tak skonstruowane, że ich strój wydaje się jakby góralski a kierunki wyrażające dynamizm postaci, nadają im rytm w takt skocznej melodii. Rozległa plama oranżu z naciekami ochry, łagodny łuk wzgórza kontrastuje z białym konturem oddalonych szczytów. Jest to jeden z nielicznych obrazów w prezentowanym cyklu, na którym pojawia się motyw pejzażu. Jednak wizja przyrody, obecna w na obrazie Gerlacha daleka jest od romantycznego niepokoju. Sugeruje nam raczej tężyznę człowieka ugruntowaną w jego kondycji fizycznej, antyczny ład i zaufanie do natury.
Kolejny obraz przedstawia zawodnika, który bierze rozmach podczas pchnięcia kulą. Tę kompozycję fundują wyraźnie zaznaczone masy, rozpięte na kierunkach trójkąta i łuku. Przetarte plamy o złamanych barwach ziemi przechodzą w partie ochry, jaśnieją ku górze, zaś dołem u podstawy zatapiają się w głęboki błękit. Wysiłek zawodnika zdaje sięnarastać a efekt kontrapunktu rozegrany jest pomiędzy spiętrzeniemmasyrosłych ramion, a niemal taneczną lekkością smuklej partii nóg. Przypomina się wczesny Picasso i jego postać filigranowej tancerki w błękitach skontrastowana ze zwalistą sylwetką cyrkowego atlety.
Tenisista jest prawie monochromatyczny a linie kreślone pewnym pociągnięciem pędzla układają się w poziomych kierunkach, jak gdyby naśladując wymachy rakietą.
Choć niektóre z prezentowanych kompozycji zdają się przypominać twórczość Picassa czy Braque’a, żadne porównanie nie umniejsza oryginalności malarstwa Eugeniusza Gerlacha. Wspomniane podobieństwa są powierzchowne a tam gdzie rzeczywiście mogą się narzucać, wydają się erudycyjnie zamierzone niczym intertekstualne gry znane we współczesnej literaturze. Artysta operując wszechstronnym warsztatem tworzy rekapitulację czy swoistą summę zaś deja vu jakiego doświadczmy patrząc jego prace, powiększa tylko naszą satysfakcję poznawczą. Poza tym, w malarstwie Eugeniusza Gerlacha geometryzacja, rozbicie przedmiotu służą zupełnie innemu celowi, niż miało to miejsce u twórców kubizmu. Relatywizm poznawczy - tak istotny dla założeń artystycznych Picassa - w malarstwie Gerlacha zdaje się kwestią co najwyżejdrugorzędną. Głęboki sens kubizmu można upatrywać w niechęci do świata - platonizującej redukcji tego, co widzialne na rzecz minimum, jakie daje matematyczny model. U Gerlacha olśniewa wielość, zachłyśniecieświatem, pochwała człowieka w jego cielesności. Bliskie jest mu chyba także, (duchem z awangardy) przekonanie, że malarstwo winno przestrzegać własnych ograniczeń, to znaczy nie próbować wykraczać poza język, którym operuje. Poszukiwanie hipotetycznych wymiarów, które dane mogą być tylko teoretycznie w bardzo zawiłych teoriach, jest obce sztukom wizualnym. To, co realne, a czego nie widać, nie może być malarskie. Dlatego u Gerlacha kolor jest na pierwszym planie.
Na kilku płótnach powraca motyw piłki nożnej. Przed nami obraz zbudowany z drobnych „płytek” cynobru przechodzącego w oranż, z jasnych partii bieli, którym przeciwstawia się szmaragdowa zieleń. Żółcienie i fiolety wplecione gdzieniegdzie w misterną układankę, anonsują inną opozycję kolorów, zarazem ocieplają całość kompozycji. Kierunki podkreśla usiatkowana struktura ciemnych żyłek - linii, które rozgraniczając różnobarwne pola, tworzą zgeometryzowany splot zbudowany delikatną kreską. Z niego wyłania się rozigrany rysunek postaci, a dynamizm kompozycji uwydatnia ożywiony kolor. Przypomina się Roberto Matta Echaurren jego Wiedza świadomość i cierpliwość szklarza.
Gdzie indziej widzimy grupę grających w koszykówkę.Obraz utrzymany jest w ciepłej tonacji oranżu splecionego z różem. Lekki błękit, który buduje partie cienia,przechodzi rytmicznie w zagęszczony fiolet. Czarne zachodzące na siebie melodyjnie łuki dają przedłużenia kierunków wyciągniętych ramion. Krąg walczących o piłkę przenika wpromienisty rozbłysk w miejscu, z którego wznoszą się sylwetki graczy. Kuliste elementy głów mogą budzić wspomnienie kompozycji Ozenfanta czy Leona Chwistka.
W większości swych prac Artysta stara się uchwycić moment kulminacji, bo wyczyny sportowców rozgrywają się w rozbłysku chwili. Bohaterowie ukazanych scen zdają się wyłączeni z reszty uniwersum, skoncentrowani na swoim wysiłku. Poeci pisali o greckich atletach, których sylwetki zachowały się do naszych czasów utrwalone w rzeźbie w resztkach ceramiki. Achilles, który po tylu wiekach nie doganiażółwia i tkwi zatrzymany na zawsze w glinianej skorupie. Czy to samo ktoś powie kiedyś łucznicze z obrazu Eugeniusza Gerlacha?
Należy przypuszczać, że obecna wystawa spotka się z uznaniem oraz że wpisze się w nastrój aktualnych wydarzeń sportowych.
Paweł Nowicki
Tekst zamieszczony w katalogu wystawy "Eugeniusz Gerlach Inspiracje olimpijskie. Sport w sztuce", Łódź 2012. Wernisaż wystawy odbył się w Muzeum Miasta Łodzi 10 lipca 2112 r.