Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

„Od Źródła” O wystawie fotografii ks. Andrzeja Muchy





„Potem rzekł Bóg: Niech się zbiorą wody, które są pod niebem, na jedno miejsce, a niech się ukaże suchy ląd. I stało się tak. 10. I nazwał Bóg suchy ląd ziemią a zebranie wód nazwał morzem. I widział Bóg, że tak było dobrze”. [R. 1, 9-10]

Bywa, że kapłani szukają w przyrodzie śladów Pana Boga. Ksiądz Bronisław Świeykowski pełniący funkcję burmistrza Gorlic w czasie słynnej bitwy z 1915 r., w czasie wolnym od obowiązków zbierał okazy motyli. Ksiądz Andrzej Mucha[1] również zasłużony dla naszego miasta, zajmuje się fotografią i utrwala na swych zdjęciach górskie strumienie, skały, motywy rodzimego pejzażu. W dniach od 9 stycznia do 18 lutego 2015 r. w Gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów”, w sali im. prof. Włodzimierza Kunza można było zwiedzać wystawę jego prac, zatytułowaną „Od źródła”. Za motto ekspozycji posłużył następujący fragment:
„…. Jeśli chcesz znaleźć źródło,
musisz iść do góry, pod prąd….”
J
an Paweł II  „Tryptyk Rzymski” (M edytacje)  

            Wiodącym tematem prac, które znalazły się na wystawie jest woda. Jednak mimo pozornego „realizmu”, każda z prezentowanych fotografii mogłaby być odebrana jako kompozycja abstrakcyjna, dla której pytanie, „co w rzeczywistości przedstawia”, schodziłoby na drugi plan. Mimo to, w twórczości artysty zachowana zostaje silna wieź z naturą, surową prawdą stworzonej materii, która bogactwo swych zmysłowych jakości ukazuje się wśród migotliwych refleksów barw, form skalnych i roślinnych. „Abstrakcja”, o której wspomniałem, nie polega na oderwaniu nieistotnych cech, celem wyłonienia „czystej” struktury przedmiotu. Nie rodzi się też z chęci przezwyciężenia zwyczajności, „zdrowego rozsądku" na rzecz wyspekulowanej, platonizującej pogardy tego, co widzialne. Św. Tomasz z Akwinu analizując poglądy zwolenników filozofii Platona, zdawał się przeczuwać późniejszy zwrot, jaki nastąpił w myśli nowożytnej, wiodący  w stronę subiektywizmu i traktowania świata zmysłowego jako iluzji, wręcz fikcji. Prace, które mogliśmy oglądać, nie należą do tego nurtu  abstrakcji, którego rodowodu można by szukać w historii współczesnego malarstwa. To nie jest  rezygnacja z empirycznego konkretu,  wywiedziona z medytacji nad zmiennością wyglądu kawałka wosku, braku zaufania dla zmysłów, karkołomnej konstrukcji opisu przestrzeni za pomocą arytmetyki, by na koniec zwątpić w istnienie świata.   Obrazy A. Muchy przenika tradycyjne zaufanie do naturalnej Prawdy Bytu.
Na ścianach galerii mogliśmy oglądać pogodną grę błękitów, żółcieni piaskowca rozświetlonego w słońcu, który niekiedy przybierał silnie rdzawy poblask niczym rude kamieniste koryto hiszpańskiej Rio Tinto. Refleksy na wodzie, kolory kamieni układające się w barwne mozaiki, w których blask nieba mieszał się z barwami ziemi, brązem i zielenią w ciemnych gąszczach roślinności ewokowały nastrój pogodny, afirmację, podziw. Białe struktury ukazujące wodę w różnych stanach skupienia, niekiedy wyglądającą niczym zamarznięta, tworzyły sople, „stalaktyty”, choć przeczyły temu słońce, barwy pory roku. Kiedy indziej woda była jak wełnisty opar, mgła, para pod ciśnieniem. Ukazywały się nam wodospady, nacieki, czasem ciężkie krople wiszące na liściach lub kiedy indziej formy właściwie nieprzedstawiające, co do których mogliśmy się jedynie domyślać ich akwatycznej genezy, zaś elementy roślinne z kropelkami rosy na łodyżkach podkreślały życiodajną moc wody, spadającej na ziemię wraz z deszczem, bez której nie byłoby wzrostu, wegetacji... życia. Kilka prac czarno-białych posuwało się tak daleko w odrealnieniu przedmiotu, że zdawały się sugerować wizje przestrzeni kosmicznej lub dostępne tylko pod mikroskopem elektronowym, przetworzone obrazy świata mikrocząstek, wizualizacje interferencji fal świetlnych. Za każdym razem jednak mieliśmy pewność, że mamy do czynienia z obrazem natury – physis, nie zaś z nadrealistyczną fikcją. Fotografie zgromadzone na wystawie układały się w serie bardzo podobnych ujęć, tworzących swoiste multiplikacje, co utwierdzało odbiorcę w przeświadczeniu, że nie chodzi o tradycyjny pejzaż, ale że studium natury jest tylko punktem wyjścia dla wyrafinowanej kompozycji właściwej sztuce na wskroś nowoczesnej. Oszałamiająca wielość tych zjawisk natury wyraża bogactwo, nadmiar, które zadają się manifestacją  się potęgi w wszechmocy Boga. Ukazuje dobroć, która się przelewa w mnogości stworzenia, rozumny ład, poczucie celowości, które dziś, w odczarowanym świecie może być tylko aktem wiary.
Jedna z tzw. „pięciu dróg” dowodu kosmologicznego na istnienie Boga św. Tomasza z Akwinu, polegała na argumentacji z celowości stworzenia. O harmonijnej strukturze hierarchicznego ładu średniowiecznej wizji uniwersum obszernie pisze C. S. Lewis w książce Odrzucony obraz. Autor ma na myśli szczytową fazę myśli scholastycznej, okres poprzedzający przewrót związany z narodzinami się nominalizmu Williama Ockhama, który wbrew swoim intencjom, utorował drogę nowożytnemu odczarowaniu świata. W czasach opisywanych przez Lewisa panował  prawdziwy humanizm.  Choć nie mówiło się wtedy nie tyle o człowieku, ile o Bogu, wskazywało się na Tego, Kto jest celem człowieka –  to, co ludzkie uznając po drodze jako oczywiste. Było to jak gdyby w myśl dalekowschodniej maksymy mówiącej, by patrzeć na księżyc, a nie na palec, który go wskazuje. Od bardzo mądrej osoby usłyszałem kiedyś zdanie, że pewnych rzeczy się nie mówi, tylko się je robi. To prawda, sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu, i nieraz bywa tak, że kiedy o czymś jest już bardzo głośno, możemy się obawiać, że sprawy dawno poszły we wprost przeciwną stronę.   
            W pradawnej filozoficznej wizji Heraklita ruch wody, przepływ, zmiana odbywały się bez kierunku, bez celu. Rodziły się z napięcia między źródłem a ujściem do morza, narodzinami i śmiercią między dniem i nocą w kręgu powtarzalnego cyklu. Z tym przedchrześcijańskim wyobrażeniem wiąże  się  idea wiecznego powrotu, zarazem nietzscheańskie  wielkie „Tak” dla bezlitosnej konieczności przyrody, oraz przygodności, skończoności ludzkiego bytu. W świetle scjentystycznie zorientowanej nowożytnej nauki, procesy przyrodnicze toczą się bez celu, i co najwyżej da się ustalić porządek następstwa, regularność serii. Pojęcie sensu wyrugowane z przyrodoznawstwa wiązało się z wyobrażeniem celowości, ideą Najwyższego Dobra. Celowość w świecie, przeświadczenie, że życie ludzkie zorientowane jest na transcendentny telos wydaje tęsknotą –  tym, czego przynajmniej domaga się wewnętrzne i źródłowe odczucie właściwe ludzkiej podmiotowości. Choroba na sens sama zdaje się tego dowodzić. Są oczywiście ludzie "religijnie niemuzykalni".
Nastrój emanujący z prac A. Muchy wyrósł z zaufania ładu stworzenia. Jednak woda –  pradawna, kiedy Duch unosił się nad  głębiami, woda Jordanu, którą chrzcił Jan Chrzciciel ukazuje się nam przecież także jako niszczący żywioł Biblijnego potopu. Pamiętajmy, że w potędze wody jest groza powodzi, sztorm. Tragiczna powódź, niszczący kataklizm to znak, że w świecie jest także zło, nie tylko ludzkie – zawinione złą wolą, ale także zło manifestujące się w procesach kosmicznych, jak pamiętne trzęsienie ziemi, które zniszczyło Lizbonę w XVIII w. Wbrew szyderstwom Voltaire' a, wierzymy, że to kara Boża, wyrok sprawiedliwości niepojętej jak nieskończoność matematyczna, droga, której nigdy nie przebędzie strzała Eleaty, dystans, którego nigdy nie pokona kafkowski Geometra K., by dotrzeć do Zamku. Pozostaje tylko wdzięczność za dobre chwile, darmo dane łaski, jak piękno wiosennych kwiatów.  
            Rodzi się pytanie, czy Byt przyrody sam przez się jest dobry? Na pewno jest dobry w tym sensie, że jest że jest darem Bożym –  ale jako physis? Dopiero, gdy Bóg uznał Swe stworzenie za dobre, (”I widział Bóg, że tak było dobrze. [R. 1,10]), tym afirmatywnym aktem potwierdził jego wartość. Sama natura, będąc tłem dla ludzkich uczynków, może być nijaka. Może rezonować nastroje naszego wnętrza – romantycy odkryli jej uwodzicielską moc. Ale bez Dobra Najwyższego może być  t y l k o  piękna. Jak koszmar tropików.

Paweł Nowicki



Fotorelacja z wystawy - tutaj




[1] Ksiądz Andrzej Mucha był wieloletnim proboszczem tej parafii i podczas jego posługi duszpasterskiej oraz dzięki jego staraniom zbudowano ten kościół. Na początku świątynia mieściła się w skromnym baraku. Później ks. A. Mucha przyczynił się do budowy gorlickiej „Golgoty” Górze Zamkowej, która na trwale wpisała się w pejzaż, architekturę, a przede wszystkim w życie religijne Gorlic. 

czwartek, 1 maja 2014

Kalendarium Gorlic w fotografii Bogusława Kuciakowskiego


24 kwietnia 2014 r. w Galerii Na Piętrach Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gorlicach, odbyło się otwarcie wystawy fotografii Bogusława Kuciakowskiego  zatytułowanej "Kalendarium Gorlic”. Spotkanie zorganizowane ramach obchodów Światowego Dnia Książki prowadziła Magdalena Miller, dyrektor gorlickiej MBP.

Bogusław Kuciakowski - artysta fotografik, który na przestrzeni wielu lat skrzętnie rejestrował zdarzenia z życia publicznego naszego regionu zaprezentował wybór prac bogato dokumentujących fragment rodzimej historii. Fotografie, które możemy oglądać w holu Biblioteki układają się w dwa cykle tematyczne. Jeden dotyczy wydarzeń, jakie miały miejsce na terenie naszego miasta – drugi zaś obejmuje epizody związane z życiem dalszych okolic – gmin
i miejscowości powiatu gorlickiego. Oglądając zdjęcia zgromadzone w Galerii Na Piętrach trudno oprzeć się wrażeniu ulotności codziennych spraw, zwyczajnego życia, które mija zostawiając osad wspomnień, składających się na naszą zbiorową tożsamość. Widzimy twarze naszych znajomych sprzed zaledwie kilku lat, mamy wrażenie jak gdybyśmy wychylali się za róg ulicy, odwiedzali na chwilę opuszczony pokój – jak gdyby było nam dane wrócić do zwykłego wczoraj,  które nie różni się od dnia dzisiejszego. Jednak wielu osób oglądanych na zdjęciach nie ma już wśród nas. Miasto jest jak rzeka - wciąż ta sama, choć zmieniają się krople ludzkich twarzy. Jedni umierają, inni wyjeżdżają na zawsze,  przychodzą nowe pokolenia a rzeka miasta trwa jak niekończąca się opowieść.  Detale uchwycone często przez przypadek przemówią kiedyś do tych, którzy przyjdą po nas, ukazując znaczenia, które dzisiaj trudno byłoby przewidzieć. Kiedyś te  zdjęcia zestarzeją sie  i wtedy  ktoś ujrzy na nich twarze osób dawno zmarłych, fragmenty architektury już nie istniejącej, świadectwa spraw przebrzmiałych, pokrytych patyną czasu.

Jest wielką zasługą Bogusława Kuciakowskiego, że zadaje sobie trud prowadzenia tak obszernej dokumentacji. Jego zdjęcia znajdą poczesne miejsce w archiwach i zbiorach bibliotecznych, będąc świadectwem czasu, materiałem źródłowym dla historyków.  Autor mówi, że nie ufa nowym technologiom i większość prac przechowuje w formie papierowej. To prawda, elektroniczne nośniki zapisu zmieniają się szybko. Wszyscy pamiętamy choćby winylowe dyskietki (będące w swoim czasie szczytowym osiągnięciem techniki), a których dziś nie odczyta już żaden komputer.


Wernisaż zorganizowany w gorlickiej MBP zgromadził liczne grono znamienitych gości. Wystawa uświetniła  tegoroczne obchody XIII Małopolskich Dni Książki "Książka i Róża.  Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich to uroczystość, która  pochodzi z Hiszpanii i organizowana jest z okazji rocznicy śmierci Miguela Cervantesa – pisarza uznawanego za twórcę powieści nowożytnej. Cervantes zmarł 22 kwietnia 1616 roku, zaś następnego dnia - 23 kwietnia 1616  zmarł również Wiliam Szekspir - drugi spośród wielkich literatury światowej.

W stolicy Katalonii Barcelonie jest tego dnia zwyczaj wręczania czytelnikom czerwonych róż. 

Można mieć nadzieję, że gorlicka wystawa prac Bogusława Kuciakowskiego spotka się z wielkim zainteresowaniem zwiedzających.

Paweł Nowicki

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

„Drzewa – Cienie - Śnienie” Krzysztofa Ligęzy


10 stycznia 2014 roku w gorlickim Dworze Karwacjanów odbyło się otwarcie indywidualnej wystawy fotografii Krzysztofa Ligęzy[1] pt. Drzewa – Cienie – Śnienie.


            Fotografie Krzysztof Ligęzy, które mogliśmy oglądać w sali im prof. Włodzimierza Kunza powstałe z bacznej obserwacji natury są wyrazem zachwytu i filozoficznego zadziwienia światem. Dzika przyroda w fotografiach artysty jest świadectwem prawdy o ludzkim zadomowieniu w kosmicznym uniwersum, jednak punktem wyjścia jego poszukiwań jest natura - physis. Dramatyzm obrazów Ligęzy budowany jest romantycznym zestawem środków wyrazu. Widzimy kamienne budowle, piorun rozrywający niebo, rwące rzeki, morski brzeg w fazie odpływu, faliste linie skoszonego zboża. Z kolei drzewa związane z pradawnym kultem sfotografowane w podczerwieni ukazują swój niesamowity, widmowy kontur.


            Interpretacje  Krzysztofa Ligęzy przypominają punkt widzenia pierwszych filozofów – presokratyków, dla których jak wiadomo, nie było jasnego rozgraniczenia między tym, co ożywione i tym co nieożywione, podobnie jak pytania o naturę – physis, nie pozostawały w opozycji do sfery, którą dziś zalicza się do tzw. humanistyki. Tales czy Heraklit nie byli naiwnymi fizykami w dzisiejszym pojęciu nauki, lecz stali w obliczu wielkiej tajemnicy - problem natury ludzkiej ukazywał się im na jednym planie z zagadką kosmosu. Płynąca woda, piorun, skaliste wybrzeże, niewiadoma przyczyna przypływów i odpływów morza, budziły lęk i zdziwienie, tak samo jak poczucie przemijania i nieuchronność śmierci. Pytania, które my dzisiaj zwykliśmy rozdzielać, dla Greków zlewały się w  jeden nurt - philosophia  - źródło późniejszej nauki.   

Być może wcześniejsze zauroczenie artysty dorobkiem pisarskim Stanisława Lema[2] koresponduje z jego postawą twórczą, w której podejmując wątki egzystencjalne, rozpoczyna od obrazu świata nauk przyrodniczych.


Krzysztof Ligęza, Delfin

            Jednym spośród pytań, które zadaje sobie K. Ligęza dotyczy kwestii, czym naprawdę jest rzeczywistość dana nam w percepcji zmysłowej. Wiemy, że obraz świata -  taki, jaki się nam przedstawia w codziennym doświadczeniu, z punktu widzenia neurofizjologii stanowi iluzję. Nauka potwierdziła wątek dociekań Demokryta o tzw. jakościach wtórnych. Treści doznań wzrokowych, jak np. barwy nie przysługują rzeczom, lecz są rezultatem pracy naszych zmysłów. Wrażenie czerwieni to rezultat reakcji naszego oka na pewną cechę fal świetlnych odbijanych prze przedmiot, obraz będący wytworem mózgu, który nie jest  „obiektywną” cechą samej rzeczy. Są też procesy tak szybkie, że oko nie rejestruje ich poszczególnych faz, inne zaś tak powolne, że w ogóle nie dostrzegamy ruchu.[3] Rodzi się pytanie, czy obraz wykonany w rezultacie długiego naświetlania, lub stopklatka rejestrująca migawkowy moment procesu - w obu przypadkach wybiegające poza bezwład reakcji ludzkiego oka-  jest bardziej „prawdziwy” niż nasze potoczne widzenie?

Zatem fotografia, która w sposób „mechaniczny” rejestruje to, co nas otacza, jest „odbitką” świata nie mniej prawomocną niż jego obraz,  wygenerowany przez  nasz naturalny aparat percepcji. Bo jaka jest rzeczywistość an sich?  Fotografia pt. Delfin, która przedstawia falę wezbranej rzeki Białej, ukazuje kształt przypominający grzbiet morskiego ssaka. Ale jak „naprawdę” wygląda płynąca woda? Pod mikroskopem byłby to rój molekuł, na zdjęciu wykonanym z satelity ujrzelibyśmy pewnie szarą wstążkę przypominającą... węża?   


            Wiele osób sądzi, że malarz ma większą swobodę kreacji, kiedy rozpoczynając pracę od białego gruntu, stawia pierwszą plamę, nakreśla kierunek… Fotograf wybiera „gotowy” element, „kadrując” zastany kształt świata. Jednak jego twórczość nie polega na prostej produkcji „odbitek”. Sztuka fotografii odzwierciedla selekcjonująco-projektujący sposób funkcjonowania naszych procesów poznawczych – zawsze coś pomijamy, by na tle tego, co aktualnie nieistotne rozpoznać wyraźną, ustaloną strukturę. Z kolei też – jak pamiętamy choćby z psychologii Gestalt – wychodząc z danych nam fragmentów „domyślamy” jakiś dalszy ciąg – formę. Zawsze też  przedmiot, który widzimy w aktualnym teraz, zjawia się potem w aureoli wspomnień, zarazem wychyla się ku przyszłości, a w perspektywie oczekiwania i nadziei jakiegoś dalszego ciągu, istnieje ilekroć go przywołamy.

            Czy w naszym życiu zaczynamy od „czystej powierzchni”, od chwili t.0 ? Przecież będąc już wewnątrz pewnej opowieści, rzuceni w kontekst, zastajemy cele uznane przez innych, albo też natrafiamy na przeszkody, które musimy ominąć lub wkomponować je w treść naszego dalszego życia.


            Oglądając prace zgromadzone na gorlickiej wystawie można dojść do wniosku, że  artyście bliski  jest  barokowy sposób pojmowania sztuki, poznawczy niepokój, gra jawy i snu. Krzysztof Ligęza zdaje się penetrować to, co ukryte pod powierzchnią codziennych doświadczeń;  grę cieni, światło dobywające się zza niedomkniętych drzwi. W jego pracach można dostrzec odwołania  do doświadczeń pisarzy i filozofów -  Pedro Calderona de la Barca i jego dramatu Życie jest snem, Państwa Platona ze słynnym motywem jaskini, a nawet filmu Matrix, wskazującego na metafory sugerujące fikcjonalność świata odbieranego przez zmysły.

Autor przyznaje, że wywodząca się z romantyzmu, dziś popularna poetyka horroru porusza w nim te struny ludzkiej wrażliwości i te obszary twórczej wyobraźni, w których wszystko to, co ukryte, tajemnicze i groźne jest fascynujące, a niekiedy ciekawsze, niż rzeczywistość ukazana w blasku dnia, w spokoju renesansowej symetrii…




Paweł Nowicki







[1]             Krzysztof Ligęza (ur. 1979) – studia na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Praca dyplomowa poświęcona twórczości Stanisława Lema (2004). Mieszka i pracuje w Wyskitnej, do której powrócił po kilku latach pobytu w Wielkiej Brytanii. Ulubionym obszarem autorskich działań twórczych jest krajobraz. Prace Krzysztofa Ligęzy prezentowano na kilku wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce i Wielkiej Brytanii: Obecność pośród nieobecnych (Gorlice, 2013); Kraj-Obrazy (Kraków, 2012); Biennale Fotografii Górskiej (Jelenia Góra, 2012); Romantycznie (Kraków, 2012); Ikonosfera nieoczywistości (Rabka-Zdrój, 2011); Landscape Photographer of the Year 2010 (Londyn, 2010); Wanderlust Travel Photo of the Year 2009 (Londyn i Birmingham 2010).
[2]          Polski genialny pisarz, który w swojej twórczości, wypełnionej rekwizytorium fantastycznonaukowym, poruszał głęboko humanistyczne zagadnienia. Hipoteza naukowa była dla Lema tworzywem, elementem materii literackiej. Pomimo zdeklarowanego racjonalizmu autora w jego pisarstwie można znaleźć miejsca, gdzie trzeźwy naturalistyczny głos narratora, w kontekście hipotez SF, wplata  wątki gnostyczne lub kabalistyczne (np. Profesor Dońda. Pamiętnik znaleziony w wannie zdaje się trawestacją powieści Kafki). Obraz literacki budowany w taki sposób służy intertekstualnej grze z czytelnikiem. Podobną funkcję w twórczości Borgesa pełniła filozofia.
[3]             Clive S. Lewis w jednej ze swych książek domniemywał, że aniołowie żyją pośród nas, tylko, że poruszają się z taką prędkością, iż nie jesteśmy w stanie ich zauważyć.

wtorek, 11 marca 2014

Gorlicka Pecha Kucha Night vol. 2 w MBP


W czwartek 20 lutego w sali Pod sową Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gorlicach odbyła się druga edycja pokazu prezentacji Pecha Kucha, w której prace swe przedstawili Wiktor Myszkowski oraz Tomasz Lenartowicz - uczniowie Zespołu Szkół nr 1 im. Ignacego Łukasiewicza w Gorlicach oraz Bartłomiej Kiełtyka, pracownik gorlickiej MBP. Spotkanie jak zwykle po mistrzowsku prowadziła Magdalena Miller - Dyrektor biblioteki.

Przypomnijmy, że Pecha Kucha to pochodząca z Japonii forma prezentacji multimedialnej, w której prelegent zobowiązany jest w ściśle ograniczonym czasie pokazać i omówić dokładnie wyznaczoną liczbę slajdów. Czas na dyskusję z publicznością z reguły przychodzi na koniec serii prezentacji. Tak było i tym razem, a dodatkowym akcentem na koniec spotkania była wspólna zabawa, do której zainspirował temat pierwszej pracy poświęconej roli weselnego wodzireja. Czy wszyscy wiemy, co to jest i do czego służy chusta Klanza? Jak można urządzić na prawdę elegancki bal, jak sprawić by zaproszonym gościom nie brakło atrakcji aż do późnych godzin nocy?

Temat drugiej prelekcji był bardzie poważny. Pytanie, jak kierować własnym życiem tak, by w optymalny sposób osiągać zamierzone rezultaty, stanowi temat wielu opracowań i naukowych analiz. Młody autor podjął próbę omówienia tej kwestii, posiłkując się przykładami zaczerpniętymi ze swych własnych doświadczeń. Jak się dowiedzieliśmy, sama motywacja nie jest dostatecznym warunkiem tego, by skutecznie działać. Często bywa tak, że chociaż czegoś szczerze pragniemy, mimo braku zewnętrznych przeszkód, nie udaje się nam osiągnąć obranego celu. Oprócz motywacji, (bez której nie do pomyślenia byłby oczywiście jakikolwiek zamiar) potrzebna jest nam także samodyscyplina. Charakteryzując tę ostatnią, prelegent wskazał na sztukę odmawiania. Umiejętność powiedzenia "Nie" różnym złodziejom czasu, pokusom wykonywania czynności zakłócających przyjęty przez nas plan, wydaje się istotniejsza niż najszczerzej deklarowane dobre chęci. Autor zwrócił uwagę również na znaczenie samej formy odmawiania. Zamiast mówić (sobie) "Nie mogę tego robić", powinniśmy wypowiadać stanowczo zdanie "Nie, nie będę tego robił". Badania wykazały, że ta drobna różnica językowa ma kapitalne znaczenie dla zwiększenia samokontroli.

Ostatni z prelegentów uświadomił nam, że jeśli poszukujemy tajemnicy i jeśli ekscytują nas nieznane obszary rzeczywistości, powinniśmy się zwrócić ku temu, co mamy najbliżej – wprost na wyciągnięcie ręki. Często nie zdajemy sobie sprawy, że zwykłe przedmioty, które na co dzień widzimy w zwyczajnych rozmiarach, powiększone, ukazują nieprzebrane bogactwo form

i zagadkowych kształtów. Klucz, końcówka długopisu, czy faktura płótna sfotografowane z odpowiedniego dystansu w dużym powiększeniu zamieniają się przedziwne twory, które potrafią rozbudzać wyobraźnię, a także bywają interesujące jako plastyczne kompozycje.

Warto zwrócić uwagę, że zaprezentowane trzy prace ułożyły się w cykl łączący walory poznawcze, artystyczne a także wychowawcze. Przedstawione przez bardzo młodych ludzi rozważania na temat umiejętności kierowania własnym życiem a także przepisów na elegancką zabawę zdają się godne szczególnego uznania.

Można mieć nadzieję że Pecha Kucha jako nowoczesna forma wypowiedzi spotka się

z szerokim zainteresowaniem zarówno wśród młodszych jak i starszych mieszkańców Gorlic. Być może już wkrótce obie gorlickie biblioteki będą urządzać regularne przeglądy, konkursy....festiwale prezentacji multimedialnych, w których uczestniczyć będą uczniowie szkół ale też osoby doświadczone, które zechcą podzielić się swymi wspomnieniami - zawrzeć w krótkiej sekwencji kadrów opowieść o swoim życiu.

Paweł Nowicki

niedziela, 20 stycznia 2013

Dziedzictwo niesklasyfikowane - wystawa fotografii Bogdana Konopki


Do końca maja w gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów” można oglądać wystawę prac Bogdana Konopki[1], znanego artysty fotografika, absolwenta Wydziału Fotochemii we wrocławskim Technikum Kinematografii. Autor pochodzi z Dynowa na Podkarpaciu, obecnie mieszka we Francji. „Dziedzictwo niesklasyfikowane” - taki nieformalny tytuł nadał Bogdan Konopka serii swoich prac, która obejmuje obrazy uchwycone podczas jego częstych pobytów na Ziemi Gorlickiej i ukazuje miejsca, budowle i wnętrza szczególnie naznaczone doświadczeniem przemijania i upływu czasu. Widzimy opuszczone gorlickie kino, zdewastowane hale fabryczne, resztki  łemkowskich wsi.
            Fotografię zwykło się utożsamiać z łatwą techniką mechanicznego zapisywania obrazów,  z prostym odwzorowaniem przedmiotów, przy którym artysta pełnić może zaledwie rolę drugorzędną. Autorowi zdjęć pozostaje wybór tematu, ustawienie parametrów, w końcu selekcja uzyskanych rezultatów, jednak zgodnie z powszechnym mniemaniem – fotografia „robi się sama”. Niewątpliwie fotograf pracuje inaczej niż rysownik lub twórca akwaforty, jednak oglądając prace Bogdana Konopki można odnieść wrażenie, że na fotografie, które mamy przed sobą, powinniśmy patrzeć przede wszystkim jak na  dzieła grafiki - zrealizowane poprzez wytrawianie światłem. Te niewielkie obrazy w odcieniach szarości, niekiedy zamglone wywołują nastrój nostalgii, ewokują spokój. Ich ściszony kontrast powoduje, że niekiedy wyglądają skromnie, przynajmniej na tle nowoczesnych - atakujących nas zewsząd przekazów medialnych. Jednak surowość, dyscyplina i pewien minimalizm prac Konopki  ukazują dostojeństwo prawdziwej grafiki. Z reguły Artysta nie przedstawia ludzi, jednak w jego pracach zjawiają się ludzkie wytwory. Obecność przedmiotów, miejsc w których tętniło życie - teraz opuszczonych, zdaje się narzucać przejmującym milczeniem. W przestrzeniach szarości na pozór nic się nie dzieje. Zamglenia, rozproszone światło są niczym obrazy wydobyte z dna pamięci, jak scenerie snów. Zdaje się, że bohaterem każdej z fotografii jest miejsce, tj. bardziej miejsce niż wybrany pojedynczy przedmiot. Artysta - jak sam wyznaje - ma na celu uchwycenie ducha tego miejsca. Mówi, że każde ujęcie robi tylko raz, i jeśli się nie uda, nie ponawia próby. Prace zaprezentowane na obecnej wystawie, Autor wykonywał tradycyjną kamerą, stosując długi czas naświetlania. Taka technika, jak mówi, wymaga cierpliwości, zarazem ustanawia szczególną więź między artystą a wybranym miejscem.
Na zdjęciach Konopki przedmioty uchwycone są w ich dyskretnym  trwaniu,  jak gdyby samo „istnienie” dało się uzmysłowić jako pewna czynność. To, że nic się nie dzieje, potęguje tylko nawarstwienie znaczeń. W statycznych przestrzeniach tych szarych fotografii jak w lustrze stojącej wody odbija się obraz utrwalonej chwili.
            Autor mówi, że jego małe obrazy są jak studnie – pułapki, w które wpaść może odbiorca, gdy spojrzy uważnie w ich subtelna głębię. Gdy skupimy uwagę i zdołamy wniknąć w głąb małej powierzchni, nie możemy się oprzeć magicznej wprost sile, z jaką przyciąga nas gąszcz narastającego detalu. W końcu gubimy się w nim jak w labiryncie. Kto nieuważnie przebiega wzrokiem po tych zdjęciach, pewnie ujrzy zaledwie niewyraźny pejzaż lub walorowy ornament.
Artysta wyznaje pogląd, że w fotografii kolor jest zaledwie anegdotą, że tak naprawdę liczy się kompozycja kadru, struktura przedmiotu i światło. Można się z tym nie zgadzać, jednak poziom prac Bogdana Konopki w pełni uzasadnia taki autokomentarz.  Artysta mówi, że dzisiejsza technika sprzyja dewaluacji barwy. Ekran komputera, wyświetlacz telefonu w końcu okładki czasopism czy wielkie bilbordy niosą te same kolory - poprawne ale jednakowo zdefiniowane, przez co jednostajne i nie mniej nudne niż szary uniform. Tak, jak wszechobecna jazgotliwa muzyka nie zna dostojeństwa ciszy, w której dałoby się usłyszeć szelest odwracanej partytury, podobnie agresywny kolor w istocie zabija  naszą wrażliwość.  
Patrząc na zdjęcia Bogdana Konopki przypomina się łagodny spokój odbicia w wodzie, jaki pamiętamy na słynnym obrazie Vermeera ukazującym panoramę Delft. Wydaje się podobne to studium konkretu - uważne zapatrzenie rejestrujące niepokój doświadczenia chwili, długą pauzę, mgnienie poza czasem.

                                                                                                                      
                                                                            Paweł Nowicki
                                                                           Gorlice, maj 2012

Tekst ukazał się rzeszowskim Kwartalniku FRAZA, 2012, 3



[1] Bogdan Konopka, ur. 27 lipca1953 roku w Dynowie - fotograf, krytyk jest absolwentem Wydziału Fotochemii we wrocławskim Technikum Kinematografii.  Jest jednym z głównych twórców nurtu tzw. fotografii elementarnej, której program opracowywał w latach 1982-1985 przy galerii Foto-Medium-Art we Wrocławiu. Od 1989 r.  mieszka i pracuje we Francji. Był laureatem Grand Prix de la Ville de Vevey w Europejskim Konkursie Fotografii (1998 r.). Został stypendystą Pro Helvetia (Szwajcaria 1993 r.), Miasta Paryż (1994 r.), Ambasady Francuskiej w Pekinie (2005 r.), Instytutu Kultury Francuskiej w Rumunii oraz na Białorusi (w latach 2000 i 2004). Na stałe współpracuje z polskimi pismami o sztuce: "Format" i "Kwartalnik Fotografia". Jest autorem ekspozycji "Szary Paryż" (2000 r.) w Instytucie Polskim w Paryżu oraz "Miasto Niewidzialne" (2003 r.) w Centrum Pompidou.

czwartek, 22 listopada 2012

O wystawie malarstwa i fotografii Stanisława Hübnera


Akwarele i fotografie Stanisława Hübnera pełne motywów rodzimego pejzażu zdają się składać w prawdziwy poemat o Ziemi Gorlickiej. By się przekonać o wielkim walorze  twórczości Artysty, należy koniecznie zwiedzić wystawę, która  czynna jest do końca listopada w Dworze Karwacjanów. Pośród wielu prac odnajdujemy panoramę Gorlic z charakterystyczną sylwetką kościoła. Szare barwy i nagie gałęzie drzew pozwalają sądzić, że na obrazie jest jesień albo wczesna wiosna. Na szczególną uwagę zasługuje akwarela z lat 90 tych, na której widzimy drewniany dom z czapami śniegu w ostrym słońcu stycznia. Jeśli wiele innych obrazów Autora charakteryzuje się swobodnym potraktowaniem szeroko rozlanej plamy, tu spotykamy się z mistrzowską  precyzją uchwycenia i konstruowania detalu. Widzimy misternie narysowaną kratkę gałązek, z których każda świeci i każda ukazuje swój ma swój błękitny cień. Aż nie chce się wierzyć, że można było z taką dokładnością osiągnąć ten efekt. Jak wiadomo, w akwareli nie ma czasu na poprawki a wiele decyzji artysta musi podjąć momentalnie. Właściwie niczego nie da sie już „przemalować”.
Bo na prawdę rzeczywiste wydaje się to, co  dzieje się teraz -  w trakcie pobieżnego szkicowania, kiedy wiadomo, że nie będzie już następnego razu. Trochę tak jak w życiu.  
Na zdjęciach, zaprezentowanych na wystawie Artysta ukazuje miejsca i postacie utrwalone  w jednym mgnieniu oka. Letnie słońce i śnieg sprzed ćwierćwiecza, wóz, który stoi tuż nad brzegiem rzeki, dzieci rozbawione przed wiejską chałupą -  zdają się patrzeć na nas niczym spod werniksu. Każdy z tych obrazów zdaje się rozpoczynać jakąś opowieść – tu niedokończoną, której akcja potoczyła się zapewne jakimś swoim torem. Te z pozoru proste czarno-białe zdjęcia, w których przejawia się malarskie mistrzostwo budowania kadru są jak słowo poezji - dyskretnie promieniujące. Widzimy przeszłość - choć niezbyt odległą - jednak już zamkniętą jak owad w bursztynie, ponieważ tylko oko prawdziwego artysty potrafi przemieniać naszą codzienność w mit.
Wystawę prac Stanisława Hübnera w Dworze Karwacjanów zwiedzać można do 28 listopada.

Paweł Nowicki