środa, 26 czerwca 2013

Imre Kertésza Los utracony




Temu, kto nie ma wyrobionej opinii o literaturze węgierskiej proponuję by studia nad nią rozpoczął od lektury powieści Imre Kertesza. Jego „Los utracony” to naprawdę książka z najwyższej półki.

Oto przed nami opowieść młodego chłopca, Żyda z Budapesztu, który przeżył koszmar niemieckich obozów koncentracyjnych. Relacja pozbawiona patosu, daleka od moralizmu i jeśli ją czytać uważnie, autor co krok podkreśla subiektywny i wyrywkowy charakter swoich obserwacji jak gdyby pisał reportaż z pobytu w osobliwym miejscu. W przeciwieństwie do znanych z literatury polskiej obrazów wojny i holocaustu – Różewicza, Nałkowskie, j nie znajdziemy tu wątku martyrologii. Może najbliższa wydawać by się mogła wizja Tadeusza Borowskiego ale i tak porównanie to, nie jest adekwatne. Książka Kertesza w swej głębszej warstwie zawiera przesłanie metafizyczne i trzeba ją czytać mając w pamięci powieści Franza Kafki. Mamy więc skrupulatny opis zdarzeń, z którego powoli i bardzo dyskretnie wyłania się mroczna metafora tragizmu ludzkiej egzystencji.

Bo co nam przypomina sytuacja bohaterów, w której każdy spośród aresztowanych snuje naiwne przypuszczenia - gdybym nie poszedł tą ulicą, gdybym się nie spóźnił do odjeżdżającego tramwaju, w sytuacji, gdy wiemy, że przecież wszyscy byli z góry skazani i jednakowo pozbawieni szans. Później, perfidnie zorganizowany świat obozu nie od razu ukazuje więźniom swoją grozę. Daje nawet obietnice, że da się w nim jakoś żyć. Autor mówi nam o powolnym działaniu czasu, sile przyzwyczajenia pozwalającym człowiekowi żywić nadzieję, podtrzymywać iluzje. Widzimy stopniową przemianę zdrowych ludzi w półżywych nędzarzy, powolne umieranie.

Czy obóz staje się w książce Kertesza uniwersalnym symbolem...?


- (...) wszędzie, nawet w obozie koncentracyjnym , bierzemy się najpierw do nowych spraw w dobrej wierze – przynajmniej ja tego doświadczyłem; na początku trzeba być dostatecznie dobrym więźniem, a resztę przyniesie przyszłość (...)

- „Ale samobójstwa zdarzały się rzadko, w żadnym wypadku nie były regularne ani w żadnym razie typowe, to przyznawali wszyscy. Do moich uszu też docierały wieści o jednym czy drugim takim wydarzeniu, słyszałem, jak ludzie dyskutowali, wymieniali na ten temat poglądy, niektórzy z jawna przygana, inni z większym zrozumieniem, znajomi z litością – ogólnie jednak zawsze w taki sposób, w jaki człowiek stara się odsądzić nader rzadki, daleki od nas, w pewnym sensie trudno wytłumaczalny , może trochę lekkomyślny, może trochę godny szacunku, ale na pewno zbyt pochopny postępek.” (...)


- „Rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna zmiana, i to zwłaszcza w osobach postronnych, a więc w ludziach z fabryki, naszych strażnikach, a głównie w niektórych funkcyjnych w obozie; zauważyłem mianowicie, że stali się inni. Na początku nie bardzo wiedziałem, jak mam to sobie wytłumaczyć; wszyscy jakoś wypięknieli, przynajmniej w moich oczach. Dopiero potem zrozumiałem, ze to my musieliśmy się zmienić, oczywiście, tylko to było mi trudniej dostrzec. –


(...) „Dopiero wtedy zrozumiałem, ze czas niekiedy zawodzi nasz wzrok, jak się wydaje. Tak samo musiał umknąć mojej uwagi ten proces – choć w rezultacie bardzo wymierny – dotyczący całych rodzin, na przykładzie rodziny Kollmanów. (...) Było ich trzech; niski, łysy ojciec i dwóch chłopaków, większy i mniejszy (...) Oni zawsze trzej chodzili razem, jeśli to było możliwe ręka w rękę (..) Otóż po pewnym czasie zauważyłem, ze ojciec zostaje w tyle i synowie muszą mu pomagać, ciągnąć go za sobą, trzymając za ręce. Znów upłynął jakiś czas i nie było już z nimi ojca. Wkrótce większy musiał tak samo za sobą ciągnąc mniejszego. Później ten mniejszy także zniknął i w końcu wlókł się już tylko większy, a ostatnio jego też nigdzie nie widzę”. (...)

- „I na darmo wszystkie przemyślenia, zrozumienie, trzeźwy rozsądek, i tak nie mogłem opacznie zrozumieć jakby wstydzących się swej niedorzeczności, a jednak wciąż uparcie powracających słów skrytego pragnienia; chciałoby mi się jeszcze trochę pożyć w tym pięknym obozie koncentracyjnym.” (...)

- „Gdyby nie było tej chronologii, i gdyby cała wiedza runęła nam na głowę od razu tam na stacji, to może nie wytrzymałaby tego ani głowa, ani serce (...)”

Rozwinięcie kafkowskiego tropu zarazem więcej wątków filozoficznych znajdzie czytelnik także w innej książce I. Kertesza: Ja, inny. Kronika przemiany.





     Paweł Nowicki



Imre Kertész, Los utracony, tłum. Krystyna Pisarska, Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2002. Literacka Nagroda Nobla 2002

środa, 24 kwietnia 2013

Andrzeja Bobkowskiego „Punkt równowagi”, "Szkice Piórkiem"

-->
Twórczość Andrzeja Bobkowskiego należałoby zapewne postawić obok dorobku takich pisarzy polskich, jak Gustaw Herling Grudziński, Witold Gombrowicz albo Czesław Miłosz. Ci wielcy mistrzowie żyjąc na obczyźnie, kreślili obraz świata dany w perspektywie uchodźcy zatroskanego o własną ojczyznę  ale także o los części świata będącej nosicielem i depozytariuszem systemu wartości, któremu pozostawali wierni. Wygnańcy z rodzinnego kraju potrafili to, co narodowe ukazać w kontekście światowym a swemu osobistemu doświadczeniu nadać wymiar uniwersalny. Wolni od presji totalitarnych reżimów, trafnie formułowali diagnozy odzwierciedlające kondycję duchową człowieka współczesnego świadomego zagrożeń nadchodzącego nowego barbarzyństwa..

Bo to co Brugmans powiedział o Europie, mogę powiedzieć o sobie: jestem człowiekiem cywilizacji niekonformistycznej, człowiekiem będącym w ciągłej walce samym sobą, człowiekiem, który żadnego pewnika nie przyjmuje za prawdę, jeżeli nie odkrywa jej bezustannie na nowo.

Utwory zawarte w omawianym tomie są pełne żywego konkretu. Czujemy gorąco skał, zapach igliwia, słyszymy szum morza. Bobkowski po mistrzowsku maluje paryski pejzaż - widok z okna mansardy, zarosły zielskiem pałac. Jednak wszystkie te elementy obrazu literackiego zdają się dekoracją, przez którą prześwieca tajemnica ludzkiej egzystencji, tłem losów postaci poszukujących prawdy i dających dowody wierności samym sobie. Bohater Bobkowskiego podobnie jak herbertowski Pan Cogito jest dziedzicem antyku, chrześcijaństwa, nowoczesnej Europy. Starannie wykształcony,  jest jednak daleki od pustego epatowania erudycją. Przywołane prze autora motywy, symbole i świadectwa historii służą mu  jako rekwizyty, ukazujące wewnętrzny niepokój kultury Zachodu. Tak jest niewątpliwie w opowiadaniu Nekyia,  metaforycznie ukazującym ponadpokoleniową dyskusję, w której narrator zdaję się świadkiem a równocześnie równoprawnym uczestnikiem.

Zachód to my. Niezdecydowane dobro i niezdecydowane zło. To także resztki wspaniałej syntezy Grecji, Rzymu i Chrystusa, z której pozostano kilku coraz mniej zrozumiałych Greków, olbrzymi tłum zmaterializowanych patrycjuszy i pogańskiej hołoty z Suburvy oraz paru chrześcijan wyznających tę religię do granic własnej wygody (…)

Autor formułuje wypowiedzi, które w swej zwięzłości zdają się przypominać aforyzmy. Mniemam, że przytoczenie kilku z nich najlepiej posłuży czytelnikowi za rekomendację książki. 


Człowiek, istota nieznana, ten człowiek, o którym  Carrel mówi, że to, co nie daje się wymierzyć, jest w nim ważniejsze od tego, co daje się zmierzyć – tern człowiek wywraca ci ciągle obliczenia.

A w tej produkcji i konsumpcji, podniesionych do rzędu metafizyki, gdzie o maszynach mówi się, jak o żywych, a o żywych, jak o maszynach, krąży biedny człowiek, ta istota nieznana, i nie wie, co ma zrobić w sobie z tym wszystkim, czego nie można  w nim zmierzyć. 

Człowiek jest dla ciebie wyłącznie plasteliną, z którą robisz, co chcesz i którą pocieszasz, ze jak ja zużyjesz, to z następnej cegiełki już na pewno ulepisz to, co chciałeś.  

Chciałbyś myśl zmienić w jakieś perpetuum mobile i pragnąłbyś zatrzymać życie, aby „policzyć szprychy koła w ruchu”, jak pisał Flaubert w jednym ze swoich listów dla mnie jest to mrzonką, w której kryje się śmierć wszystkiego, co nazywamy życiem.

Znamienna wydaje się, zawarta w tytułowym opowiadaniu wzmianka o świetlikach. Niezawiniona śmierć owadów, które giną masowo na oczach bohatera, daje się odczytać jako riposta na tyradę,  którą Gombrowicz wygłasza na kartach swojego Dziennika. Autor Ferdydurke ubolewa - jak pamiętamy - nad hekatombą żuków, które przewracane przez wiatr i palone słońcem, giną na tysiącach kilometrów atlantyckiej plaży. Narrator w opowiadaniu Bobkowskiego wyznaje, że usiłował pomagać, po czym stwierdza bezsens starań i w końcu mówi o problemie ilości… Bohater omawianego utworu nie unosi się pychą i nie próbuje brać na siebie odpowiedzialności za cały świat, co nie znaczy, że cierpienie owadów jest mu obojętne. Pojmuje jednak, że nie on im dał im życie i nie on przewidział cykl ich umierania. Dlatego nawet nie przyznaje się przyjacielowi do swojej słabości (współczucia) i dyskretnie zbiera do pudełka gasnące drobiny. Cóż można więcej… na tym świecie… Czy istnieje dusza - tak, jak  żuk w pudełku w słynnym przykładzie Wittgensteina jak i  czyjeś cierpienie – doświadczenie najbardziej własne, stanowiące dowód realności ja? Coś jednak zdaje się przeświecać, coś gasnąć.  Bez deklaratywnych tez modnego wówczas egzystencjalizmu, Bobkowski jest wyczulony na los istnienia poszczególnego - właśnie na mocy tradycji i jakoś prywatnie, a nie „w sensie Sartre’a albo Heideggera”. Bobkowski nie pisze o tym wszystkim wprost. W Szkicach Piórkiem wspomina, że dobra literatura ma być jak granat, który ma eksplodować  z opóźnieniem w umyśle czytelnika. Niechętny egzaltowanym przyjaźniom, o pracy pisze w duchu Arystotelesa, a w jego ocenie cywilizacji europejskiej pobrzmiewają wyraźnie konserwatywne echa conradowskiej Placówki postępu. Poczucie wyższości wobec tych, którzy maszynę „niszczą w ciągu dwudziestu czterech godzin, po czym naprawiają przez dwadzieścia lat”, pozbawione jest złudzeń, nadziei jakiegoś „absolutnego” uzasadnienia.    

O jakie granice panu chodzi? Jeśli dobrze zrozumiałem…
O granice pewnej moralności (…) zdewaluowanej, ale moralności. Tej dewaluacji nie należy przyspieszać, a w każdym razie nie powinniśmy tego robić my.”


Na koniec jeszcze bardzo wymowny fragment ze Szkiców Piórkiem A.  Bobkowskiego:

„Otóż cały ten świat (…) rozpoczął grę prawie w tym samym czasie. Do banku wpłaciło trzech partnerów – każdy pokaźną sumę. To były wpłaty grecka, rzymska i chrześcijańska. Ale każda z tych wpłat, równa co do wartości wpłacona została w innej walucie. Uważaj: Grecy wpłacili pojęcie człowieka i rozum, (…) Dzięki temu stworzyli teorię. (…) Rzymianie wpłacili praktykę, a w niej głównie prawo i naukę o jego poszanowaniu. A teraz na odmianę wyobraź sobie ten świat jak termometr z podziałką. Grecy i Rzymianie wpłacili swoje stawki poniżej zera. Panował mróz. To wszystko było zimne pomimo usiłowań wielkich filozofów, którzy czuli ten chłód, ale nie potrafili z niego wyjść i nie potrafili ogrzać temperatury świata, bo brakło im – pomimo wszystko – poczucia człowieczeństwa.
(…)
                      I nagle w tym miejscu, w którym na termometrze jest czerwona kreska, rodzi się Chrystus. Temperatura od razu wzrasta, bo z jego narodzeniem rodzi się dopiero prawdziwy człowiek. On i jego uczniowie niosą słowo o nowym człowieku, o  jego życiu doczesnym i życiu duszy, o wieczności. Dopiero ten człowiek zaczyna mieć prawdziwe poczucie godności ludzkiej.
                     (…)
- Grecja wpłaca do banku rozum, poszukiwanie prawdy, walkę z ciemnotą, przesądami,  fanatyzmem. Pozwala on ludziom porozumieć się, stwarza dyskusję. Rzym dorzuca prawo, naukę o prawach i obowiązkach; zaś chrystianizm odróżnienie życia doczesnego i życia wiecznego, pojęcie godności osoby ludzkiej, jej wartość nie tylko użytkową. Wytycza on wreszcie granice władzy państwa nad człowiekiem.
(…)
Bobkowski konkluduje, że cechą tego,
co nazwano totalizmem, to znaczy, w sumie, absolutne i zupełne zaprzeczenie wartości tych trzech wielkich wpłat. Dla totalizmu nie ma nic nietykalnego, a ty jako człowiek, zależnie od twoich umiejętności, nie jesteś przede wszystkim Tadziem, lecz tylko łopatą, kilofem, śrubokrętem, pilnikiem i tak dalej. Ludzie tacy,  jak ja są tam tylko piórem, pędzlem, płytą gramofonową albo w ogóle - i najczęściej kataryną. Można z nimi robić, co się chce. Los ich i życie zależą od jakiegoś centralnego wykresu i wykres ten dyktuje, czy ludziom tym ma być gorzej lub lepiej.

Jest zastanawiające, że Bobkowski, którego należy umieścić w szeregu czołowych Polskich pisarzy emigracyjnych, nadal jest tak mało zanany a jego książki nie spotkały się z tak wielkim rezonansem jak dzieła Miłosza albo Gombrowicza.



      
Paweł Nowicki   

Andrzej Bobkowski,  Szkice Piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011
Andrzej Bobkowski,  Punkt równowagi, Wydawnictwo Literackie 2008

niedziela, 17 marca 2013

Czy artysta może abstrahować od tego, co widzialne?

-->
Oto ludzie wędrują aby podziwiać szczyty gór, wysoko wzniesione fale morza, szeroko rozlane rzeki, ocean otaczający ziemie, obroty gwiazd. A obok siebie samych obojętnie przechodzą.  
                  Św. Augustyn, Wyznania


                   Jeśli wyłączyć kreacje konceptualizmu, rzadko się zdarza, by autokomentarz artysty odgrywał tak istotną rolę w recepcji utworu, tak jak ma to miejsce w przypadku prac Teresy Anny Ślusarek*. Kiedy oglądamy serię obrazów zaprezentowanych w kameralnej gorlickiej galerii Dwór Karwacjanów, moglibyśmy się zgodzić, że to, co autorka mówiła tam na temat genezy swych grafik, mogłoby stanowić rozszerzony tytuł  ekspozycji – długą formułę, dookreślającą jej sens (z reguły tytuł zamyka się w jednym zdaniu). Jak się dowiadujemy, źródłem inspiracji do powstania prezentowanego cyklu prac było doświadczenie gór. Artystka ma za sobą trudny trening wspinaczkowy, polegający na pokonywaniu wysokości z opaską na oczach. Nie widząc niczego dookoła, zdana jedynie na dotyk i pochodzący z własnego wnętrza zmysł równowagi, musiała sobie radzić w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Tak rodziły się jej doświadczenia przestrzeni, chłodu i porowatości skał.
                   Fryderyk Nietzsche pisał o radosnej ślepocie, która nielicznym pozwala bezkarnie chodzić na skraju przepaści. Prawdą jest, że na wysokości wzrok bywa wątpliwym doradcą. Ograniczenie, zawężenie pola percepcji dodaje odwagi, a nadmiar „wiedzy” bywa niekiedy ciężarem. Być może interpretując prace Teresy Ślusarek, należałoby mówić o problemie przekładu wrażeń dotykowych na doznania wzrokowe. Czy prace wystawione w gorlickim Dworze Karwacjanów są obrazami „czegoś”? Czy artysta może zupełnie abstrahować od tego, co widzialne? Czy analizując grafiki Teresy Ślusarek, można widzieć w nich bliskie surrealizmowi projekcje, których tworzywem – „źródłem twórczej energii” – jest głębia psychiki i wyobraźnia aktywizowana w stanach ekstremalnych?
Prace, które można było oglądać na gorlickiej wystawie, cechuje umiar, wielka równowaga. Jest w nich coś sakralnego, coś z ładu katedry –  podobieństwo widoczne w przenikających się kolistych motywach, które tworzą harmonijny rytm (Pejzaż fraktalny). Mimo ascetycznej wręcz oszczędności koloru zdają się być prześwietlone zagadkowym blaskiem. Może to skojarzenie wyda się odległe, ale prace Ślusarek przypominają mi unizm prac Marii Jaremy. Cienkie paski papieru nałożone na podmalowane tło tworzą kolaże o falistej, koronkowej strukturze. Koła, powtarzające się w kilku kompozycjach, mogą sugerować tajemniczy mechanizm, zegar, kompas – archaiczne dziś urządzenia, służące orientacji w czasie i przestrzeni, gdy zawodzi wzrok.
              Przypominają się ironiczne wobec uroszczeń rozumu zegary surrealisty Man Raya, które mierzą osobliwy czas na wyspie własnego „ja” – dokładny, ale nieprzystający do kosmicznego uniwersum. Kto stawia czoła nieznanemu, ten wyznacza swój czas, którego właściwą miarą jest moment podjęcia decyzji. Oczywiste więc zdają się symboliczne egzystencjalne podteksty – nasze życie ukazane jako heroiczna wspinaczka wbrew prawom grawitacji, na tle zimnej i obojętnej materii bytu. Kamień z matematycznym porządkiem swych krystalicznych form i nawet świat roślin są obce człowiekowi. Stanowią tło, które nawet piękne, nie daje pocieszenia.
          Jedna z prac ukazuje formę, przypominającą negatyw źrenicy, w innych można domyślać się struktur kamienia, odcisków pradawnych organicznych form, powidoku lasu w oddali, poniżej skalistych turni. Posiatkowane zarysy zboczy, obok czarne głębie – to jak gdyby mapa obszarów niepewności, przestrzeni odczuwanej na odległość ręki, chwiejnej równowagi stopy. Może to obraz fisis, zanim ukazała się jako eidos? Co widzimy, gdy, zamykając oczy, próbujemy wyobrazić sobie grecki apeiron, kosmos albo nieskończoną dal? Czym różnią się od siebie wszystkie te otchłanie? Czy można je wyrazić jednym pojęciem? Jaki obraz towarzyszy niewiedzy na lekcji matematyki? Czy mamy przed oczyma tę samą czerń tablicy z zaciekami kredy i szare linie biegnące donikąd? Chwytamy się brzytwy, pisząc n+1 i krok po kroku wspinamy się w ciemność.
Oglądając prace Teresy Ślusarek przypomniałem sobie rozważania Joachima Rittera, który nawiązując do Jakuba Burckhardta, pisał o wspinaczce Petrarki na szczyt Mount Ventoux (Studia z filozofii niemieckiej, t. 2, Szkoła Rittera pod red. Stanisław Czerniaka i Jarosława Rolewskiego, Toruń 1996). W czasach Petrarki nie znano estetycznej wartości górskiego pejzażu. Nawet kilka wieków później podróżujący przez góry zasłaniali okna swoich karet, nie chcąc patrzeć na budzące zgorszenie wybryki natury, skalne rozpadliny nieuporządkowane ludzką ręką. Ritter powołując się na Schillera i Simmla rozwija myśl, że sztuka średniowiecza nie znała estetycznej autonomii pejzażu, który pełnił wówczas inną rolę niż dziś. Autorzy eposów rycerskich pisząc o cnotach dzielnych bohaterów, nie przywiązywali wagi nawet do pór roku. Dopiero u schyłku tej epoki filozoficzna myśl Ockhama – nominalizm – porzuca uniwersalistyczny punkt widzenia i przydaje znaczenie temu, co jednostkowe. Tak ówczesna nauka odkrywa świat doczesny i przyrodę jako zespół empirycznych faktów.
Petrarka stara się usprawiedliwić swą wspinaczkę, by nie być posądzonym o bezbożną ciekawość, czy chęć pustej rozrywki. Powołuje się na znalezioną w pismach Liwiusza wzmiankę o Filipie, królu Macedonii, który miał wspiąć się na tesalski Haimon w nadziei, że z jego szczytu ujrzy równocześnie dwa morza: Adriatyckie i Czarne. Zabiera ze sobą na wyprawę Wyznania św. Augustyna, w których natrafił na fragment, przytoczony przeze mnie motcie tekstu. Za myślą Platona wierzy we wznoszenie się duszy, która odrywa się od cielesności i podąża ku Bogu. Nie wsłuchuje się w głos natury, nie podziwia rozpościerających się przed nim widoków, całą uwagę poświęca doznaniom wewnętrznym.
Pamiętamy z nauki Platona, że dusza ludzka, uwięziona w ciele, miała za zadanie podążać wzwyż, ku Idei Dobra. Więźniowie jaskini jak czytamy w Polis mieli się wspinać ku prawdziwemu światłu, które nie jest jasnością odbieraną przez zmysły. Gdy w czasach nowożytnych odeszła w niepamięć idea duszy świata, a kosmos stał się domeną nauk ścisłych, symbolika przyrody odnalazła azyl w literaturze i sztuce. Pejzaż obraz przyrody zjawia się tam jako synteza, przedmiot estetyczny. Nauka ukazuje nam świat poprzez ilość – z punktu widzenia fizyki nie istnieją barwy, a tylko częstotliwości światła wyrażone w liczbach. To co odbieramy zmysłami jako obraz makroświata, uważa się za złudzenie, które uczony odruchowo koryguje, poddając je stosownej reinterpretacji. Nie ma zatem żadnego „wschodu słońca”, już w szkole dowiadujemy się, że „tylko tak widać”, a naprawdę Ziemia się porusza.
Platonizm, na pozór tak odległy, konsekwentnie odwracał się od świata zmysłów, postrzegając go jak grę pozoru i zalecał szukanie prawdy we wnętrzu człowieka. Wiedzę matematyczną, którą ogarniamy rozumowo, przedkładał ponad doświadczenie. W tym sensie, to, co jest dane zmysłem wzroku, poniekąd nie istnieje. Co zatem widzimy? Czyż nie to, czego nas nauczyli widzieć malarze? Jak pejzaż, który nie istniał, zanim nie pojawił się koncept perspektywy. Widok natury z określonego punktu, utrwalony przez artystę, może być sposobem wyrażania i manifestowania ważkich prawd. Fakt, że ktoś się zatrzymał w określonym miejscu, że nadal tam stoi i przygląda temu, co widzi, zawiera skomplikowane presupozycje. Człowiek ten bowiem ma, najwyraźniej, pod dostatkiem wolnego czasu, nie myśli o Bogu i nie śpieszy innym z pomocą. Inaczej niż ci, którzy krzątają się na wielkim targu rybnym, nieświadomi tego, że ktoś na nich patrzy, zbyt zajęci swoimi pracami, by nadać nazwę epoce, w której żyli. Proust pokpiwał złośliwie z filistrów Verdurinów, którzy zapraszali gości do ogrodu w specjalnie zaprojektowane miejsca widokowe. Petrarka wspinając się na szczyt, spotyka po drodze pasterzy, dla których góry były po prostu miejscem ciężkiej pracy.
Kicz, o którym wiemy, że pojawiał się w okresie romantyzmu, w swych najbardziej znanych nadużyciach karmi się motywami górskiego pejzażu. Biedne rogate zwierzę porykujące na tle świtu lub zachodu słońca wśród skał przeszło do historii, stając się synonimem bezguścia. Nie można dziś tak po prostu zaufać uczuciom, dać się nieść temu, co „widzimy”. Trzeba zanegować naiwność spojrzenia, pamiętać o tym, że oko widząc, nie widzi samego siebie, pamiętać o tym, że, aby zrozumieć swoją sytuację, musimy choć na chwilę zawiesić sąd o tym, co postrzegamy. Dlatego bliżej ukrytej przed nami prawdy jest artystka, kiedy (pomijam efekty warsztatowe) ukazuje swoisty negatyw, obraz własnego wnętrza, niż gdyby nam pokazała nastrojową panoramę gór.
Dzika przyroda stała się atrakcyjna wtedy, kiedy człowiek znudził się własnymi wytworami. Dzieła człowieka, cywilizacyjne obiekty i systemy kontroli są współcześnie odczuwane jako niemniej groźne od żywiołów natury. Przyroda zmieniła swą tożsamość, jest  traktowana jako swoisty azyl dla ludzi. Jej ochrona wymaga nakładów, natura staje się quasi-towarem – „parkiem krajobrazowym”, i korzystanie z niej nie jest już darmowe, nawet kiedy nikt od nas nie żąda biletu za wstęp do lasu czy na górskie szczyty. Dziś uciekając od cywilizacji, tak naprawdę podążamy w głąb siebie. Kultura zawłaszczyła teraz nawet to, co „inne” – przyrodę, swe dotychczasowe ograniczenie, albo obcowanie z nią – jak w przypadku grafik Teresy Ślusarczyk – przenosi nas w intymny obszar świadomości, w sferę fizycznych i mentalnych doznań, w domenę wyobraźni. Autorka mogłaby nam przywieźć ze swych wspinaczek serię „ładnych” zdjęć lub poironizować na temat turystyki w stylu pop jak Duane Hanson.
Tyle pytań wywołuje ta gorlicka wystawa, tyle otwiera widoków


Paweł Nowicki


Tekst opublikowany w rzeszowskim kwartalniku FRAZA nr 4 (78) 2012 http://fraza.univ.rzeszow.pl/index.php




* Od 5 października 2012 roku w gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów” w sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego można było oglądać grafiki  Teresy Anny Ślusarek. Ur. w 957 r. w Kielcach artystka jest absolwentką Instytutu Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Dyplom z grafiki warsztatowej uzyskała w pracowni prof. Ryszarda Osadczego w 1983 roku, zaś  doktorat na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach Filia w Cieszynie w roku 2003. Prowadzi pracownię grafiki w Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Prezentowana wystawa jest dziesiątą w jej dorobku. Artystka uczestniczyła w wielu wystawach zbiorowych i konkursach w kraju i za granicą (m.in. w Portugalii, Egipcie, Tajlandii, Bułgarii, Macedonii). Obok grafiki uprawia fotografię i rysunek.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Czytając Ganek Artura Olechniewicza

-->



               Akcja powieści Artura Olechniewicza rozgrywa się współcześnie. Szereg odniesień regionalnych oraz liczne elementy rodzimego pejzażu, do których autor zdaje się mieć stosunek bardzo osobisty powoduje, że książka wprowadza czytelnika w realistyczny, a zarazem lirycznie nacechowany obraz Rzeszowszczyzny. Tytułowy Ganek to nazwa miejscowa. Chodzi o charakterystyczną skałkę w pobliżu Zagórza – tło wakacyjnych przygód bohatera, których pamięć powraca w powieści niczym nostalgiczny refren. Obraz przedwojennego bieszczadzkiego kurortu, zjawiający się we wspomnieniach jednej z postaci, dopełnia wizerunku miejsca, nadając mu historyczną głębię. Opowieść starszej pani, która przywołuje czasy swej młodości, jest jak kolejny daleki plan, na którym ukazuje się świat przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku wraz z postaciami artystów oraz przedstawicieli niegdysiejszych elit. Tamte głosy słyszymy poprzez mowę staruszki, przez jej gadatliwość i niezborne wypowiedzi naznaczone postępującą demencją. Jednak w ten sposób przeszłość przemawia do nas i ten zabieg narracyjny autora zdaje się zręcznym pretekstem do literackiego zaanonsowania rozważań o sztuce i kondycji człowieka współczesnego. Częste nawiązania do postaci Witkacego zdają się w związku z tym nieprzypadkowe.
               Bohaterem powieści jest mężczyzna w średnim wieku, wdowiec, którego obecne życie wydaje się echem odchodzącej młodości. Często odwiedza grób ukochanej żony, którą poznał kiedyś na wakacjach u stóp w tytułowego Ganku. Paweł Buhorewicz – bo tak nazywa się protagonista – zawodowo zajmuje się instalacją systemów alarmowych. Urządzenia oparte na zastosowaniu bardzo zaawansowanej nowoczesnej elektroniki to jego specjalność. Właśnie otrzymuje zlecenie związane z przeróbką zabezpieczeń w willi podkarpackiego milionera. Tam poznaje dużo młodszą od siebie, wszechstronnie wykształconą, trochę znudzoną i zagubioną żonę gospodarza. Autor po mistrzowsku rozgrywa scenę zbliżenia dwojga ludzi. Jest w tym studium jakaś conradowska zdolność uchwycenia subtelnych detali, drobnych zawahań i źródeł decyzji – nieuchronności zdarzeń w zamkniętej przestrzeni międzyludzkiej. Pamiętamy, jak Witold Gombrowicz (także Julian Kawalec), czy w kinie Roman Polański właściwą dramaturgię swych utworów sytuowali na poziomie tych właśnie mikrooddziaływań. Olechniewicz pokazuje, że potrafi posługiwać się podobnymi środkami wyrazu.
               Jednak jakoś zbyt łatwo rodzi się ten związek; właściwie to ona wybiera jego, co w świetle późniejszego rozwoju wypadków zaczyna budzić niepokój. Naprawy systemu alarmowego stają się pretekstem do kolejnych wizyt, później bohater nadużywa swoich kompetencji – naprawia i psuje (nikt poza nim nie ma pojęcia, na jakiej zasadzie działa skomplikowany monitoring willi). Mąż wyjeżdża za granicę i niespodziewanie umiera. Zjawia się dawna przyjaciółka o zaszarganej reputacji, wraz z nią szantaż i akcja utworu zaczyna dryfować w kierunku kryminału i telenoweli. Czytelnik nie może pozbyć się podejrzenia, że być może bohater został cynicznie uwiedziony, ponieważ ze swymi kwalifikacjami zawodowymi był potrzebny do zrealizowania podstępnej intrygi. Czy potrafiłby zaprzeczyć, że choć raz nie użył swej elektroniki wbrew przyjętym zasadom? Może teraz ma stać się kozłem ofiarnym. Co kryje się zasobach pamięci komputerów? Jaką przeszłość ma piękna Martyna, zanim wyszła za mąż za milionera? Narrator dyskretnie sugeruje czytelnikowi podobne pytania, mimo to nie wikła go w sieć domysłów typowych dla intrygi kryminalnej (w dobrym kryminale to czytelnik jest detektywem, któremu narrator sugeruje hipotezy kolejnych podejrzeń).
               Streszczanie fabuły do końca nie jest chyba potrzebne, między innymi dlatego, że losy bohaterów nie tworzą metafory. Ich perypetie, które mogłyby się rozwijać w różnych wariantach, rozmywają się w powieści. Może w ten sposób autor chce uchwycić prawdę dzisiejszego świata. Olechniewicz buduje obraz z dużej ilości drobnych detali, ułożonych w chaotyczne ciągi, gdzie każdy z elementów zdaje się nieważki. Wszystkie ukazane postacie wydają się znane – z filmów i telewizyjnych seriali, których tytułów nie warto wspominać. Wszystko to już było – wydaje się mówić autor. Tym, co istotne jest uczuciowe tło przedstawionych zdarzeń.
               Co narrator może wiedzieć o swoim bohaterze? Chyba przede wszystkim to, czego jeden człowiek może dowiedzieć się o drugim na podstawie codziennego doświadczenia. Jednak okazuje się, że w różnych epokach „codzienne doświadczenie” nie dostarcza nam tej samej wiedzy. Dzisiejszy rozwój techniki przynosi istotne novum. Co narrator mógł wiedzieć dawniej – zanim nasza percepcja poszerzyła się za sprawą nowoczesnych urządzeń ułatwiających komunikację, czytaj - inwigilację? Dawniej innego człowieka można było ujrzeć przez okno i usłyszeć wtedy, kiedy się do nas zwracał. W drastycznych przypadkach można było podglądać przez dziurkę od klucza, podsłuchać rozmowę, rozsypać mąkę na schodach, żeby zostawił swoje ślady itp. Drugi człowiek był nam dany w perspektywie wyznaczonej przez zmysłowo uchwytne dźwięki, obrazy i ślady, które każdy po sobie pozostawia. Dawniej te ślady były „naturalne”, to znaczy niewzmocnione przez żadną technikę. Były po prostu takie, jakie istniały zawsze, ponieważ wcześniej nikt nie potrafił ich w sposób istotny zmodyfikować. Nie do pomyślenia było widzieć w podczerwieni, niemożliwe było permanentne podglądanie i podsłuchiwanie, połączone z automatyczną archiwizacją i selekcją zgromadzonych danych.
               Z lekcji Prousta a także Gombrowicza wiemy, jak fundamentalne znaczenie w konstytuowaniu się fenomenu drugiego człowieka mają dostępność i dystans. Co zobaczył bohater Uwięzionej zbliżając własną twarz do twarzy Albertyny? Jakie kratery i wąwozy? Śledził potem swoją ukochaną, po czym doszedł do przekonania o niedowodliwości podejrzeń o zdradę. Jednak to, co pozostawił nam Proust, nie jest psychologicznym studium chorobliwej zazdrości, lecz wielką metaforą oświetlającą fundamentalny problem relacji Ja – Ty. Jak konstytuuje się fenomen drugiego, co znika, gdy podchodzimy do niego zbyt blisko, co nam zostanie w ręku, gdy spróbujemy złapać grzywę morskiej fali. Ukazany w powieści Olechniewicza system elektronicznego podsłuchu, gdy uznamy go za metaforę, prowadzi refleksje w różnych kierunkach. Można zaryzykować twierdzenie, że problem poznania drugiego człowieka skupia w sobie całość zagadnień czasów nowożytnych:

Tymczasem pan narrator o brzasku włącza podgląd i podsłuch pokoju, gdzie śpi nieświadoma niczego para kochanków. Gotów jest wykorzystać siły nadprzyrodzone i każdą sposobność, by uszczknąć coś dla siebie i dla szanownych czytelników. A kiedy jakiś anioł zaciąga po szyje wspólną kołdrę tych dwojga grzeszników, zaraz zły robi mu przykrość, odsłaniając dla naszych oczu gołą nogę Martyny i budząc nadzieje na więcej…

               Jeśli próbowalibyśmy czytać Ganek jak powieść kryminalną, byłaby ona kryminałem nieco „rozjechanym”, z ducha filmów Almodovara i Jarmuscha, jak wówczas, gdy w popularnej piosence pojawia się nagle atonalny motyw. Zło i przemoc występują w powieści bardziej jako exempla niż wiodący temat, podobnie jak Zbrodnia i kara nie jest kryminałem, choć zawiera trzymający w napięciu główny wątek śledztwa. Powieść rozpoczyna się od rozważań o sztuce. Jest to pochwała wyciszonych tonów koloru, dyskretnie położonego na tle szarości. Ta początkowa refleksja nad rolą szarości w malarstwie wydaje się być pewną deklaracją,  jak gdyby ars poetica autora. Ostatecznie wszystkie sensacyjne motywy, które pojawiają się w Ganku, dałyby się wyjaskrawić i „pociągnąć” powieść w kierunku efektów znanych z kultury popularnej. Autor jednakże rezygnuje z takiej ewentualności, podprowadzając czytelnika zaledwie do miejsca, z którego da się wskazać podobną możliwość:

                – Nie jest to proste, proszę księdza. Jestem malarzem i powiem jak malarz. Otóż używanie szarych tonacji, nawet najbogatszych, szybko nuży. Wspomniałem, że dla kolorysty ma sens tylko jako osnowa dla rozwinięcia zasadniczej gry barwnej. Wydobycia świetlistości, ustawienia dominanty, położenia akcentów… Świat współczesny tak mocno pulsuje wszystkimi barwami naraz, że coraz mniej miejsca zostaje na spokojną krystalizację zasadniczych wartości. Na koloryt lokalny. Na poezje. Na transcendencję. Z bezładu i wymieszania wszystkiego ze wszystkim bierze się to poczucie zszarzenia.
                    
               Powieść Olechniewicza jest rozpisana na głosy, ale, jak się zdaje, tylko niektóre spośród nich wydobywają czysty ton. Świat Polski przedwojennej, który powraca w opowieściach starszej pani, zdaje się tym, za którym narrator na prawdę tęskni. Jak gdyby tylko o nim potrafił „dobrze” pisać. Może wspomnienia babci były dla autora jak luneta do lepszego świata, co przypomina Lalę Jacka Dehnela? O ile więc wspomnienia staruszki zdają się autentyczne, o tyle pozostałe fragmenty narracji mają zaburzoną dramaturgię. Już na początku ogrodnik Stiopa wygłasza obszerny monolog, w którym streszcza swój życiorys. Wypowiedź rozsadza scenę i wydaje się nieadekwatna do przedstawionej sytuacji. Pod względem stylistycznym, gdy chodzi o ukazanie pozycji społecznej postaci, monolog Stiopy jest celny, jednak postać występująca w tej roli właściwie nie powinna mówić tego, co autor jej przypisuje. Czytelnik od razu orientuje się, że w ten sposób pisarz znajduje pretekst, by przybliżyć inne czasy i ukazać społeczne-obyczajowe  tło zdarzeń. Chyba, że przyjmiemy założenie, iż Olechniewicz z rozmysłem tworzy dysonans, kreuje „atonalny” efekt.
               Podobnie, choć z nieco odmiennym rezultatem, rzecz się ma w przypadku dialogów niosących filozoficzne przesłanie. Wypowiedzi przywołujące czy wręcz cytujące ważkie myśli związane z kondycją współczesnego człowieka i dylematami moralnymi brzmią sztucznie, jakby były wyrecytowane, użyte jako gotowe intelektualne rekwizyty. Jak pamiętamy, w powieściach Dostojewskiego konflikt idei ujawniający się w dyskusjach bohaterów można było porównać do gry barw w obrazach Vermeera, gdzie ich dynamika była nośnikiem i mocą sprawczą wielkiej dramaturgii. Falsyfikaty Van Meegerena rozpoznano po tym, że kolor niczemu w nich nie służył, zdawał się dodany „na ozdobę” i co najwyżej „informował” o przypadkowym wyglądzie przedmiotów. Podobnie w powieści Olechniewicza rozmowa bohatera z dwojgiem dawnych przyjaciół wydaje się kalką dialogów, które pamiętamy z Biesów albo Braci Karamazow. Nie wynika z nich żaden intelektualny dramat, najwyżej przypomnienie, wskazujące na lekturowy kontekst. Oto jeden z przykładów, odsyłający do filozofii Witkacego: 
Witkiewicz uważał, że przyszła ludzkość odwróci się od religii, nie będzie znała filozofii i sztuki – lecz będzie „szczęśliwie” żyła – życiem zautomatyzowanym i wyzbytym wyższych celów – cicho odezwał się Buhorewicz, z miejsc żałując, ze wdał się w niepotrzebną dyskusję.
              Doprawdy tak sądził? – urażonym tonem Bożenka dała odczuć Pawłowi, iż uważa go za profana absolutnie nie uprawionego do przytaczania jakichkolwiek opinii.
               – Zakładam, że wszyscy czytali „Nienasycenie”?

               Filozoficzne przemowy bohaterów powieści Olechniewicza są jak najbardziej „słuszne” – ukazują zapewne to, co autor myśli o świecie i odsłaniają intelektualne zaplecze jego rozterek. Wszyscy czytaliśmy Dostojewskiego, Witkacego, pamiętamy tyradę Naphty z Czarodziejskiej Góry. Jednak dziś problemem wydaje się pustka, rodzaj próżni, w której nie może zabrzmieć autentyczny głos. Istotnymi problemami naszych czasów są kryzys racjonalnego dyskursu, dialogu międzyludzkiego i dialogu z tradycją. Może właśnie to chce nam zasugerować autor Ganku? Można przypuszczać, że Olechniewicz celowo posłużył się postmodernistycznym dysonansem, który ma nam przypomnieć, że wszystko już było...
               W dziejach literatury pojęcie mimesis miało różne wykładnie. Tak jak w XIX- wiecznym malarstwie pojęcie realizmu było tym, pod którym podpisać się chcieli niemal wszyscy (każdy po swojemu rozumiejąc ową „prawdę” rzeczy), tak szeroko rozumiany postulat ukazywania świata „takim jakim jest”, autora jako „zwierciadła chodzącego po gościńcu” zyskiwało różne konkretyzacje. Opisać, a więc ująć prawdę świata przeżywanego za pomocą języka, który jest żywiołem komunikacji, może oznaczać także sprawozdanie z warunków komunikacji. Nie chodzi więc o wierny opis pejzażu, postaci ludzkich czy nawet teorii, w które ludzie wierzą – słowem inwentarza świata, lecz o uchwycenie tego, jak konstytuuje się dyskurs. Chodzi zatem o zarejestrowanie tego, co jest istotnym parametrem świata bez koncentrowania uwagi na jego rekwizytach. Gdy Don Kichot natrafił na księgę, która mówiła o nim samym, było tak, jak gdyby dotarł od wewnątrz do granicy świata przedstawionego, czyli granicy możliwości świata jako pewnej narracji. To splecenie opowieści i „życia” stało się przełomem w dziejach literatury. Czy Artur Olechniewicz wprowadza nas na ten poziom rozważań? Waham się, czy udzielić odpowiedzi twierdzącej, intencje autora nie są dla mnie całkowicie jasne, a jego dzieło w pełni udane, choć na pewno inspiruje ono do poważnych przemyśleń.
                                                                                                                     
                                                                                                                   Paweł Nowicki

Tekst ukazał się rzeszowskim Kwartalniku FRAZA, 2012, 3

Artur Olechniewicz, Ganek,
Muzeum Historyczne w Sanoku, Sanok 2010.