Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafika. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 września 2020

 

Oglądając prace Aliny Zachariasz-Kuciakowskiej

 

W pracach Aliny Zachariasz-Kuciakowskiej prezentowanych na wystawie szymbarskim Kasztelu[1] możemy wyróżnić dwa odrębne cykle tematyczne. Jeden w czerni i bieli, w tonacji minorowej, odsyłający do refleksji nad przemijaniem i śmiercią, natomiast drugi pogodny, zainspirowany pejzażami wysp Morza Śródziemnego.

Na jednym z rysunków pierwszego cyklu tematycznego widzimy, jak obszary gęstniejącego cienia ustępują miejsca jasnym partiom falistych powierzchni. Osiągnięty w ten sposób efekt zwiewności draperii sugeruje rozmyte formy bezcielesnych postaci. Inne prace autorki, mające zdecydowanie figuratywny charakter, przenika podobny niepokój osiągnięty poprzez tajemniczą jasność (Anioł śmierci). To, co przedstawia się nam jako niesamowite i groźne, niekoniecznie musi wyłaniać się z mroku. Przypomnijmy w tym miejscu film Petera Weira zatytułowany Piknik pod Wiszącą Skałą[2], gdzie dominują plany pełne jaskrawego słońca, ewokujące przenikający nastrój przerażenia i grozy. Na obrazach Aliny Zachariasz-Kuciakowskiej widzimy zarysy ludzkich postaci pochylonych nad martwymi ciałami zawiniętymi w białe płótno (Spotkanie). Są one jak gdyby w workach związanych z obu stron. Scena zdaje się przedstawiać obrzęd pochówku odprawianego w jakichś nieznanych, może ekstremalnych okolicznościach (Łóżko). Inny obraz ukazuje sylwetki trzech postaci pochylonych nad stołem, na którym spoczywa jeszcze jedna osoba. Zarówno stojący, jak i ten, kto leży są owinięci w białe kokony. Całuny? Bandaże? Nie możemy się domyślić miejsca, brak jest bowiem dalszego planu oraz jakichkolwiek rekwizytów czy symboli wskazujących na przynależność postaci do określonej kultury bądź religii. Widzimy zarys kobiecej postaci kryjącej twarz w dłoniach, pochylonej, być może płaczącej z rozpaczy lub wstydu. Palce jej dłoni rozwidlają się i jak korzenie rośliny porastają i oplatają jej głowę (Odchodzi). Mglista przestrzeń wypełniająca tło sugeruje jedynie bezkształtną głębię — jakąś niewidoczną, ale obecną dal. Również nieustalone źródło mdłego światła, które wypełnia plany obrazów, nie pozwala zlokalizować przedstawianych scen. Ten pozorny spokój, milcząca biel, statyczne figury widoczne w rozmytej poświacie skrywają jakiś niepokój i lęk.

Tym, co,  jak mniemam, jest  najbardziej interesujące i niepowtarzalne w obrazach autorki jest szczery ton osobistego wyznania, które ujęte w zdyscyplinowaną formę artystyczną, daleką od naiwnego sentymentalizmu, wyraża bogactwo i głębię osobowości, a także subtelność i wdzięk.

W drugim cyklu prac widzimy obrazy powstałe jako malarski notatnik z podróży autorki do Włoch i na Sycylię. Tutaj spotykamy się z inną nastrojowością. Może nas zachwycić bogata paleta barw, ciepłe plamy nałożone obok siebie — jak obrazy wspomnień wyryte w pamięci. Perspektywa, efekt głębi, jeśli w ogóle się zaznacza, to wyłącznie przez kolor. Obraz nie jest ramą otwartego okna, skąd widać linie zbiegające się w dali. Kolory położone obok siebie tworzą coś w rodzaju mozaiki. Najbardziej ekspresyjne i niemalże abstrakcyjne są wariacje na temat widoku erupcji wulkanu (Erupcja). Od wiśniowej czerwieni przez oranże do bliskich białości barw rozżarzonej lawy układa się zygzakowaty kontur wulkanicznego żywiołu. Artystka przetwarza, odkrywając na nowo w swojej wyobraźni ten niezwykły widok, który służy jedynie za pretekst do zbudowania dynamicznej kompozycji w jaskrawych kolorach. We współczesnym malarstwie przedstawiającym, obraz, mimo że niesie za sobą pewną treść przedmiotową, nie ma na celu tworzenia wizerunków rzeczy, których wyglądy, zdaje się, znamy jako obiektywne i trwałe. Sposób widzenia i przedstawiania przedmiotu zawsze jest jego kreacją, zarazem ekspresją osobowości twórcy. Dlatego nie dajmy się zwieść pozornie czytelnej semantyce dzieła, nawet wówczas, gdy przemawia do nas w sposób przystępny. Zadaniem sztuki nie jest wykonywanie podobizn rzeczy, które znamy. Pamiętajmy, że to Nieznane ukazuje się nam za pośrednictwem dzieła, niejako prześwituje przez nie niczym subtelna aureola, a my, poddając się jego oddziaływaniu, wkraczamy tym samym w obszar tajemnicy.

Prace zgromadzone na wystawie są ważnym etapem w dorobku artystycznym Aliny Zachariasz-Kuciakowskiej. Z jednej strony to kontynuacja najwyższych osiągnięć artystki, z drugiej ukazanie nowej i oryginalnej ścieżki dalszego rozwoju — odkrywania świata i ekspresji swej własnej osobowości.

 

Paweł Nowicki



[1] Wystawa prezentowana od10 do 28 listopada 2018 w Kasztelu w Szymbarku.

[2] Piknik pod Wiszącą Skałą australijski dramat filmowy z 1975 roku w reżyserii Petera Weira. Film jest adaptacją powieści Joan Lindsay z 1967 roku wydanej pod tym samym tytułem.

niedziela, 3 lipca 2016

„Międzypola” Franciszka Niecia w gorlickim „Dworze Karwacjanów”



12 lutego 2016 r. w gorlickiej Galerii Dwór Karwacjanów, w sali im. Ks. Bronisława Świeykowskiego odbył się wernisaż prac artysty grafika Franciszka Niecia[1] pt. Międzypola.
Ekspozycja obejmowała cykl wielkoformatowych kolorowych grafik w technice linorytu, której wiodącym tematem były miejsca wielkich bitew, jakie rozegrały się w czasie dwóch stuleci. Bezpośrednim, plastycznym źródłem inspiracji artysty były satelitarne fotografie terenów walk Kolorowe linoryty F. Niecia choć w oczywisty sposób nawiązują do wspomnianych fotografii, są raczej wariacją na temat obrazów zarejestrowanych satelitarną kamerą. Fakt to znaczący i zapewne nieprzypadkowy, że formy plastyczne  zastosowane przez artystę  przypominają maskujące desenie współczesnych wojskowych mundurów, co dodatkowo podkreśla militarny wyraz i metaforyczne przesłanie całej ekspozycji. W komentarzu wystawy autor pisze:

Wystawa grafik tworzonych jako cykl ''Międzypola'' w mieście, które przeszło do historii jako pole bitwy jest dla mnie szczególna. Moim marzeniem jest prezentować swoje grafiki w miejscach związanych z polami bitew I wojny światowej, które stanowią inspirację do powstawania grafik, podróży, jak i odkrywania nieznanej historii. Podróżując po Europie na każdym kroku spotykam ślady tamtych działań, nieznanych i zapomnianych, które czasami trudno znaleźć. Verdun, Passendale, Ypres, Przemyśl, Caporetto, Osowiec nie są już dla mnie tylko nic nie znaczącymi punktami na mapie. (…)
Łączenie pasji wykonywania matryc, poznawania historii oraz podróżowanie to nieodzowne działania, na które składa się efekt plastyczny moich wystaw. Bezpośrednią inspiracją są pola walki, fortyfikacje, rejony ufortyfikowane całej Europy odnajdywane poprzez widok satelitarny. ''Międzypola'' to linoryt wielomatrycowy, na który składają się pola o formacie 70cm x 50cm tworzące całość nawiązującą do mapy, która nie jest realistycznym odtworzeniem terenu. Jest to autorska interpretacja składowych doświadczeń w procesie tworzenia-poszukiwania, topografii, piętna historii”[2].

W wielkiej panoramie pól bitewnych F. Nieć wykorzystał obraz zdjęć satelitarnych (skądinąd współczesnego środka walki  obraz ten upodabnia się do barw ochronnych żołnierskiego munduru, gdzie motywy zieleni, mieszają się z partiami szarości i czerni te zaś z kolei sąsiadują z plamami jasnej szarości, piaskowej żółcieni.
Warto na marginesie wyjaśnić, że o ile dawniej mundury mające służyć maskowaniu żołnierza na tle pokrycia terenu, wykonane były w jednolitym kolorze – w różnych odcieniach szarej zieleni, o tyle obecnie stosuje się inne rozwiązania. Niegdyś wychodzono z założenia, że skoro roślinność widziana z oddali wydaje się szara, sylwetka żołnierza na polu walki, dla uzyskania lepszego kamuflażu również powinna mieć tę samą barwę.  Stosunkowo niedawno odkryto, że w tym celu, aby mundur widziany z odległości, dajmy na to, dwustu metrów nie wyróżniał się na tle gąszczu zarośli, z bliska sam musi wyglądać tak, jak  kępa krzaków widziana z małego dystansu. Krótko mówiąc, by z daleka wyglądać, jak krzak widziany z daleka, z bliska trzeba wyglądać tak, jak krzak widziany z bliska. Znaczy to, że w deseniu munduru muszą się pojawiać  jaskrawe plamy imitujące partie oświetlonych liści, kontrastujące z mrocznymi zagłębieniami cienia, zaś bardziej jednolite obszary szarości muszą być poprzecinane na przemian jasnymi i ciemnymi liniami, przypominającymi oświetlone i  zacienione gałęzie. Dopiero taka pstrokata postać, widziana z odległości 100-200 metrów, zlewa się w jednolitą plamę  khaki, feldgrau, itp. łagodnie wtopioną w odległą roślinność. Przeciwnie, postać, która z bliska jest jednolicie szarozielona, z oddali wyraźnie odcina na tle horyzontu jako figura zdecydowanie ciemniejsza. Malarze od stuleci znali zasadę, iż odległość łagodzi kontrasty. Przedmiot zdecydowanie jasny, umieszczony na dalekim planie, musi być przyćmiony – namalowany kolorem ciemniejszym, z kolei czarny lub głęboko zielony – musi zostać rozjaśniony do odpowiednich odcieni szarości. Dopiero niedawno wykorzystano tę malarską wiedzę na potrzeby wojska.
Skojarzył artysta obraz  ziemi widziany z wysokości satelity z deseniem polowego munduru. Już samo uświadomienie tego podobieństwa jest bardzo wymowne. Widzimy w grafice F. Niecia obraz terytorium, o które prowadziło się wojnę,  odnajdujemy ziemię, która dawała żołnierzowi schronienie jako okop czy ziemianka. Wyrażenie takich refleksji wprost, trąciłoby zużytym patetycznym sloganem, więc artysta używa sugestii lub wykorzystuje określony zbiór formuł przywołanych przez zebrane rekwizyty. Dlatego obrazy najsłynniejszych bitew, jakie rozegrały się w naszej historii ukazane są w grafice F. Niecia jakby z wysokości z kompozycją osnutą na detalach w skali makro ze zdjęć satelitarnych, w których zarysy pól i lasów zdradzają formę dawnych fortec. Widzimy jaskrawo świecące mury bunkrów, widmowe ruiny ale także zygzakowate sieci okopów, ziemię poranioną przez ostrzał artylerii.
Prace wykonane w technice linorytu poprzez nakładanie kolejnych partii koloru, przypominają wyrafinowane kolorystyczne malarstwo. Mimo różnicy zastosowanych środków, przypominają się wielkoformatowe „chlapane” obrazy J. Pollocka. Szczególnie Lawendowa mgła zdradza powinowactwo tym motywem mapy, widoku z wysokości. (Pollock pracował z ojcem geodetą przy pomiarach Wielkiego Kanionu Kolorado). Również monotypie Marii Jaremy w swych stonowanych  barwach mogą posłużyć jako  układ odniesienia dla interpretacji omawianych prac. To, co nieznane, zaskakujące i nowe próbujemy zrozumieć wiążąc z czymś już znanym. Taki jest rytm niemal każdego procesu rozumienia czy  interpretacji. Celem moich porównań nie jest więc  bynajmniej umniejszanie wagi czy sugestia wtórności, przeciwnie odkrywając pewne dalekie  analogie  pragnę ukazać, jak Franciszek Nieć wpisuje się w poczet wybitnych artystów, których łączy trudny do jednoznacznego ustalenia wspólny rys.
Fotoreportaż z wernisażu wystawy znajduje się tutaj.
Paweł Nowicki




[1] Franciszek Nieć – ur. w 1961, zam. w Rydułtowach. Ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Bielsko-Białej (1981), studia na ASP w Krakowie – Wydział Grafiki w Katowicach (1989). Wykładowca Państwowej Wyższej Szkoły w Racioborzu. Dyrektor Państwowego Ogniska Plastycznego w Rydułtowach. Doktor Sztuk Pięknych z grafiki warsztatowej (2004). Habilitacja Sztuk Pięknych z grafiki warsztatowej (2014). Ostatnie wystawy: 43 rd International Print Award „Carmen Arozena” Hiszpania - 2015; 18 th International Print Biennial Varna Bułgaria- 2015; 3 rd Brest Print Triennial Białoruś– 2015; 6 th Beijing International Art Biennale, Chiny- 2015; 11th International Biennial "Iosif Iser", Rumunia- 2015; 1st Bienal de grabado "Carlos Hermosilla" (wyróżnienie), Chile 2015.

niedziela, 17 marca 2013

Czy artysta może abstrahować od tego, co widzialne?

-->
Oto ludzie wędrują aby podziwiać szczyty gór, wysoko wzniesione fale morza, szeroko rozlane rzeki, ocean otaczający ziemie, obroty gwiazd. A obok siebie samych obojętnie przechodzą.  
                  Św. Augustyn, Wyznania


                   Jeśli wyłączyć kreacje konceptualizmu, rzadko się zdarza, by autokomentarz artysty odgrywał tak istotną rolę w recepcji utworu, tak jak ma to miejsce w przypadku prac Teresy Anny Ślusarek*. Kiedy oglądamy serię obrazów zaprezentowanych w kameralnej gorlickiej galerii Dwór Karwacjanów, moglibyśmy się zgodzić, że to, co autorka mówiła tam na temat genezy swych grafik, mogłoby stanowić rozszerzony tytuł  ekspozycji – długą formułę, dookreślającą jej sens (z reguły tytuł zamyka się w jednym zdaniu). Jak się dowiadujemy, źródłem inspiracji do powstania prezentowanego cyklu prac było doświadczenie gór. Artystka ma za sobą trudny trening wspinaczkowy, polegający na pokonywaniu wysokości z opaską na oczach. Nie widząc niczego dookoła, zdana jedynie na dotyk i pochodzący z własnego wnętrza zmysł równowagi, musiała sobie radzić w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Tak rodziły się jej doświadczenia przestrzeni, chłodu i porowatości skał.
                   Fryderyk Nietzsche pisał o radosnej ślepocie, która nielicznym pozwala bezkarnie chodzić na skraju przepaści. Prawdą jest, że na wysokości wzrok bywa wątpliwym doradcą. Ograniczenie, zawężenie pola percepcji dodaje odwagi, a nadmiar „wiedzy” bywa niekiedy ciężarem. Być może interpretując prace Teresy Ślusarek, należałoby mówić o problemie przekładu wrażeń dotykowych na doznania wzrokowe. Czy prace wystawione w gorlickim Dworze Karwacjanów są obrazami „czegoś”? Czy artysta może zupełnie abstrahować od tego, co widzialne? Czy analizując grafiki Teresy Ślusarek, można widzieć w nich bliskie surrealizmowi projekcje, których tworzywem – „źródłem twórczej energii” – jest głębia psychiki i wyobraźnia aktywizowana w stanach ekstremalnych?
Prace, które można było oglądać na gorlickiej wystawie, cechuje umiar, wielka równowaga. Jest w nich coś sakralnego, coś z ładu katedry –  podobieństwo widoczne w przenikających się kolistych motywach, które tworzą harmonijny rytm (Pejzaż fraktalny). Mimo ascetycznej wręcz oszczędności koloru zdają się być prześwietlone zagadkowym blaskiem. Może to skojarzenie wyda się odległe, ale prace Ślusarek przypominają mi unizm prac Marii Jaremy. Cienkie paski papieru nałożone na podmalowane tło tworzą kolaże o falistej, koronkowej strukturze. Koła, powtarzające się w kilku kompozycjach, mogą sugerować tajemniczy mechanizm, zegar, kompas – archaiczne dziś urządzenia, służące orientacji w czasie i przestrzeni, gdy zawodzi wzrok.
              Przypominają się ironiczne wobec uroszczeń rozumu zegary surrealisty Man Raya, które mierzą osobliwy czas na wyspie własnego „ja” – dokładny, ale nieprzystający do kosmicznego uniwersum. Kto stawia czoła nieznanemu, ten wyznacza swój czas, którego właściwą miarą jest moment podjęcia decyzji. Oczywiste więc zdają się symboliczne egzystencjalne podteksty – nasze życie ukazane jako heroiczna wspinaczka wbrew prawom grawitacji, na tle zimnej i obojętnej materii bytu. Kamień z matematycznym porządkiem swych krystalicznych form i nawet świat roślin są obce człowiekowi. Stanowią tło, które nawet piękne, nie daje pocieszenia.
          Jedna z prac ukazuje formę, przypominającą negatyw źrenicy, w innych można domyślać się struktur kamienia, odcisków pradawnych organicznych form, powidoku lasu w oddali, poniżej skalistych turni. Posiatkowane zarysy zboczy, obok czarne głębie – to jak gdyby mapa obszarów niepewności, przestrzeni odczuwanej na odległość ręki, chwiejnej równowagi stopy. Może to obraz fisis, zanim ukazała się jako eidos? Co widzimy, gdy, zamykając oczy, próbujemy wyobrazić sobie grecki apeiron, kosmos albo nieskończoną dal? Czym różnią się od siebie wszystkie te otchłanie? Czy można je wyrazić jednym pojęciem? Jaki obraz towarzyszy niewiedzy na lekcji matematyki? Czy mamy przed oczyma tę samą czerń tablicy z zaciekami kredy i szare linie biegnące donikąd? Chwytamy się brzytwy, pisząc n+1 i krok po kroku wspinamy się w ciemność.
Oglądając prace Teresy Ślusarek przypomniałem sobie rozważania Joachima Rittera, który nawiązując do Jakuba Burckhardta, pisał o wspinaczce Petrarki na szczyt Mount Ventoux (Studia z filozofii niemieckiej, t. 2, Szkoła Rittera pod red. Stanisław Czerniaka i Jarosława Rolewskiego, Toruń 1996). W czasach Petrarki nie znano estetycznej wartości górskiego pejzażu. Nawet kilka wieków później podróżujący przez góry zasłaniali okna swoich karet, nie chcąc patrzeć na budzące zgorszenie wybryki natury, skalne rozpadliny nieuporządkowane ludzką ręką. Ritter powołując się na Schillera i Simmla rozwija myśl, że sztuka średniowiecza nie znała estetycznej autonomii pejzażu, który pełnił wówczas inną rolę niż dziś. Autorzy eposów rycerskich pisząc o cnotach dzielnych bohaterów, nie przywiązywali wagi nawet do pór roku. Dopiero u schyłku tej epoki filozoficzna myśl Ockhama – nominalizm – porzuca uniwersalistyczny punkt widzenia i przydaje znaczenie temu, co jednostkowe. Tak ówczesna nauka odkrywa świat doczesny i przyrodę jako zespół empirycznych faktów.
Petrarka stara się usprawiedliwić swą wspinaczkę, by nie być posądzonym o bezbożną ciekawość, czy chęć pustej rozrywki. Powołuje się na znalezioną w pismach Liwiusza wzmiankę o Filipie, królu Macedonii, który miał wspiąć się na tesalski Haimon w nadziei, że z jego szczytu ujrzy równocześnie dwa morza: Adriatyckie i Czarne. Zabiera ze sobą na wyprawę Wyznania św. Augustyna, w których natrafił na fragment, przytoczony przeze mnie motcie tekstu. Za myślą Platona wierzy we wznoszenie się duszy, która odrywa się od cielesności i podąża ku Bogu. Nie wsłuchuje się w głos natury, nie podziwia rozpościerających się przed nim widoków, całą uwagę poświęca doznaniom wewnętrznym.
Pamiętamy z nauki Platona, że dusza ludzka, uwięziona w ciele, miała za zadanie podążać wzwyż, ku Idei Dobra. Więźniowie jaskini jak czytamy w Polis mieli się wspinać ku prawdziwemu światłu, które nie jest jasnością odbieraną przez zmysły. Gdy w czasach nowożytnych odeszła w niepamięć idea duszy świata, a kosmos stał się domeną nauk ścisłych, symbolika przyrody odnalazła azyl w literaturze i sztuce. Pejzaż obraz przyrody zjawia się tam jako synteza, przedmiot estetyczny. Nauka ukazuje nam świat poprzez ilość – z punktu widzenia fizyki nie istnieją barwy, a tylko częstotliwości światła wyrażone w liczbach. To co odbieramy zmysłami jako obraz makroświata, uważa się za złudzenie, które uczony odruchowo koryguje, poddając je stosownej reinterpretacji. Nie ma zatem żadnego „wschodu słońca”, już w szkole dowiadujemy się, że „tylko tak widać”, a naprawdę Ziemia się porusza.
Platonizm, na pozór tak odległy, konsekwentnie odwracał się od świata zmysłów, postrzegając go jak grę pozoru i zalecał szukanie prawdy we wnętrzu człowieka. Wiedzę matematyczną, którą ogarniamy rozumowo, przedkładał ponad doświadczenie. W tym sensie, to, co jest dane zmysłem wzroku, poniekąd nie istnieje. Co zatem widzimy? Czyż nie to, czego nas nauczyli widzieć malarze? Jak pejzaż, który nie istniał, zanim nie pojawił się koncept perspektywy. Widok natury z określonego punktu, utrwalony przez artystę, może być sposobem wyrażania i manifestowania ważkich prawd. Fakt, że ktoś się zatrzymał w określonym miejscu, że nadal tam stoi i przygląda temu, co widzi, zawiera skomplikowane presupozycje. Człowiek ten bowiem ma, najwyraźniej, pod dostatkiem wolnego czasu, nie myśli o Bogu i nie śpieszy innym z pomocą. Inaczej niż ci, którzy krzątają się na wielkim targu rybnym, nieświadomi tego, że ktoś na nich patrzy, zbyt zajęci swoimi pracami, by nadać nazwę epoce, w której żyli. Proust pokpiwał złośliwie z filistrów Verdurinów, którzy zapraszali gości do ogrodu w specjalnie zaprojektowane miejsca widokowe. Petrarka wspinając się na szczyt, spotyka po drodze pasterzy, dla których góry były po prostu miejscem ciężkiej pracy.
Kicz, o którym wiemy, że pojawiał się w okresie romantyzmu, w swych najbardziej znanych nadużyciach karmi się motywami górskiego pejzażu. Biedne rogate zwierzę porykujące na tle świtu lub zachodu słońca wśród skał przeszło do historii, stając się synonimem bezguścia. Nie można dziś tak po prostu zaufać uczuciom, dać się nieść temu, co „widzimy”. Trzeba zanegować naiwność spojrzenia, pamiętać o tym, że oko widząc, nie widzi samego siebie, pamiętać o tym, że, aby zrozumieć swoją sytuację, musimy choć na chwilę zawiesić sąd o tym, co postrzegamy. Dlatego bliżej ukrytej przed nami prawdy jest artystka, kiedy (pomijam efekty warsztatowe) ukazuje swoisty negatyw, obraz własnego wnętrza, niż gdyby nam pokazała nastrojową panoramę gór.
Dzika przyroda stała się atrakcyjna wtedy, kiedy człowiek znudził się własnymi wytworami. Dzieła człowieka, cywilizacyjne obiekty i systemy kontroli są współcześnie odczuwane jako niemniej groźne od żywiołów natury. Przyroda zmieniła swą tożsamość, jest  traktowana jako swoisty azyl dla ludzi. Jej ochrona wymaga nakładów, natura staje się quasi-towarem – „parkiem krajobrazowym”, i korzystanie z niej nie jest już darmowe, nawet kiedy nikt od nas nie żąda biletu za wstęp do lasu czy na górskie szczyty. Dziś uciekając od cywilizacji, tak naprawdę podążamy w głąb siebie. Kultura zawłaszczyła teraz nawet to, co „inne” – przyrodę, swe dotychczasowe ograniczenie, albo obcowanie z nią – jak w przypadku grafik Teresy Ślusarczyk – przenosi nas w intymny obszar świadomości, w sferę fizycznych i mentalnych doznań, w domenę wyobraźni. Autorka mogłaby nam przywieźć ze swych wspinaczek serię „ładnych” zdjęć lub poironizować na temat turystyki w stylu pop jak Duane Hanson.
Tyle pytań wywołuje ta gorlicka wystawa, tyle otwiera widoków


Paweł Nowicki


Tekst opublikowany w rzeszowskim kwartalniku FRAZA nr 4 (78) 2012 http://fraza.univ.rzeszow.pl/index.php




* Od 5 października 2012 roku w gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów” w sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego można było oglądać grafiki  Teresy Anny Ślusarek. Ur. w 957 r. w Kielcach artystka jest absolwentką Instytutu Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Dyplom z grafiki warsztatowej uzyskała w pracowni prof. Ryszarda Osadczego w 1983 roku, zaś  doktorat na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach Filia w Cieszynie w roku 2003. Prowadzi pracownię grafiki w Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Prezentowana wystawa jest dziesiątą w jej dorobku. Artystka uczestniczyła w wielu wystawach zbiorowych i konkursach w kraju i za granicą (m.in. w Portugalii, Egipcie, Tajlandii, Bułgarii, Macedonii). Obok grafiki uprawia fotografię i rysunek.

środa, 30 stycznia 2013

Wystawy, które trzeba zobaczyć koniecznie - prace Józefiny Piotrowskiej-Szukalskiej oraz Katarzyny Ziołowicz w "Dworze Karwacjanów"




-->

Otwarta niedawno w gorlickiej Galerii Sztuki „Dwór Karwacjanów” wystawa pt. „Lalka” Józefiny Piotrowskiej-Szukalskiej[1] zasługuje na szczególną uwagę. Ekspozycja ta godna jest polecenia nie tylko z uwagi na wysoki walor artystyczny prezentowanych prac, lecz także ze względu na niezwykłą aranżację przestrzeni zrealizowaną przy wykorzystaniu światła i efektów multimedialnych. Nie przypadkiem zresztą wystawę określono w afiszu mianem „spektaklu”, bowiem instalacje i rysunki, jakie zaprezentowano w głównej sali Muzeum, tworzą całość bliską istocie scenografii teatralnej. Tematem, który podejmuje Autorka jest fenomen lalki. Te, które zaaranżowano w Sali głównej im. ks. B. Świeykowskiego, zdają się niematerialne i jak gdyby pozbawione własnego ciężaru. Potęgują ten efekt promieniście rozpięte linki, podtrzymujące centralną część kompozycji, budując przestrzeń, w której - niczym w snopie reflektora, drobne postacie unoszą się jak rój owadów. Promienie rozchodzą się z kilku różnych centrów, co podkreśla względność układu odniesienia. Choć lalki wiszą nieruchomo, ich sylwetki wyznaczają  przeciwległe kierunki, dzięki czemu cała kompozycja zyskuje zwielokrotniony dynamizm, przypominając  obraz ucieczki galaktyk. 
fot. P. Nowicki


Szybujące postaci mienią się wręcz tropikalnym zestawem kolorów, lśnią w półmroku, a podświetlone od dołu, ukazują na suficie swoje wielokształtne cienie. Gdzieś z głębi płynie ściszona muzyka, na bocznej ścianie majaczą mroczne zdjęcia filmu, który dopełniając instalację  wprowadza widza w niepokój i trans. Wystawa pulsuje tajemniczym rytmem form, kolorów, cieni i świateł.
Lalki Józefiny Piotrowskiej-Szukalskiej zdają się sugerować niczym nieskrepowaną dowolność ludzkiej autokreacji. Jednak ten zabieg (być może przypadkowy) stwarza wrażenie ucieczki w dezintegrację i pustkę. W wielkich oczach lalek czai się smutek, tęsknota, lecz także bezsilność i chłód. Są nowoczesne, dwuznaczne - infantylne lub „złe”. Zastosowana prze Artystkę  „punk rockowa” stylizacja i „kosmiczne” atrybuty istot „nie z tej ziemi” mają w sobie coś z estetyki estradowego kiczu. Przypominają filmowe wizje Pedro Almodovara, w których występują postacie chwiejne w tożsamości swojej płci, nieraz perwersyjne, pełne dziwactw, zarazem bezsilne i budzące czułość. Jest w nich instynkt, spontaniczność, ale też groteska, niedojrzałość - jak gdyby gombrowiczowska dezintegracja formy.   
Motyw lalki, odczytywany jako metafora zagadkowości natury ludzkiej, wiedzie w stronę  fundamentalnych pytań o autonomię, tożsamość i godność osoby. Czy jest w nas coś więcej, prócz min, gestów? Czy jesteśmy marionetkami w rękach… losu? A może  kogoś innego, kto lepiej niż my sami zna tajemnice naszego wnętrza?
W antyku twierdzono, że bogowie są dziećmi. Lalki Józefiny Piotrowskiej-Szukalskiej,  wprowadzają nas w baśniowy świat, który w swej istocie jest zabawą, grą - choć gra może być także bolesna i pełna ironii. Jak pamiętamy, o pojęciu gry pisali Huizinga a także Gadamer, który w grze widział sedno sztuki, zarazem istotę ludzkiego sposobu bycia. Taneczny, wielobarwny świat to także fiesta, o której mówił Octavio Paz.
Odmienną stylistykę prezentują towarzyszące instalacji rysunki, w których pobrzmiewają echa twórczości Chagalla. Pełno tu uskrzydlonych postaci kochanków zawieszonych w półmroku, groteskowych istot tworzących swój zamknięty świat - wykreowany wyobraźnią Autorki. Prace te, choć wykonane w tradycyjnej technice, znakomicie wpisują się w całość „spektaklu”.    
Artystka powoduje, że jej kolejne kreacje są w ciągłym ruchu niczym fale morskie powracające jedna za drugą. Wielość, która się uzupełnia, odsłaniając za każdym razem nową jakość i różnorodność.
Analizując wystawę i jej przesłanie jako całość, nie sposób przejść obojętnie wobec dramatycznie wyartykułowanego prze Artystkę problemu samotności, słabości człowieka w świecie pełnym przesytu – iluzorycznym, współtworzonym przez reklamy i środki audiowizualne. Człowiek z wystawy zdaje się takim „duszkiem”, ułomnym wytworem tego na wpół realnego tego świata. Czy sam jest rzeczywisty? Filozofowie stawiają pytanie o tożsamość „ja”. Kiedyś pytano, czy człowiek ma duszę? Czy jest więc człowiek tylko sumą swych wyglądów, przypadkowych gestów, fragmentem autonarracji, czy tylko  snem o sobie? 
***
Druga propozycję - usytuowaną jak gdyby na przeciwnym biegunie doznań estetycznych, stanowi ekspozycja cyklu rysunków Katarzyny Ziołowicz[2], zaprezentowana w sali kameralnej im. Prof. W. Kunza. Zredukowane do minimum środki wyrazu działają jak szept, gest, skinięcie w ciszy. Na białych fakturach papieru równym rytmem układa wytłoczony relief. Tak ukształtowane powierzchnie cieniuje gdzie niegdzie ślad ołówka, wyrywkowo ujawniając kontrastowe partie, fragmenty jakiejś zaledwie domniemanej całości. Wieloznaczna  zdaje się ich „niekompletność” i niby przypadkowy charakter ujawnianych struktur. Zastosowana tu  technika frotage pozwala na wydobycie na światło „podskórnego” kształtu tego, co kryje się pod warstwą papieru. Artystka wykorzystuje w kompozycjach formy nawiązujące do przedstawionej z lotu ptaka zabudowy miejskiej - siatki ulic, przecinających się linii, które tworząc abstrakcyjną topografię, sugerują liczne znaczenia i podteksty. O motywie kraty często tu występującym, pisali postmoderniści[3]. Krata, bywa interpretowana jako układ repetycji linii dublujących fakturę płótna, jako autoreferncyjność, samo-imitacja powierzchni  przy minimum znaczenia. Przypominają się także w tym kontekście „Kwadraty” Malewicza, zarazem neoplatońska konkluzja, że „reszta jest milczeniem”. 
W mieście wszystko zdaje fragmentaryczne, chwilowe, - dane o tyle, o ile ktoś nam nie zaprzątnie uwagi czymś innym. W kompozycjach Katarzyny Ziołowicz drobiazgowość rysunku, zdaje się rozpływać w pustce, spełzać na niczym, choć na wstępie sugeruje skrupulatnie skalkulowany plan. Prześwituje w nich znikomość, senny „kosmiczny” dystans, melancholia jak chwiejność stanów pogody. Jest także absurd mapy urojonych światów, biurokracja przestrzeni. 
Ciekawym tropem wiodącym do interpretacji omawianych rysunków jest, jak się wydaje, kategoria  przemilczenia. Każda nasza opowieść o świecie, (także o nas samych) zakłada także to, o czym się milczy - co pominięte jest toku narracji. Punktem wyjścia jest wielość, nieprzeliczalność świata. Pamiętamy przykład Leibniza, w którym mowa o tym, że kiedy różni ludzie wędrują o mieście, każdy z nich na podstawie dostrzeżonych fragmentów zachowa w swej pamięci inny jego obraz. W każdym przypadku będzie to właściwie inne miasto. Jest nieskończenie wiele szczegółów, które mogłyby przykuć naszą uwagę. Obecne w serii rysunków fragmentaryczne plany, szkice aglomeracji, wskazują na subiektywny moment – domyślnie arbitralny wybór detali, na które Artystka położyła akcent. Światło bądź cień, w każdym razie to, co jest granicą. Także psychoanalitycy wiedzą, że najciemniej bywa tam, gdzie jest najjaśniej. To, co się ukazuje, dane jest zawsze na tle czegoś, o czym w danej chwili należy zamilknąć, co zostało uznane za nie dość ważne i spada tym samym do roli tła. Bez tła, rzecz jasna nie ma figury, ale czy kształt figury w ogóle daje się rozpoznać bez nieskończenie podzielnej dziedziny wcześniejszych odniesień? Może to właśnie Autorka chce dać nam do myślenia, ukazując swe dyskretne obserwacje i subtelne szkice.   
Patrząc na rysunki wystawione w Sali kameralnej, warto mieć na względzie wcześniejsze doświadczenia Artystki w pracy z ceramiką. Te reliefy wytłoczone na białym papierze, przypominają gliniane tabliczki pokryte nieczytelnym pismem. Obraz, który swym wyglądem sugeruje plan miasta, może przywodzić na myśl mapki stanowisk archeologicznych. Skądinąd pamiętamy historię hieroglifów, pisma klinowego. Które spośród reliktów przeszłości są tylko śladami, a które z nich są „do czytania”? Co przeoczyliśmy badając pismo, a z drugiej strony - jaki ornament, który być może był tylko kaprysem, próbujemy bezskutecznie rozszyfrować? A może gry, zabawy nie trzeba rozumieć?
***
Obie ekspozycje zwiedzać można do 30 stycznia 2013 r.
                                                              Paweł Nowicki




[1] Józefina Piotrowska-Szukalska, ur. w 1985 r. w Gorlicach jest absolwentką Liceum Plastycznego im. Tadeusza Brzozowskiego w Krośnie (Profil – Formy Unikatowe) oraz Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Dyplom uzyskała w pracowni prof. Henryka Cześnika.

[2] Katarzyna Ziołowicz, ur. w Częstochowie. W roku 1994 ukończyła kierunek Wychowanie Plastyczne na Wydziale Artystycznym częstochowskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Dyplom z ceramiki  uzyskała w pracowni ad. Anny Stawiarskiej. Od 1999 roku jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym Instytutu Sztuk Pięknych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. W 2007 roku pod kierunkiem prof. Janusza Gajdy obroniła pracę doktorską w IBE w Warszawie. Jest autorką licznych publikacji naukowych z dziedziny edukacji estetycznej. Zajmuje się rysunkiem eksperymentalnym i ceramiką. Brała udział w 39 wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Jej prace znajdują się w zbiorach muzealnych w Polsce oraz w galeriach w Macedonii, Australii i Serbii. Od 2012 należy do  ZPAP.

[3] Rosalind E. Krauss, Oryginalność awangardy (w:) Postmodernizm, antologia przekładów, pod red R. Nycza, Kraków 1998, str. 411.