Pokazywanie postów oznaczonych etykietą op-art. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą op-art. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 grudnia 2013

Obrazy Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej w Dworze Karwacjanów

-->
18 października 2013  roku w gorlickiej Galerii Dwór Karwacjanów, odbył się wernisaż wystawy prac wybitnej krakowskiej artystki, Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej. Na wystawie w sali głównej im ks. Bronisława Świeykowskiego wyeksponowano ponad trzydzieści obrazów z ostatniej dekady twórczości autorki. Otwarcia wystawy dokonał  Zdzisław Tohl - dyrektor Muzeum „Dwory Karwacjanów i Gładzyszów” w Gorlicach.
fot. P. Nowicki
Ewa Żelewska-Wsiołkowska – urodziła się  w 1948 r. w Krakowie. Studiowała na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem prof. Jerzego Nowosielskiego. Dyplom z wyróżnieniem uzyskała w roku 1974. Artystka  uprawia malarstwo i rysunek. Brała udział w ponad 30 wystawach zbiorowych w Polsce, w Niemczech, w Czechosłowacji, Belgii, we Francji i we Włoszech.
Ewa Żelewska-Wsiołkowska zorganizowała 16 wystaw indywidualnych m.in. w Krakowie, Warszawie, Tarnowie, Dębicy  oraz w Laaland w Danii. Jej prace znajdują się w zbiorach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, Muzeum Chełmskiego w Chełmie, Muzeum ASP w Krakowie, Muzeum Mondriaanhuis w Amersfoort w Holandii a także w kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.

***

Obrazy Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej prezentowane na gorlickiej wystawie układają się w dwa wyraźne cykle tematyczne, obejmujące: pejzaż i  wnętrza. W pejzażach dominantę stanowi motyw szerokiej przestrzeni, w której panuje świetlista surowa materia. Jasność morskiego horyzontu, górskie ośnieżone przestrzenie, lśniące gmachy ze szkła dalekich metropolii namalowane są na płótnach dźwięcznym kolorem z zastosowaniem przejrzystej kompozycji.   Panuje tu sterylny ład i formalny spokój użytych środków przypominający neoplastyczny wyraz obrazów Pieta Mondriana.
W swoich pracach Autorka zdaje się nawiązywać także do hieratycznych, oszczędnych form malarstwa  Jerzego Nowosielskiego, akademickiego mistrza artystki. Jest w tych pracach coś z estetyki ikony – gdzie wiodącym motywem wydaje się samoistne wewnętrzne światło, odsłaniające tajemnicę - ukryty wymiar tego, co widzialne. Światło, to nie buduje modelunku bryły, nie tworzy iluzji relacji przestrzennych -  ono sprawia, że kategoria mimesis nie znajduje zastosowania w interpretacji tych prac. Mimo, że tematem obrazu jest pejzaż, wnętrze lub martwa natura, Artystka nie tworzy iluzjonistycznych ekwiwalentów tematów. Te malarskie wizje prowadzą nas w głąb metafizycznej tajemnicy, dla ujawnienia której, formy przedmiotowe zdają się być pretekstem.  Odnosi się wrażenie, że przestrzeń tych obrazów wypełnia niczym niezmącona cisza. Jak przez szybę oglądamy wnętrze świata odizolowanego, osobnego. Ta „inna” obca  przestrzeń ewokuje poczucie nierealności. Gdybyśmy dla porównania przypomnieli obraz C. Lorraine'a Port morski o wschodzie słońca, uświadomilibyśmy sobie, że z barwnego płótna francuskiego mistrza do nas  plusk fal, krzyk porannych ptaków, skrzypienie olinowania, czujemy na twarzy rześki powiew wiatru. Na obrazach Wsiołkowskiej wyobrażona przestrzeń wydaje się głucha, zamknięta jak gdyby za pancerną  szybą. Niebo, horyzont nawet elementy miejskiego pejzażu wydają się małe, niczym dekoracje sceny teatralnej. Czy celem takiego  zabiegu jest wywołanie w umyśle odbiorcy poczucia umowności rekwizytów świata? To, co widzimy zdaje się pozorem, cieniem nieznanego - świętej tajemnicy. Tak naprawdę, nie są to pejzaże w potocznym rozumieniu tego określenia. Autorka nie zamierza odtwarzać malarskiego wizerunku  fragmentu natury. Stawia przed odbiorcą - widzem trudne   zadanie: zaglądnąć w głąb - dać się opromienić ukrytemu światłu. Warto w tym miejscu przytoczyć  platońsko-augustiański pogląd , zgodnie z  którym nasze poznanie świata polega na tym że zwracamy się ku wnętrzu naszej duszy. Dane nam od Boga  światło wewnętrzne jest tym, co pozwala oku widzieć. Ten świat widzialny naprawdę jest w nas. To nie jest leżąca na zewnątrz przestrzeń fizyczna - domena obiektywnego naukowego „widoku  znikąd”, gdzie perspektywa wynikałaby jedynie z  arbitralnego  wyboru punktu obserwacji. Pejzaże, Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej nie pełną funkcji wizerunku świata obiektywnego, nie ukazują inwentarza świata, o który mamy skrzętnie zabiegać  jako miłośnicy pięknych widoków. Prawda mieszka w nas, a to, co zdołamy rozpoznać i utrwalić, to są ekspresje naszego wnętrza.
„Bóg znajduje się z tyłu za okiem, natomiast Jedno, którego ideę oko stara się przeniknąć leży na wprost Niego. Spotykam najwyższego w intymności mojej samoobecności.”[1]
Interior intimo meo et superior summo meo – „A Ty byłeś bardziej wewnątrz mnie niż to, co we mnie było najbardziej osobiste, a zarazem wyżej nade mną niż mogłem sięgnąć kiedykolwiek.”[2]

Takie impresje towarzyszą mi przy analizie cyklu obrazów Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej, których tematem  jest świat „na zewnątrz”, niejako sfera poza domem. Cykl drugi obejmuje prace, w których Artystka pokazuje swoją prywatną przestrzeń -  zacisze pracowni, wnętrze mieszkania – i to jest także, jak się wydaje, pejzaż wewnętrzny autorki. Z obrazów emanuje ciepło, ład codziennych spraw. Zasłona w oknie, świetny malarski szkic ulubionego psa, jakieś zwyczajne przedmioty podkreślają nastrój intymności i tajemniczości. Ten spokój i bezpieczeństwo wnętrza jest zasadniczo inny niż „sterylność” wizji  tego co na zewnątrz – świata, do którego udajemy się na wyprawę poza dom.
We wnętrzach Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej  trwa nieruchomo czas - czas przypisany do miejsca, czas zatrzymany w pewnej chwili dzięki mechanizmowi  stop-klatki pamięci. Wiemy, że czas naszej egzystencji nie płynie liniowo jak miara zmiany procesów fizycznych. Nasz czas niekiedy się zatrzymuje. Tak jest w przypadku rozmów urwanych w pół zdania, nierozwiązanych problemów, które są jak pokoje z których wyszliśmy tylko na moment, a które czekają na nasz powrót nieraz całe życie. środku konfliktu, którego nie umieliśmy rozwiązać, w obliczu pytania, na które nie potrafiliśmy znaleźć odpowiedzi. Bo czy naprawdę czas płynie liniowo - czy nie powraca niczym zagadkowy refren? Wszyscy pamiętamy wiersz Juliana Tuwima, w którym pojawia się nostalgiczna fraza… a może byśmy tak najmilsza wpadli na dzień do Tomaszowa…  O wiele pełniej ujął ten problem Haimitio Doderer w swojej powieści  Schody Strudlhoffu.
Niewątpliwym osiągnięciem sztuki E. Wsiołkowskiej-Żelewskiej jest umiejętność malarskiego artykułowania  tak skomplikowanych poetyckich emocji niezwykle oszczędnymi środkami wyrazu.    
Wracając do inspiracji, oprócz już opisanych, wydaje się znamienną w artystycznym „emploi” Artystki jej niewątpliwa sympatia do doświadczeń  op-artu. Jak wiadomo, kiedy w Renesansie odkryto perspektywę zbieżną  pozwalającą tworzyć iluzję trójwymiarowej głębi, długo nie doceniano faktu, że ów malarski efekt, stanowi po prostu wizualny trick. 



Złudzenie, że tak „naprawdę widać” miało być sposobem przybliżania do prawdy przedmiotu. Pomijając zapoczątkowaną przez Cezanne’a rewizję geometrii widzenia, Op-art da się odczytać jako jedną z dróg w sztuce, w której wyraża się niepokój poznawczy - motyw platoński - w czasach nowożytnych odnowiony z nadejściem baroku. To jest podejrzenie, że  życie jest snem, a  to, co widzimy to tylko gra cieni,  i  że ta gra cieni jest ciekawsza niż istota rzeczy dana w pełnym słońcu logiki Arystotelesa – empirysty, który naiwnie ufał widzialnym przedmiotom. Skoro da się stworzyć iluzję przestrzeni trójwymiarowej, to może dałoby się skonstruować obraz przestrzeni nieeuklidesowych a może w ogóle malarskie budowanie kierunków i płaszczyzn okazuje nieobowiązującą zabawą, swoistą sofistyką, formułowaniem paradoksów, układaniem przewrotnych zagadek.

fot. P. Nowicki













Geometrycznie niemożliwe struktury zbudowane  są w obrazach Artystki z płaszczyzn niezwykle wystudiowanych zestawień kolorystycznych, tworzących mikrostruktury odcieni i faktur.  
Solidne malarstwo bez pustej ostentacji, z ogromnym przesłaniem pozytywnej energii  - to rzadkość w ofercie współczesnych galerii sztuki. Dlatego polecam gorlicką wystawę Ewy Żelewskej-Wsiołkowskiej jako niezwykłą okazję do optymistycznej autorefleksji nad pięknem zawartym w nas samych.


Paweł  Nowicki




[1]Charles Taylor, Źródła podmiotowości. Narodziny podmiotowości nowoczesnej, Warszawa 2012 str. 257
[2] Św. Augustyn Wyznania, przeł. Z. Kubiak  ZNAK Kraków 1992, str. 80

środa, 26 czerwca 2013

Imre Kertésza Los utracony




Temu, kto nie ma wyrobionej opinii o literaturze węgierskiej proponuję by studia nad nią rozpoczął od lektury powieści Imre Kertesza. Jego „Los utracony” to naprawdę książka z najwyższej półki.

Oto przed nami opowieść młodego chłopca, Żyda z Budapesztu, który przeżył koszmar niemieckich obozów koncentracyjnych. Relacja pozbawiona patosu, daleka od moralizmu i jeśli ją czytać uważnie, autor co krok podkreśla subiektywny i wyrywkowy charakter swoich obserwacji jak gdyby pisał reportaż z pobytu w osobliwym miejscu. W przeciwieństwie do znanych z literatury polskiej obrazów wojny i holocaustu – Różewicza, Nałkowskie, j nie znajdziemy tu wątku martyrologii. Może najbliższa wydawać by się mogła wizja Tadeusza Borowskiego ale i tak porównanie to, nie jest adekwatne. Książka Kertesza w swej głębszej warstwie zawiera przesłanie metafizyczne i trzeba ją czytać mając w pamięci powieści Franza Kafki. Mamy więc skrupulatny opis zdarzeń, z którego powoli i bardzo dyskretnie wyłania się mroczna metafora tragizmu ludzkiej egzystencji.

Bo co nam przypomina sytuacja bohaterów, w której każdy spośród aresztowanych snuje naiwne przypuszczenia - gdybym nie poszedł tą ulicą, gdybym się nie spóźnił do odjeżdżającego tramwaju, w sytuacji, gdy wiemy, że przecież wszyscy byli z góry skazani i jednakowo pozbawieni szans. Później, perfidnie zorganizowany świat obozu nie od razu ukazuje więźniom swoją grozę. Daje nawet obietnice, że da się w nim jakoś żyć. Autor mówi nam o powolnym działaniu czasu, sile przyzwyczajenia pozwalającym człowiekowi żywić nadzieję, podtrzymywać iluzje. Widzimy stopniową przemianę zdrowych ludzi w półżywych nędzarzy, powolne umieranie.

Czy obóz staje się w książce Kertesza uniwersalnym symbolem...?


- (...) wszędzie, nawet w obozie koncentracyjnym , bierzemy się najpierw do nowych spraw w dobrej wierze – przynajmniej ja tego doświadczyłem; na początku trzeba być dostatecznie dobrym więźniem, a resztę przyniesie przyszłość (...)

- „Ale samobójstwa zdarzały się rzadko, w żadnym wypadku nie były regularne ani w żadnym razie typowe, to przyznawali wszyscy. Do moich uszu też docierały wieści o jednym czy drugim takim wydarzeniu, słyszałem, jak ludzie dyskutowali, wymieniali na ten temat poglądy, niektórzy z jawna przygana, inni z większym zrozumieniem, znajomi z litością – ogólnie jednak zawsze w taki sposób, w jaki człowiek stara się odsądzić nader rzadki, daleki od nas, w pewnym sensie trudno wytłumaczalny , może trochę lekkomyślny, może trochę godny szacunku, ale na pewno zbyt pochopny postępek.” (...)


- „Rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna zmiana, i to zwłaszcza w osobach postronnych, a więc w ludziach z fabryki, naszych strażnikach, a głównie w niektórych funkcyjnych w obozie; zauważyłem mianowicie, że stali się inni. Na początku nie bardzo wiedziałem, jak mam to sobie wytłumaczyć; wszyscy jakoś wypięknieli, przynajmniej w moich oczach. Dopiero potem zrozumiałem, ze to my musieliśmy się zmienić, oczywiście, tylko to było mi trudniej dostrzec. –


(...) „Dopiero wtedy zrozumiałem, ze czas niekiedy zawodzi nasz wzrok, jak się wydaje. Tak samo musiał umknąć mojej uwagi ten proces – choć w rezultacie bardzo wymierny – dotyczący całych rodzin, na przykładzie rodziny Kollmanów. (...) Było ich trzech; niski, łysy ojciec i dwóch chłopaków, większy i mniejszy (...) Oni zawsze trzej chodzili razem, jeśli to było możliwe ręka w rękę (..) Otóż po pewnym czasie zauważyłem, ze ojciec zostaje w tyle i synowie muszą mu pomagać, ciągnąć go za sobą, trzymając za ręce. Znów upłynął jakiś czas i nie było już z nimi ojca. Wkrótce większy musiał tak samo za sobą ciągnąc mniejszego. Później ten mniejszy także zniknął i w końcu wlókł się już tylko większy, a ostatnio jego też nigdzie nie widzę”. (...)

- „I na darmo wszystkie przemyślenia, zrozumienie, trzeźwy rozsądek, i tak nie mogłem opacznie zrozumieć jakby wstydzących się swej niedorzeczności, a jednak wciąż uparcie powracających słów skrytego pragnienia; chciałoby mi się jeszcze trochę pożyć w tym pięknym obozie koncentracyjnym.” (...)

- „Gdyby nie było tej chronologii, i gdyby cała wiedza runęła nam na głowę od razu tam na stacji, to może nie wytrzymałaby tego ani głowa, ani serce (...)”

Rozwinięcie kafkowskiego tropu zarazem więcej wątków filozoficznych znajdzie czytelnik także w innej książce I. Kertesza: Ja, inny. Kronika przemiany.





     Paweł Nowicki



Imre Kertész, Los utracony, tłum. Krystyna Pisarska, Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2002. Literacka Nagroda Nobla 2002

środa, 4 stycznia 2012

O wystawie prac Adama Wsiołkowskiego





W piątek, 21 października 2011 r. w gorlickiej galerii Dwór Karwacjanów uroczyście otwarto wystawę prac malarstwa, rysunku i grafiki Adama Wsiołkowskiego[1]  zrealizowaną w ramach cyklu „Mistrzowie Kultury Polskiej”. Oprócz prac plastycznych wykonanych w technikach tradycyjnych, zebrani mogli obejrzeć dwa krótkie filmy, których prezentację połączono z komentarzem samego Artysty. Na uwagę zasługuje także szczególna staranność aranżacji wnętrza sali wystawowej, gdzie harmonijnie współistnieją obiekty malarskie z dramatycznym, kamiennym wnętrzem, wyeksponowane dzięki niuansom natężenia światła oraz stopniowaniem szarości ekranów.

W malarstwie - Adam Wsiołkowski nawiązuje do doświadczeń wizualizmu - nurtu znanego również pod nazwą op-artu zapoczątkowanego już w latach 30 tych XX w. przez Węgra Victora Vasaraely’ego. Op-art uważany za odmianę sztuki abstrakcyjnej polega wykorzystywaniu silnie oddziaływujących regularnych, pól barwnych a także zastosowaniem efektu złudzeń optycznych. Wśród znanych polskich artystów, których poszukiwania podążały w zbliżonym kierunku znajduje się m.in. Stefan Gierowski.
Obrazy Adama Wsiołkowskiego cechuje regularność i wielka precyzja. Malowane niezwykle delikatnie cieniutkim pędzelkiem przypominają technikę dawnych mistrzów, w których granica między „wnętrzem” obrazu a spojrzeniem widza, sugeruje gładką powierzchnię zwierciadła. Wsiołkowski unika pozornej „swobody” współczesnego malarstwa, łącząc abstrakcję z motywami figuratywnymi. Są tam przetworzone postaci ludzi, zwierząt, unoszą się w przestrzeni „niezidentyfikowane obiekty malarskie”, wszystko spowite ogarniająca monochromatyczną krakowską melancholią.
Celem sztuki nawiązującej do op-artu nie jest studium przedmiotu - mimetyczne „przedstawianie świata” i badanie jego „obiektywnych” własności, lecz analiza „gry” jaka się dokonuje w polu percepcji odbiorcy. Artysta tworzy wariacje na temat wiodącego tematu, wykorzystując w tym celu wielobarwny negatyw. Powstające w ten sposób pozorne multiplikacje zamieniają się w odkrywcze parafrazy, ukazując nieoczekiwane własności wyjściowej struktury. Ważnym środkiem wyrazu jest kontrast, jednak jaskrawe zestawienia kolorystyczne nie są istotnym atrybutem świata widzialnego, lecz raczej środkiem oddziaływania na wyobraźnię odbiorcy. Obrazy Wsiołkowskiego świecą swoim własnym, wewnętrznym światłem tworząc tajemnicze przestrzenie.
Zatem nie odwzorowanie przedmiotu, lecz olśnienie widza a zarazem ewokowanie nastroju medytacji stanowi istotę tej sztuki. Według wielu opinii, malarstwo Adama Wsiołkowskiego bliskie jest także estetyce i metafizyce ikony.
Chodzi, więc o ukazywanie zagadkowości naszego widzenia, jego iluzoryczności, by postawić pytanie, co się kryje „poza” i tym samym wywołać duchowy niepokój. Malarstwo nie może wykroczyć poza granice tego, co da się zobaczyć, podobnie jak nasze myślenie nie może wyjść poza granice języka. Jednak możliwe się zdaje dotknięcie tych granic, by sobie uświadomić, że one istnieją. Może to jest echo sokratejskiej ironii, wywodzenia w pole przez doprowadzenie do sprzeczności naszych utrwalonych mniemań. Filozofia i sztuka karmią się zdziwieniem a to daje się wzbudzić również przez przewrotny koncept. Jak pamiętamy, tego, co się da pokazać - nie da się powiedzieć.
Obrazy Adama Wsiołkowskiego wydają się tajemnicze lecz są zarazem pogodne i przepojone wielką intelektualną dyscypliną. Charakteryzuje je ten rodzaj elegancji, o którym mówią logicy, gdy mają na myśli klarowność dowodu. Pomimo abstrakcji, zdają się głęboko zakorzenione w codzienności ludzkiego doświadczenia, jak pewien typ filozofii, która wyrafinowane kwestie lingwistyczne rozważa na przykładach z języka potocznego. Taktowny żart, autoironia - motyw autora spacerującego z psem nadają im lekkości i wdzięku. Dyskretnie przemyka postać w kapeluszu, ukochane psisko pod niebem takim trochę jak z Chagalla, choć zbudowanym zupełnie innymi środkami.
Krótki film o utracie ukochanego psa jest pogodną filozoficzną etiudą na temat obrazu pt. „Felek idzie do nieba”. Widzimy na nim łapy zwisające z nieba. Artysta tłumaczy, że skoro na obrazie Breughla z wody wystaje tylko pięta Ikara, to psia łapa może wystawać… z nieba, nim „pogrąży się w niebie” na zawsze. Cóż, dwa błękity… Jednak, jak wiemy, autor jest już właścicielem nowego jamnika szorstkowłosego, bardzo podobnego i nadał mu to samo imię. Zatem „Felek” występuje tu w rodzaju substancji w sensie scholastycznym, a kolejne wcielenia jamników szorstkowłosych o tym samym imieniu, różniłyby się od siebie tylko przypadłościowo?
Umieszczona w kącie sali wystawowej prezentacja multimedialna to kolejny plastyczny żart. Ukazany w pierwszym kadrze „Autoportret z żoną” Wyspiańskiego ulega cyfrowej transpozycji tak, że widoczna na obrazie „żona” upodabnia się powoli do psa (rośnie jej psi nos), zaś „Wyspiański” zyskując znaną już postać autora w kapeluszu, przemieszcza się w dolny róg obrazu. W ten sposób film komponuje się niezwykle przewrotnie z cyklem prac zatytułowanych Felek i ja.



                                                                                                       Paweł Nowicki

Tekst opublikowany za zgodą Muzeum "Dwory Karwacjanów i Gładyszów" w Gorlicach. Wcześniej ukazał się na stronie: 




[1] Adam Wsiołkowskiurodził się w roku 1949 w Krakowie. Studia ukończył na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dyplom uzyskał w pracowni prof. Wacława Taranczewskiego w roku 1973. Zaraz po studiach rozpoczął pracę w rodzimej uczelni, gdzie w roku 1992 uzyskał tytuł profesora. Obecnie prowadzi pracownię malarstwa. W latach 1996-2002 pełnił funkcję dziekana macierzystego Wydziału a obecnie jest rektorem krakowskiej ASP. Adam Wsiołkowski jest autorem cyklów malarskich „Matnia”, „Zjawisko", „Miasto nieznane", „Obecność" i innych. W 1973 opracował projekt kolorystyki zewnętrznej elektrowni Dolna Odra. Uczestniczył w około 150 wystawach w Polsce i wielu krajach świata. Miał ponad 50 wystaw indywidualnych, m.in. w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Berlinie, Nowym Jorku, Pradze i Paryżu. Uzyskał ponad 20 nagród w konkursach malarstwa, rysunku i plakatu, a w 1991 r. nagrodę Ministra Kultury i Sztuki RP za wybitne osiągnięcia artystyczne i dydaktyczne. W latach 1981/82 przebywał w USA na półrocznym stypendium Fundacji Kościuszkowskiej, uzyskując tam stypendium Fundacji Ford & Rockefeller. Jego prace znajdują się w zbiorach muzeów oraz kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.