Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kafka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kafka. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 czerwca 2013

Imre Kertésza Los utracony




Temu, kto nie ma wyrobionej opinii o literaturze węgierskiej proponuję by studia nad nią rozpoczął od lektury powieści Imre Kertesza. Jego „Los utracony” to naprawdę książka z najwyższej półki.

Oto przed nami opowieść młodego chłopca, Żyda z Budapesztu, który przeżył koszmar niemieckich obozów koncentracyjnych. Relacja pozbawiona patosu, daleka od moralizmu i jeśli ją czytać uważnie, autor co krok podkreśla subiektywny i wyrywkowy charakter swoich obserwacji jak gdyby pisał reportaż z pobytu w osobliwym miejscu. W przeciwieństwie do znanych z literatury polskiej obrazów wojny i holocaustu – Różewicza, Nałkowskie, j nie znajdziemy tu wątku martyrologii. Może najbliższa wydawać by się mogła wizja Tadeusza Borowskiego ale i tak porównanie to, nie jest adekwatne. Książka Kertesza w swej głębszej warstwie zawiera przesłanie metafizyczne i trzeba ją czytać mając w pamięci powieści Franza Kafki. Mamy więc skrupulatny opis zdarzeń, z którego powoli i bardzo dyskretnie wyłania się mroczna metafora tragizmu ludzkiej egzystencji.

Bo co nam przypomina sytuacja bohaterów, w której każdy spośród aresztowanych snuje naiwne przypuszczenia - gdybym nie poszedł tą ulicą, gdybym się nie spóźnił do odjeżdżającego tramwaju, w sytuacji, gdy wiemy, że przecież wszyscy byli z góry skazani i jednakowo pozbawieni szans. Później, perfidnie zorganizowany świat obozu nie od razu ukazuje więźniom swoją grozę. Daje nawet obietnice, że da się w nim jakoś żyć. Autor mówi nam o powolnym działaniu czasu, sile przyzwyczajenia pozwalającym człowiekowi żywić nadzieję, podtrzymywać iluzje. Widzimy stopniową przemianę zdrowych ludzi w półżywych nędzarzy, powolne umieranie.

Czy obóz staje się w książce Kertesza uniwersalnym symbolem...?


- (...) wszędzie, nawet w obozie koncentracyjnym , bierzemy się najpierw do nowych spraw w dobrej wierze – przynajmniej ja tego doświadczyłem; na początku trzeba być dostatecznie dobrym więźniem, a resztę przyniesie przyszłość (...)

- „Ale samobójstwa zdarzały się rzadko, w żadnym wypadku nie były regularne ani w żadnym razie typowe, to przyznawali wszyscy. Do moich uszu też docierały wieści o jednym czy drugim takim wydarzeniu, słyszałem, jak ludzie dyskutowali, wymieniali na ten temat poglądy, niektórzy z jawna przygana, inni z większym zrozumieniem, znajomi z litością – ogólnie jednak zawsze w taki sposób, w jaki człowiek stara się odsądzić nader rzadki, daleki od nas, w pewnym sensie trudno wytłumaczalny , może trochę lekkomyślny, może trochę godny szacunku, ale na pewno zbyt pochopny postępek.” (...)


- „Rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna zmiana, i to zwłaszcza w osobach postronnych, a więc w ludziach z fabryki, naszych strażnikach, a głównie w niektórych funkcyjnych w obozie; zauważyłem mianowicie, że stali się inni. Na początku nie bardzo wiedziałem, jak mam to sobie wytłumaczyć; wszyscy jakoś wypięknieli, przynajmniej w moich oczach. Dopiero potem zrozumiałem, ze to my musieliśmy się zmienić, oczywiście, tylko to było mi trudniej dostrzec. –


(...) „Dopiero wtedy zrozumiałem, ze czas niekiedy zawodzi nasz wzrok, jak się wydaje. Tak samo musiał umknąć mojej uwagi ten proces – choć w rezultacie bardzo wymierny – dotyczący całych rodzin, na przykładzie rodziny Kollmanów. (...) Było ich trzech; niski, łysy ojciec i dwóch chłopaków, większy i mniejszy (...) Oni zawsze trzej chodzili razem, jeśli to było możliwe ręka w rękę (..) Otóż po pewnym czasie zauważyłem, ze ojciec zostaje w tyle i synowie muszą mu pomagać, ciągnąć go za sobą, trzymając za ręce. Znów upłynął jakiś czas i nie było już z nimi ojca. Wkrótce większy musiał tak samo za sobą ciągnąc mniejszego. Później ten mniejszy także zniknął i w końcu wlókł się już tylko większy, a ostatnio jego też nigdzie nie widzę”. (...)

- „I na darmo wszystkie przemyślenia, zrozumienie, trzeźwy rozsądek, i tak nie mogłem opacznie zrozumieć jakby wstydzących się swej niedorzeczności, a jednak wciąż uparcie powracających słów skrytego pragnienia; chciałoby mi się jeszcze trochę pożyć w tym pięknym obozie koncentracyjnym.” (...)

- „Gdyby nie było tej chronologii, i gdyby cała wiedza runęła nam na głowę od razu tam na stacji, to może nie wytrzymałaby tego ani głowa, ani serce (...)”

Rozwinięcie kafkowskiego tropu zarazem więcej wątków filozoficznych znajdzie czytelnik także w innej książce I. Kertesza: Ja, inny. Kronika przemiany.





     Paweł Nowicki



Imre Kertész, Los utracony, tłum. Krystyna Pisarska, Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2002. Literacka Nagroda Nobla 2002

wtorek, 3 stycznia 2012

Przedstawienie teatralne „Labirynt” w auli PSM w Gorlicach


     O tym jak dobrze  zapowiada się artystyczna jesień w naszym mieście  świadczyć może  między innymi  impreza, która odbyła się w  auli gorlickiej Szkoły Muzycznej. W sobotni wieczór 11 września  zgromadzona publiczność mogła oglądać monodram pt. Labirynt. Autorem  tekstu, scenariusza jak również reżyserem spektaklu jest Adam T. Szymański animator grupy  teatralnej związanej z gorlicką kawiarnią "Dekadencja".  W roli głównej wystąpił Jacek Dygoń  i on też był współreżyserem filmu wyświetlanego w trakcie  przedstawienia i stanowiącego jego integralną część. Większość zdjęć filmowych realizowana została  w studio filmowym EDGOR-FILM w Gorlicach. Zdjęcia wykonał Edward Wresiło wraz operatorami Jakubem Obrzutem i Robertem Wresiło. Montażem zajęli się  Konrad Korona i Arkadiusz  Zawiliński. W filmie z muzyką Tadeusza Łuczejki pojawiły się także efekty specjalne, których autorami  byli  Ewa Piotrowska-Kukla i Robert Kukla. Dodatkowe elementy scenografii wykonał Dariusz Szymański.
     Tematem wystawianej sztuki jest metafizyczny dramat ludzkiego istnienia,  paradoks  tożsamości wynikający z relacji „ja” wobec innych i wobec świata. Ukazany problem przenikania się sfer rzeczywistości i fikcji da się odczytać jako wielka metafora ludzkiej egzystencji i pozwala szukać odniesień  pośród  pierwszorzędnych dzieł literatury dawnej i współczesnej.  
       Przedstawienie składało się z dwóch części - scenicznej odegranej przez aktora na scenie i części filmowej,  w której ten sam aktor pojawia się jako postać  ekranowa.  Na uwagę zasługuje moment przejścia, w którym  bohater - aktor znika  za kulisami, a następnie ukazuje   się w fikcyjnej przestrzeni kadru filmowego -  jak gdyby po drugiej stronie lustra.
     Parodia literacka,  groteska,  gra aktorska ocierająca się o błazenadę obecne w realizacji  scenicznej,  kontrastują z bardzo stonowanym i poważnym klimatem części filmowej. Jeśli prototypem  i drogowskazem  interpretacji dla części pierwszej mógłby być np. Witkacy,   to dla części drugiej,  takim układem odniesienia zdaje się mroczne kino Davida Lyncha.        
      Bohater uwięziony, jak sam mówi „w klatce własnych doznań”  stara się wydostać na zewnątrz -   do świata, do spotkania z drugim człowiekiem. Jego kolejne próby kończą się fiaskiem ponieważ jak wiadomo nikt nie potrafi wyjść poza sferę  swoich przeżyć własnej  świadomości. Przecież nigdy nie dowiemy się,  czy budząc się ze snu,  powracamy do jawy, czy też po prostu nadal śnimy  - tym razem inny sen. Istotny i moralnie doniosły zdaje się  moment utraty złudzeń.  Przejście między jednym snem  a drugim,  które, jak się okazuje,  nigdy nie jest bezbolesne.
      Bohater będąc pisarzem, próbuje przedrzeć się przez bełkot  skonwencjonalizowanych  form wypowiedzi. Tu również spotyka go zawód  ponieważ  zawsze jest tak, że jeden tekst możemy zastąpić tylko innym tekstem,  a łamanie  konwencji j, wulgaryzacja to tylko doraźne wybryki, które nie stanowią remedium na fundamentalną bezwyjściowość jego sytuacji.
    A więc koro wszystko jest gestem, tekstem, znakiem możemy zapytać  - kim na scenie jest ten, kto udaje, że nie doznaje bólu? I co myśleć o przypadkowo-nieprzypadkowym samookaleczeniu aktora w chwili, gdy bohater rani swe zwierciadlane alter ego?
     Autorzy w sposób oczywisty  nawiązują  do znanych motywów literackich  - Calderona, Snu nocy letniej Szekspira,  Kafki,  filozoficznych problemów oczywistych dla każdego, kto pamięta  Kartezjusza, Kanta,  Husserla i  choćby Ślub spośród dzieł Gombrowicza. Lecz  nie oryginalność  tu chodzi lecz o odwagę samodzielnego stawiania czoła problemom, które nurtują każdego myślącego człowieka.  
    Przedstawienie przyjęte zostało owacyjnie  i można mieć  nadzieję, że dla gorlickich twórców jest  to dopiero początek  drogi  dalszych sukcesów artystycznych[1].

                                                                                                      Paweł Nowicki



[1] Spektakl  Labirynt odbył się 11 września 2010 roku w auli PSM w Gorlicach