czwartek, 5 grudnia 2013

Obrazy Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej w Dworze Karwacjanów

-->
18 października 2013  roku w gorlickiej Galerii Dwór Karwacjanów, odbył się wernisaż wystawy prac wybitnej krakowskiej artystki, Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej. Na wystawie w sali głównej im ks. Bronisława Świeykowskiego wyeksponowano ponad trzydzieści obrazów z ostatniej dekady twórczości autorki. Otwarcia wystawy dokonał  Zdzisław Tohl - dyrektor Muzeum „Dwory Karwacjanów i Gładzyszów” w Gorlicach.
fot. P. Nowicki
Ewa Żelewska-Wsiołkowska – urodziła się  w 1948 r. w Krakowie. Studiowała na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem prof. Jerzego Nowosielskiego. Dyplom z wyróżnieniem uzyskała w roku 1974. Artystka  uprawia malarstwo i rysunek. Brała udział w ponad 30 wystawach zbiorowych w Polsce, w Niemczech, w Czechosłowacji, Belgii, we Francji i we Włoszech.
Ewa Żelewska-Wsiołkowska zorganizowała 16 wystaw indywidualnych m.in. w Krakowie, Warszawie, Tarnowie, Dębicy  oraz w Laaland w Danii. Jej prace znajdują się w zbiorach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, Muzeum Chełmskiego w Chełmie, Muzeum ASP w Krakowie, Muzeum Mondriaanhuis w Amersfoort w Holandii a także w kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.

***

Obrazy Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej prezentowane na gorlickiej wystawie układają się w dwa wyraźne cykle tematyczne, obejmujące: pejzaż i  wnętrza. W pejzażach dominantę stanowi motyw szerokiej przestrzeni, w której panuje świetlista surowa materia. Jasność morskiego horyzontu, górskie ośnieżone przestrzenie, lśniące gmachy ze szkła dalekich metropolii namalowane są na płótnach dźwięcznym kolorem z zastosowaniem przejrzystej kompozycji.   Panuje tu sterylny ład i formalny spokój użytych środków przypominający neoplastyczny wyraz obrazów Pieta Mondriana.
W swoich pracach Autorka zdaje się nawiązywać także do hieratycznych, oszczędnych form malarstwa  Jerzego Nowosielskiego, akademickiego mistrza artystki. Jest w tych pracach coś z estetyki ikony – gdzie wiodącym motywem wydaje się samoistne wewnętrzne światło, odsłaniające tajemnicę - ukryty wymiar tego, co widzialne. Światło, to nie buduje modelunku bryły, nie tworzy iluzji relacji przestrzennych -  ono sprawia, że kategoria mimesis nie znajduje zastosowania w interpretacji tych prac. Mimo, że tematem obrazu jest pejzaż, wnętrze lub martwa natura, Artystka nie tworzy iluzjonistycznych ekwiwalentów tematów. Te malarskie wizje prowadzą nas w głąb metafizycznej tajemnicy, dla ujawnienia której, formy przedmiotowe zdają się być pretekstem.  Odnosi się wrażenie, że przestrzeń tych obrazów wypełnia niczym niezmącona cisza. Jak przez szybę oglądamy wnętrze świata odizolowanego, osobnego. Ta „inna” obca  przestrzeń ewokuje poczucie nierealności. Gdybyśmy dla porównania przypomnieli obraz C. Lorraine'a Port morski o wschodzie słońca, uświadomilibyśmy sobie, że z barwnego płótna francuskiego mistrza do nas  plusk fal, krzyk porannych ptaków, skrzypienie olinowania, czujemy na twarzy rześki powiew wiatru. Na obrazach Wsiołkowskiej wyobrażona przestrzeń wydaje się głucha, zamknięta jak gdyby za pancerną  szybą. Niebo, horyzont nawet elementy miejskiego pejzażu wydają się małe, niczym dekoracje sceny teatralnej. Czy celem takiego  zabiegu jest wywołanie w umyśle odbiorcy poczucia umowności rekwizytów świata? To, co widzimy zdaje się pozorem, cieniem nieznanego - świętej tajemnicy. Tak naprawdę, nie są to pejzaże w potocznym rozumieniu tego określenia. Autorka nie zamierza odtwarzać malarskiego wizerunku  fragmentu natury. Stawia przed odbiorcą - widzem trudne   zadanie: zaglądnąć w głąb - dać się opromienić ukrytemu światłu. Warto w tym miejscu przytoczyć  platońsko-augustiański pogląd , zgodnie z  którym nasze poznanie świata polega na tym że zwracamy się ku wnętrzu naszej duszy. Dane nam od Boga  światło wewnętrzne jest tym, co pozwala oku widzieć. Ten świat widzialny naprawdę jest w nas. To nie jest leżąca na zewnątrz przestrzeń fizyczna - domena obiektywnego naukowego „widoku  znikąd”, gdzie perspektywa wynikałaby jedynie z  arbitralnego  wyboru punktu obserwacji. Pejzaże, Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej nie pełną funkcji wizerunku świata obiektywnego, nie ukazują inwentarza świata, o który mamy skrzętnie zabiegać  jako miłośnicy pięknych widoków. Prawda mieszka w nas, a to, co zdołamy rozpoznać i utrwalić, to są ekspresje naszego wnętrza.
„Bóg znajduje się z tyłu za okiem, natomiast Jedno, którego ideę oko stara się przeniknąć leży na wprost Niego. Spotykam najwyższego w intymności mojej samoobecności.”[1]
Interior intimo meo et superior summo meo – „A Ty byłeś bardziej wewnątrz mnie niż to, co we mnie było najbardziej osobiste, a zarazem wyżej nade mną niż mogłem sięgnąć kiedykolwiek.”[2]

Takie impresje towarzyszą mi przy analizie cyklu obrazów Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej, których tematem  jest świat „na zewnątrz”, niejako sfera poza domem. Cykl drugi obejmuje prace, w których Artystka pokazuje swoją prywatną przestrzeń -  zacisze pracowni, wnętrze mieszkania – i to jest także, jak się wydaje, pejzaż wewnętrzny autorki. Z obrazów emanuje ciepło, ład codziennych spraw. Zasłona w oknie, świetny malarski szkic ulubionego psa, jakieś zwyczajne przedmioty podkreślają nastrój intymności i tajemniczości. Ten spokój i bezpieczeństwo wnętrza jest zasadniczo inny niż „sterylność” wizji  tego co na zewnątrz – świata, do którego udajemy się na wyprawę poza dom.
We wnętrzach Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej  trwa nieruchomo czas - czas przypisany do miejsca, czas zatrzymany w pewnej chwili dzięki mechanizmowi  stop-klatki pamięci. Wiemy, że czas naszej egzystencji nie płynie liniowo jak miara zmiany procesów fizycznych. Nasz czas niekiedy się zatrzymuje. Tak jest w przypadku rozmów urwanych w pół zdania, nierozwiązanych problemów, które są jak pokoje z których wyszliśmy tylko na moment, a które czekają na nasz powrót nieraz całe życie. środku konfliktu, którego nie umieliśmy rozwiązać, w obliczu pytania, na które nie potrafiliśmy znaleźć odpowiedzi. Bo czy naprawdę czas płynie liniowo - czy nie powraca niczym zagadkowy refren? Wszyscy pamiętamy wiersz Juliana Tuwima, w którym pojawia się nostalgiczna fraza… a może byśmy tak najmilsza wpadli na dzień do Tomaszowa…  O wiele pełniej ujął ten problem Haimitio Doderer w swojej powieści  Schody Strudlhoffu.
Niewątpliwym osiągnięciem sztuki E. Wsiołkowskiej-Żelewskiej jest umiejętność malarskiego artykułowania  tak skomplikowanych poetyckich emocji niezwykle oszczędnymi środkami wyrazu.    
Wracając do inspiracji, oprócz już opisanych, wydaje się znamienną w artystycznym „emploi” Artystki jej niewątpliwa sympatia do doświadczeń  op-artu. Jak wiadomo, kiedy w Renesansie odkryto perspektywę zbieżną  pozwalającą tworzyć iluzję trójwymiarowej głębi, długo nie doceniano faktu, że ów malarski efekt, stanowi po prostu wizualny trick. 



Złudzenie, że tak „naprawdę widać” miało być sposobem przybliżania do prawdy przedmiotu. Pomijając zapoczątkowaną przez Cezanne’a rewizję geometrii widzenia, Op-art da się odczytać jako jedną z dróg w sztuce, w której wyraża się niepokój poznawczy - motyw platoński - w czasach nowożytnych odnowiony z nadejściem baroku. To jest podejrzenie, że  życie jest snem, a  to, co widzimy to tylko gra cieni,  i  że ta gra cieni jest ciekawsza niż istota rzeczy dana w pełnym słońcu logiki Arystotelesa – empirysty, który naiwnie ufał widzialnym przedmiotom. Skoro da się stworzyć iluzję przestrzeni trójwymiarowej, to może dałoby się skonstruować obraz przestrzeni nieeuklidesowych a może w ogóle malarskie budowanie kierunków i płaszczyzn okazuje nieobowiązującą zabawą, swoistą sofistyką, formułowaniem paradoksów, układaniem przewrotnych zagadek.

fot. P. Nowicki













Geometrycznie niemożliwe struktury zbudowane  są w obrazach Artystki z płaszczyzn niezwykle wystudiowanych zestawień kolorystycznych, tworzących mikrostruktury odcieni i faktur.  
Solidne malarstwo bez pustej ostentacji, z ogromnym przesłaniem pozytywnej energii  - to rzadkość w ofercie współczesnych galerii sztuki. Dlatego polecam gorlicką wystawę Ewy Żelewskej-Wsiołkowskiej jako niezwykłą okazję do optymistycznej autorefleksji nad pięknem zawartym w nas samych.


Paweł  Nowicki




[1]Charles Taylor, Źródła podmiotowości. Narodziny podmiotowości nowoczesnej, Warszawa 2012 str. 257
[2] Św. Augustyn Wyznania, przeł. Z. Kubiak  ZNAK Kraków 1992, str. 80

środa, 26 czerwca 2013

Imre Kertésza Los utracony




Temu, kto nie ma wyrobionej opinii o literaturze węgierskiej proponuję by studia nad nią rozpoczął od lektury powieści Imre Kertesza. Jego „Los utracony” to naprawdę książka z najwyższej półki.

Oto przed nami opowieść młodego chłopca, Żyda z Budapesztu, który przeżył koszmar niemieckich obozów koncentracyjnych. Relacja pozbawiona patosu, daleka od moralizmu i jeśli ją czytać uważnie, autor co krok podkreśla subiektywny i wyrywkowy charakter swoich obserwacji jak gdyby pisał reportaż z pobytu w osobliwym miejscu. W przeciwieństwie do znanych z literatury polskiej obrazów wojny i holocaustu – Różewicza, Nałkowskie, j nie znajdziemy tu wątku martyrologii. Może najbliższa wydawać by się mogła wizja Tadeusza Borowskiego ale i tak porównanie to, nie jest adekwatne. Książka Kertesza w swej głębszej warstwie zawiera przesłanie metafizyczne i trzeba ją czytać mając w pamięci powieści Franza Kafki. Mamy więc skrupulatny opis zdarzeń, z którego powoli i bardzo dyskretnie wyłania się mroczna metafora tragizmu ludzkiej egzystencji.

Bo co nam przypomina sytuacja bohaterów, w której każdy spośród aresztowanych snuje naiwne przypuszczenia - gdybym nie poszedł tą ulicą, gdybym się nie spóźnił do odjeżdżającego tramwaju, w sytuacji, gdy wiemy, że przecież wszyscy byli z góry skazani i jednakowo pozbawieni szans. Później, perfidnie zorganizowany świat obozu nie od razu ukazuje więźniom swoją grozę. Daje nawet obietnice, że da się w nim jakoś żyć. Autor mówi nam o powolnym działaniu czasu, sile przyzwyczajenia pozwalającym człowiekowi żywić nadzieję, podtrzymywać iluzje. Widzimy stopniową przemianę zdrowych ludzi w półżywych nędzarzy, powolne umieranie.

Czy obóz staje się w książce Kertesza uniwersalnym symbolem...?


- (...) wszędzie, nawet w obozie koncentracyjnym , bierzemy się najpierw do nowych spraw w dobrej wierze – przynajmniej ja tego doświadczyłem; na początku trzeba być dostatecznie dobrym więźniem, a resztę przyniesie przyszłość (...)

- „Ale samobójstwa zdarzały się rzadko, w żadnym wypadku nie były regularne ani w żadnym razie typowe, to przyznawali wszyscy. Do moich uszu też docierały wieści o jednym czy drugim takim wydarzeniu, słyszałem, jak ludzie dyskutowali, wymieniali na ten temat poglądy, niektórzy z jawna przygana, inni z większym zrozumieniem, znajomi z litością – ogólnie jednak zawsze w taki sposób, w jaki człowiek stara się odsądzić nader rzadki, daleki od nas, w pewnym sensie trudno wytłumaczalny , może trochę lekkomyślny, może trochę godny szacunku, ale na pewno zbyt pochopny postępek.” (...)


- „Rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna zmiana, i to zwłaszcza w osobach postronnych, a więc w ludziach z fabryki, naszych strażnikach, a głównie w niektórych funkcyjnych w obozie; zauważyłem mianowicie, że stali się inni. Na początku nie bardzo wiedziałem, jak mam to sobie wytłumaczyć; wszyscy jakoś wypięknieli, przynajmniej w moich oczach. Dopiero potem zrozumiałem, ze to my musieliśmy się zmienić, oczywiście, tylko to było mi trudniej dostrzec. –


(...) „Dopiero wtedy zrozumiałem, ze czas niekiedy zawodzi nasz wzrok, jak się wydaje. Tak samo musiał umknąć mojej uwagi ten proces – choć w rezultacie bardzo wymierny – dotyczący całych rodzin, na przykładzie rodziny Kollmanów. (...) Było ich trzech; niski, łysy ojciec i dwóch chłopaków, większy i mniejszy (...) Oni zawsze trzej chodzili razem, jeśli to było możliwe ręka w rękę (..) Otóż po pewnym czasie zauważyłem, ze ojciec zostaje w tyle i synowie muszą mu pomagać, ciągnąć go za sobą, trzymając za ręce. Znów upłynął jakiś czas i nie było już z nimi ojca. Wkrótce większy musiał tak samo za sobą ciągnąc mniejszego. Później ten mniejszy także zniknął i w końcu wlókł się już tylko większy, a ostatnio jego też nigdzie nie widzę”. (...)

- „I na darmo wszystkie przemyślenia, zrozumienie, trzeźwy rozsądek, i tak nie mogłem opacznie zrozumieć jakby wstydzących się swej niedorzeczności, a jednak wciąż uparcie powracających słów skrytego pragnienia; chciałoby mi się jeszcze trochę pożyć w tym pięknym obozie koncentracyjnym.” (...)

- „Gdyby nie było tej chronologii, i gdyby cała wiedza runęła nam na głowę od razu tam na stacji, to może nie wytrzymałaby tego ani głowa, ani serce (...)”

Rozwinięcie kafkowskiego tropu zarazem więcej wątków filozoficznych znajdzie czytelnik także w innej książce I. Kertesza: Ja, inny. Kronika przemiany.





     Paweł Nowicki



Imre Kertész, Los utracony, tłum. Krystyna Pisarska, Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2002. Literacka Nagroda Nobla 2002

środa, 24 kwietnia 2013

Andrzeja Bobkowskiego „Punkt równowagi”, "Szkice Piórkiem"

-->
Twórczość Andrzeja Bobkowskiego należałoby zapewne postawić obok dorobku takich pisarzy polskich, jak Gustaw Herling Grudziński, Witold Gombrowicz albo Czesław Miłosz. Ci wielcy mistrzowie żyjąc na obczyźnie, kreślili obraz świata dany w perspektywie uchodźcy zatroskanego o własną ojczyznę  ale także o los części świata będącej nosicielem i depozytariuszem systemu wartości, któremu pozostawali wierni. Wygnańcy z rodzinnego kraju potrafili to, co narodowe ukazać w kontekście światowym a swemu osobistemu doświadczeniu nadać wymiar uniwersalny. Wolni od presji totalitarnych reżimów, trafnie formułowali diagnozy odzwierciedlające kondycję duchową człowieka współczesnego świadomego zagrożeń nadchodzącego nowego barbarzyństwa..

Bo to co Brugmans powiedział o Europie, mogę powiedzieć o sobie: jestem człowiekiem cywilizacji niekonformistycznej, człowiekiem będącym w ciągłej walce samym sobą, człowiekiem, który żadnego pewnika nie przyjmuje za prawdę, jeżeli nie odkrywa jej bezustannie na nowo.

Utwory zawarte w omawianym tomie są pełne żywego konkretu. Czujemy gorąco skał, zapach igliwia, słyszymy szum morza. Bobkowski po mistrzowsku maluje paryski pejzaż - widok z okna mansardy, zarosły zielskiem pałac. Jednak wszystkie te elementy obrazu literackiego zdają się dekoracją, przez którą prześwieca tajemnica ludzkiej egzystencji, tłem losów postaci poszukujących prawdy i dających dowody wierności samym sobie. Bohater Bobkowskiego podobnie jak herbertowski Pan Cogito jest dziedzicem antyku, chrześcijaństwa, nowoczesnej Europy. Starannie wykształcony,  jest jednak daleki od pustego epatowania erudycją. Przywołane prze autora motywy, symbole i świadectwa historii służą mu  jako rekwizyty, ukazujące wewnętrzny niepokój kultury Zachodu. Tak jest niewątpliwie w opowiadaniu Nekyia,  metaforycznie ukazującym ponadpokoleniową dyskusję, w której narrator zdaję się świadkiem a równocześnie równoprawnym uczestnikiem.

Zachód to my. Niezdecydowane dobro i niezdecydowane zło. To także resztki wspaniałej syntezy Grecji, Rzymu i Chrystusa, z której pozostano kilku coraz mniej zrozumiałych Greków, olbrzymi tłum zmaterializowanych patrycjuszy i pogańskiej hołoty z Suburvy oraz paru chrześcijan wyznających tę religię do granic własnej wygody (…)

Autor formułuje wypowiedzi, które w swej zwięzłości zdają się przypominać aforyzmy. Mniemam, że przytoczenie kilku z nich najlepiej posłuży czytelnikowi za rekomendację książki. 


Człowiek, istota nieznana, ten człowiek, o którym  Carrel mówi, że to, co nie daje się wymierzyć, jest w nim ważniejsze od tego, co daje się zmierzyć – tern człowiek wywraca ci ciągle obliczenia.

A w tej produkcji i konsumpcji, podniesionych do rzędu metafizyki, gdzie o maszynach mówi się, jak o żywych, a o żywych, jak o maszynach, krąży biedny człowiek, ta istota nieznana, i nie wie, co ma zrobić w sobie z tym wszystkim, czego nie można  w nim zmierzyć. 

Człowiek jest dla ciebie wyłącznie plasteliną, z którą robisz, co chcesz i którą pocieszasz, ze jak ja zużyjesz, to z następnej cegiełki już na pewno ulepisz to, co chciałeś.  

Chciałbyś myśl zmienić w jakieś perpetuum mobile i pragnąłbyś zatrzymać życie, aby „policzyć szprychy koła w ruchu”, jak pisał Flaubert w jednym ze swoich listów dla mnie jest to mrzonką, w której kryje się śmierć wszystkiego, co nazywamy życiem.

Znamienna wydaje się, zawarta w tytułowym opowiadaniu wzmianka o świetlikach. Niezawiniona śmierć owadów, które giną masowo na oczach bohatera, daje się odczytać jako riposta na tyradę,  którą Gombrowicz wygłasza na kartach swojego Dziennika. Autor Ferdydurke ubolewa - jak pamiętamy - nad hekatombą żuków, które przewracane przez wiatr i palone słońcem, giną na tysiącach kilometrów atlantyckiej plaży. Narrator w opowiadaniu Bobkowskiego wyznaje, że usiłował pomagać, po czym stwierdza bezsens starań i w końcu mówi o problemie ilości… Bohater omawianego utworu nie unosi się pychą i nie próbuje brać na siebie odpowiedzialności za cały świat, co nie znaczy, że cierpienie owadów jest mu obojętne. Pojmuje jednak, że nie on im dał im życie i nie on przewidział cykl ich umierania. Dlatego nawet nie przyznaje się przyjacielowi do swojej słabości (współczucia) i dyskretnie zbiera do pudełka gasnące drobiny. Cóż można więcej… na tym świecie… Czy istnieje dusza - tak, jak  żuk w pudełku w słynnym przykładzie Wittgensteina jak i  czyjeś cierpienie – doświadczenie najbardziej własne, stanowiące dowód realności ja? Coś jednak zdaje się przeświecać, coś gasnąć.  Bez deklaratywnych tez modnego wówczas egzystencjalizmu, Bobkowski jest wyczulony na los istnienia poszczególnego - właśnie na mocy tradycji i jakoś prywatnie, a nie „w sensie Sartre’a albo Heideggera”. Bobkowski nie pisze o tym wszystkim wprost. W Szkicach Piórkiem wspomina, że dobra literatura ma być jak granat, który ma eksplodować  z opóźnieniem w umyśle czytelnika. Niechętny egzaltowanym przyjaźniom, o pracy pisze w duchu Arystotelesa, a w jego ocenie cywilizacji europejskiej pobrzmiewają wyraźnie konserwatywne echa conradowskiej Placówki postępu. Poczucie wyższości wobec tych, którzy maszynę „niszczą w ciągu dwudziestu czterech godzin, po czym naprawiają przez dwadzieścia lat”, pozbawione jest złudzeń, nadziei jakiegoś „absolutnego” uzasadnienia.    

O jakie granice panu chodzi? Jeśli dobrze zrozumiałem…
O granice pewnej moralności (…) zdewaluowanej, ale moralności. Tej dewaluacji nie należy przyspieszać, a w każdym razie nie powinniśmy tego robić my.”


Na koniec jeszcze bardzo wymowny fragment ze Szkiców Piórkiem A.  Bobkowskiego:

„Otóż cały ten świat (…) rozpoczął grę prawie w tym samym czasie. Do banku wpłaciło trzech partnerów – każdy pokaźną sumę. To były wpłaty grecka, rzymska i chrześcijańska. Ale każda z tych wpłat, równa co do wartości wpłacona została w innej walucie. Uważaj: Grecy wpłacili pojęcie człowieka i rozum, (…) Dzięki temu stworzyli teorię. (…) Rzymianie wpłacili praktykę, a w niej głównie prawo i naukę o jego poszanowaniu. A teraz na odmianę wyobraź sobie ten świat jak termometr z podziałką. Grecy i Rzymianie wpłacili swoje stawki poniżej zera. Panował mróz. To wszystko było zimne pomimo usiłowań wielkich filozofów, którzy czuli ten chłód, ale nie potrafili z niego wyjść i nie potrafili ogrzać temperatury świata, bo brakło im – pomimo wszystko – poczucia człowieczeństwa.
(…)
                      I nagle w tym miejscu, w którym na termometrze jest czerwona kreska, rodzi się Chrystus. Temperatura od razu wzrasta, bo z jego narodzeniem rodzi się dopiero prawdziwy człowiek. On i jego uczniowie niosą słowo o nowym człowieku, o  jego życiu doczesnym i życiu duszy, o wieczności. Dopiero ten człowiek zaczyna mieć prawdziwe poczucie godności ludzkiej.
                     (…)
- Grecja wpłaca do banku rozum, poszukiwanie prawdy, walkę z ciemnotą, przesądami,  fanatyzmem. Pozwala on ludziom porozumieć się, stwarza dyskusję. Rzym dorzuca prawo, naukę o prawach i obowiązkach; zaś chrystianizm odróżnienie życia doczesnego i życia wiecznego, pojęcie godności osoby ludzkiej, jej wartość nie tylko użytkową. Wytycza on wreszcie granice władzy państwa nad człowiekiem.
(…)
Bobkowski konkluduje, że cechą tego,
co nazwano totalizmem, to znaczy, w sumie, absolutne i zupełne zaprzeczenie wartości tych trzech wielkich wpłat. Dla totalizmu nie ma nic nietykalnego, a ty jako człowiek, zależnie od twoich umiejętności, nie jesteś przede wszystkim Tadziem, lecz tylko łopatą, kilofem, śrubokrętem, pilnikiem i tak dalej. Ludzie tacy,  jak ja są tam tylko piórem, pędzlem, płytą gramofonową albo w ogóle - i najczęściej kataryną. Można z nimi robić, co się chce. Los ich i życie zależą od jakiegoś centralnego wykresu i wykres ten dyktuje, czy ludziom tym ma być gorzej lub lepiej.

Jest zastanawiające, że Bobkowski, którego należy umieścić w szeregu czołowych Polskich pisarzy emigracyjnych, nadal jest tak mało zanany a jego książki nie spotkały się z tak wielkim rezonansem jak dzieła Miłosza albo Gombrowicza.



      
Paweł Nowicki   

Andrzej Bobkowski,  Szkice Piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011
Andrzej Bobkowski,  Punkt równowagi, Wydawnictwo Literackie 2008

niedziela, 17 marca 2013

Czy artysta może abstrahować od tego, co widzialne?

-->
Oto ludzie wędrują aby podziwiać szczyty gór, wysoko wzniesione fale morza, szeroko rozlane rzeki, ocean otaczający ziemie, obroty gwiazd. A obok siebie samych obojętnie przechodzą.  
                  Św. Augustyn, Wyznania


                   Jeśli wyłączyć kreacje konceptualizmu, rzadko się zdarza, by autokomentarz artysty odgrywał tak istotną rolę w recepcji utworu, tak jak ma to miejsce w przypadku prac Teresy Anny Ślusarek*. Kiedy oglądamy serię obrazów zaprezentowanych w kameralnej gorlickiej galerii Dwór Karwacjanów, moglibyśmy się zgodzić, że to, co autorka mówiła tam na temat genezy swych grafik, mogłoby stanowić rozszerzony tytuł  ekspozycji – długą formułę, dookreślającą jej sens (z reguły tytuł zamyka się w jednym zdaniu). Jak się dowiadujemy, źródłem inspiracji do powstania prezentowanego cyklu prac było doświadczenie gór. Artystka ma za sobą trudny trening wspinaczkowy, polegający na pokonywaniu wysokości z opaską na oczach. Nie widząc niczego dookoła, zdana jedynie na dotyk i pochodzący z własnego wnętrza zmysł równowagi, musiała sobie radzić w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Tak rodziły się jej doświadczenia przestrzeni, chłodu i porowatości skał.
                   Fryderyk Nietzsche pisał o radosnej ślepocie, która nielicznym pozwala bezkarnie chodzić na skraju przepaści. Prawdą jest, że na wysokości wzrok bywa wątpliwym doradcą. Ograniczenie, zawężenie pola percepcji dodaje odwagi, a nadmiar „wiedzy” bywa niekiedy ciężarem. Być może interpretując prace Teresy Ślusarek, należałoby mówić o problemie przekładu wrażeń dotykowych na doznania wzrokowe. Czy prace wystawione w gorlickim Dworze Karwacjanów są obrazami „czegoś”? Czy artysta może zupełnie abstrahować od tego, co widzialne? Czy analizując grafiki Teresy Ślusarek, można widzieć w nich bliskie surrealizmowi projekcje, których tworzywem – „źródłem twórczej energii” – jest głębia psychiki i wyobraźnia aktywizowana w stanach ekstremalnych?
Prace, które można było oglądać na gorlickiej wystawie, cechuje umiar, wielka równowaga. Jest w nich coś sakralnego, coś z ładu katedry –  podobieństwo widoczne w przenikających się kolistych motywach, które tworzą harmonijny rytm (Pejzaż fraktalny). Mimo ascetycznej wręcz oszczędności koloru zdają się być prześwietlone zagadkowym blaskiem. Może to skojarzenie wyda się odległe, ale prace Ślusarek przypominają mi unizm prac Marii Jaremy. Cienkie paski papieru nałożone na podmalowane tło tworzą kolaże o falistej, koronkowej strukturze. Koła, powtarzające się w kilku kompozycjach, mogą sugerować tajemniczy mechanizm, zegar, kompas – archaiczne dziś urządzenia, służące orientacji w czasie i przestrzeni, gdy zawodzi wzrok.
              Przypominają się ironiczne wobec uroszczeń rozumu zegary surrealisty Man Raya, które mierzą osobliwy czas na wyspie własnego „ja” – dokładny, ale nieprzystający do kosmicznego uniwersum. Kto stawia czoła nieznanemu, ten wyznacza swój czas, którego właściwą miarą jest moment podjęcia decyzji. Oczywiste więc zdają się symboliczne egzystencjalne podteksty – nasze życie ukazane jako heroiczna wspinaczka wbrew prawom grawitacji, na tle zimnej i obojętnej materii bytu. Kamień z matematycznym porządkiem swych krystalicznych form i nawet świat roślin są obce człowiekowi. Stanowią tło, które nawet piękne, nie daje pocieszenia.
          Jedna z prac ukazuje formę, przypominającą negatyw źrenicy, w innych można domyślać się struktur kamienia, odcisków pradawnych organicznych form, powidoku lasu w oddali, poniżej skalistych turni. Posiatkowane zarysy zboczy, obok czarne głębie – to jak gdyby mapa obszarów niepewności, przestrzeni odczuwanej na odległość ręki, chwiejnej równowagi stopy. Może to obraz fisis, zanim ukazała się jako eidos? Co widzimy, gdy, zamykając oczy, próbujemy wyobrazić sobie grecki apeiron, kosmos albo nieskończoną dal? Czym różnią się od siebie wszystkie te otchłanie? Czy można je wyrazić jednym pojęciem? Jaki obraz towarzyszy niewiedzy na lekcji matematyki? Czy mamy przed oczyma tę samą czerń tablicy z zaciekami kredy i szare linie biegnące donikąd? Chwytamy się brzytwy, pisząc n+1 i krok po kroku wspinamy się w ciemność.
Oglądając prace Teresy Ślusarek przypomniałem sobie rozważania Joachima Rittera, który nawiązując do Jakuba Burckhardta, pisał o wspinaczce Petrarki na szczyt Mount Ventoux (Studia z filozofii niemieckiej, t. 2, Szkoła Rittera pod red. Stanisław Czerniaka i Jarosława Rolewskiego, Toruń 1996). W czasach Petrarki nie znano estetycznej wartości górskiego pejzażu. Nawet kilka wieków później podróżujący przez góry zasłaniali okna swoich karet, nie chcąc patrzeć na budzące zgorszenie wybryki natury, skalne rozpadliny nieuporządkowane ludzką ręką. Ritter powołując się na Schillera i Simmla rozwija myśl, że sztuka średniowiecza nie znała estetycznej autonomii pejzażu, który pełnił wówczas inną rolę niż dziś. Autorzy eposów rycerskich pisząc o cnotach dzielnych bohaterów, nie przywiązywali wagi nawet do pór roku. Dopiero u schyłku tej epoki filozoficzna myśl Ockhama – nominalizm – porzuca uniwersalistyczny punkt widzenia i przydaje znaczenie temu, co jednostkowe. Tak ówczesna nauka odkrywa świat doczesny i przyrodę jako zespół empirycznych faktów.
Petrarka stara się usprawiedliwić swą wspinaczkę, by nie być posądzonym o bezbożną ciekawość, czy chęć pustej rozrywki. Powołuje się na znalezioną w pismach Liwiusza wzmiankę o Filipie, królu Macedonii, który miał wspiąć się na tesalski Haimon w nadziei, że z jego szczytu ujrzy równocześnie dwa morza: Adriatyckie i Czarne. Zabiera ze sobą na wyprawę Wyznania św. Augustyna, w których natrafił na fragment, przytoczony przeze mnie motcie tekstu. Za myślą Platona wierzy we wznoszenie się duszy, która odrywa się od cielesności i podąża ku Bogu. Nie wsłuchuje się w głos natury, nie podziwia rozpościerających się przed nim widoków, całą uwagę poświęca doznaniom wewnętrznym.
Pamiętamy z nauki Platona, że dusza ludzka, uwięziona w ciele, miała za zadanie podążać wzwyż, ku Idei Dobra. Więźniowie jaskini jak czytamy w Polis mieli się wspinać ku prawdziwemu światłu, które nie jest jasnością odbieraną przez zmysły. Gdy w czasach nowożytnych odeszła w niepamięć idea duszy świata, a kosmos stał się domeną nauk ścisłych, symbolika przyrody odnalazła azyl w literaturze i sztuce. Pejzaż obraz przyrody zjawia się tam jako synteza, przedmiot estetyczny. Nauka ukazuje nam świat poprzez ilość – z punktu widzenia fizyki nie istnieją barwy, a tylko częstotliwości światła wyrażone w liczbach. To co odbieramy zmysłami jako obraz makroświata, uważa się za złudzenie, które uczony odruchowo koryguje, poddając je stosownej reinterpretacji. Nie ma zatem żadnego „wschodu słońca”, już w szkole dowiadujemy się, że „tylko tak widać”, a naprawdę Ziemia się porusza.
Platonizm, na pozór tak odległy, konsekwentnie odwracał się od świata zmysłów, postrzegając go jak grę pozoru i zalecał szukanie prawdy we wnętrzu człowieka. Wiedzę matematyczną, którą ogarniamy rozumowo, przedkładał ponad doświadczenie. W tym sensie, to, co jest dane zmysłem wzroku, poniekąd nie istnieje. Co zatem widzimy? Czyż nie to, czego nas nauczyli widzieć malarze? Jak pejzaż, który nie istniał, zanim nie pojawił się koncept perspektywy. Widok natury z określonego punktu, utrwalony przez artystę, może być sposobem wyrażania i manifestowania ważkich prawd. Fakt, że ktoś się zatrzymał w określonym miejscu, że nadal tam stoi i przygląda temu, co widzi, zawiera skomplikowane presupozycje. Człowiek ten bowiem ma, najwyraźniej, pod dostatkiem wolnego czasu, nie myśli o Bogu i nie śpieszy innym z pomocą. Inaczej niż ci, którzy krzątają się na wielkim targu rybnym, nieświadomi tego, że ktoś na nich patrzy, zbyt zajęci swoimi pracami, by nadać nazwę epoce, w której żyli. Proust pokpiwał złośliwie z filistrów Verdurinów, którzy zapraszali gości do ogrodu w specjalnie zaprojektowane miejsca widokowe. Petrarka wspinając się na szczyt, spotyka po drodze pasterzy, dla których góry były po prostu miejscem ciężkiej pracy.
Kicz, o którym wiemy, że pojawiał się w okresie romantyzmu, w swych najbardziej znanych nadużyciach karmi się motywami górskiego pejzażu. Biedne rogate zwierzę porykujące na tle świtu lub zachodu słońca wśród skał przeszło do historii, stając się synonimem bezguścia. Nie można dziś tak po prostu zaufać uczuciom, dać się nieść temu, co „widzimy”. Trzeba zanegować naiwność spojrzenia, pamiętać o tym, że oko widząc, nie widzi samego siebie, pamiętać o tym, że, aby zrozumieć swoją sytuację, musimy choć na chwilę zawiesić sąd o tym, co postrzegamy. Dlatego bliżej ukrytej przed nami prawdy jest artystka, kiedy (pomijam efekty warsztatowe) ukazuje swoisty negatyw, obraz własnego wnętrza, niż gdyby nam pokazała nastrojową panoramę gór.
Dzika przyroda stała się atrakcyjna wtedy, kiedy człowiek znudził się własnymi wytworami. Dzieła człowieka, cywilizacyjne obiekty i systemy kontroli są współcześnie odczuwane jako niemniej groźne od żywiołów natury. Przyroda zmieniła swą tożsamość, jest  traktowana jako swoisty azyl dla ludzi. Jej ochrona wymaga nakładów, natura staje się quasi-towarem – „parkiem krajobrazowym”, i korzystanie z niej nie jest już darmowe, nawet kiedy nikt od nas nie żąda biletu za wstęp do lasu czy na górskie szczyty. Dziś uciekając od cywilizacji, tak naprawdę podążamy w głąb siebie. Kultura zawłaszczyła teraz nawet to, co „inne” – przyrodę, swe dotychczasowe ograniczenie, albo obcowanie z nią – jak w przypadku grafik Teresy Ślusarczyk – przenosi nas w intymny obszar świadomości, w sferę fizycznych i mentalnych doznań, w domenę wyobraźni. Autorka mogłaby nam przywieźć ze swych wspinaczek serię „ładnych” zdjęć lub poironizować na temat turystyki w stylu pop jak Duane Hanson.
Tyle pytań wywołuje ta gorlicka wystawa, tyle otwiera widoków


Paweł Nowicki


Tekst opublikowany w rzeszowskim kwartalniku FRAZA nr 4 (78) 2012 http://fraza.univ.rzeszow.pl/index.php




* Od 5 października 2012 roku w gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów” w sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego można było oglądać grafiki  Teresy Anny Ślusarek. Ur. w 957 r. w Kielcach artystka jest absolwentką Instytutu Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Dyplom z grafiki warsztatowej uzyskała w pracowni prof. Ryszarda Osadczego w 1983 roku, zaś  doktorat na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach Filia w Cieszynie w roku 2003. Prowadzi pracownię grafiki w Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Prezentowana wystawa jest dziesiątą w jej dorobku. Artystka uczestniczyła w wielu wystawach zbiorowych i konkursach w kraju i za granicą (m.in. w Portugalii, Egipcie, Tajlandii, Bułgarii, Macedonii). Obok grafiki uprawia fotografię i rysunek.