Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów w Gorlicach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów w Gorlicach. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 listopada 2016

Ciało w malrstwie Jarosława Baucia

28 października 2016 r. w gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów” w Sali im. ks. Bronisława Świeykowskiego otwarta została wystawa malarstwa Jarosława Baucia[1].

Fotorelacja z wernisażu znajduje się TUTAJ


Gorlicką wystawę zwiedzać można od  28 października do 23 listopada 2016 r.
Fot. P. Nowicki

Fot.P. Nowicki















Fot. P. Nowicki

Fot. P. Nowicki





















[1] Jak  czytamy w notce biograficznej: „Jarosław Bauć urodził się 17 stycznia 1959 r. w Krakowie. W latach 1980-1985 odbył studia  w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku na Wydziale Malarstwa.
Dyplom uzyskał w 1985 roku w pracowni prof. Włodzimierza Łajminga. Od 1985 roku pracuje w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Był asystentem w Pracowni Podstaw Malarstwa i Rysunku prof. Teresy Miszkin. W 2001 roku uzyskał II stopień kwalifikacji. Od 2005 roku prowadzi Pracownię Wiedzy o Strukturach i Działaniach Wizualnych. Od 2006 roku wykłada historię sztuki na Uniwersytecie Gdańskim. Zajmuje się malarstwem i rysunkiem. Właściciel i kurator "Galerii Jesionowej 4B/3" w Gdańsku Wrzeszczu. Mieszka w Gdańsku.
Malarstwo Jarosława Baucia mocno zakorzenione jest w tradycji sztuki europejskiej. Skłaniając się ku sztuce tradycyjnej artysta prowadzi poszukiwania w wymiarze malarstwa figuratywnego. Charakterystyczną cechą dla ostatnich obrazów artysty jest ich monochromatyczna paleta barwna zawężona jedynie do odcieni czerwieni i jej pochodnych. Inspiracją dla twórcy stają się elementy kultury masowej, znamienne dla niego jest również odwoływanie się do ikonografii sztuki dawnej. Artysta często multiplikuje przedstawienia tworząc cykle obrazów, które podlegają przetworzeniom i modyfikacjom.”


niedziela, 3 lipca 2016

„Międzypola” Franciszka Niecia w gorlickim „Dworze Karwacjanów”



12 lutego 2016 r. w gorlickiej Galerii Dwór Karwacjanów, w sali im. Ks. Bronisława Świeykowskiego odbył się wernisaż prac artysty grafika Franciszka Niecia[1] pt. Międzypola.
Ekspozycja obejmowała cykl wielkoformatowych kolorowych grafik w technice linorytu, której wiodącym tematem były miejsca wielkich bitew, jakie rozegrały się w czasie dwóch stuleci. Bezpośrednim, plastycznym źródłem inspiracji artysty były satelitarne fotografie terenów walk Kolorowe linoryty F. Niecia choć w oczywisty sposób nawiązują do wspomnianych fotografii, są raczej wariacją na temat obrazów zarejestrowanych satelitarną kamerą. Fakt to znaczący i zapewne nieprzypadkowy, że formy plastyczne  zastosowane przez artystę  przypominają maskujące desenie współczesnych wojskowych mundurów, co dodatkowo podkreśla militarny wyraz i metaforyczne przesłanie całej ekspozycji. W komentarzu wystawy autor pisze:

Wystawa grafik tworzonych jako cykl ''Międzypola'' w mieście, które przeszło do historii jako pole bitwy jest dla mnie szczególna. Moim marzeniem jest prezentować swoje grafiki w miejscach związanych z polami bitew I wojny światowej, które stanowią inspirację do powstawania grafik, podróży, jak i odkrywania nieznanej historii. Podróżując po Europie na każdym kroku spotykam ślady tamtych działań, nieznanych i zapomnianych, które czasami trudno znaleźć. Verdun, Passendale, Ypres, Przemyśl, Caporetto, Osowiec nie są już dla mnie tylko nic nie znaczącymi punktami na mapie. (…)
Łączenie pasji wykonywania matryc, poznawania historii oraz podróżowanie to nieodzowne działania, na które składa się efekt plastyczny moich wystaw. Bezpośrednią inspiracją są pola walki, fortyfikacje, rejony ufortyfikowane całej Europy odnajdywane poprzez widok satelitarny. ''Międzypola'' to linoryt wielomatrycowy, na który składają się pola o formacie 70cm x 50cm tworzące całość nawiązującą do mapy, która nie jest realistycznym odtworzeniem terenu. Jest to autorska interpretacja składowych doświadczeń w procesie tworzenia-poszukiwania, topografii, piętna historii”[2].

W wielkiej panoramie pól bitewnych F. Nieć wykorzystał obraz zdjęć satelitarnych (skądinąd współczesnego środka walki  obraz ten upodabnia się do barw ochronnych żołnierskiego munduru, gdzie motywy zieleni, mieszają się z partiami szarości i czerni te zaś z kolei sąsiadują z plamami jasnej szarości, piaskowej żółcieni.
Warto na marginesie wyjaśnić, że o ile dawniej mundury mające służyć maskowaniu żołnierza na tle pokrycia terenu, wykonane były w jednolitym kolorze – w różnych odcieniach szarej zieleni, o tyle obecnie stosuje się inne rozwiązania. Niegdyś wychodzono z założenia, że skoro roślinność widziana z oddali wydaje się szara, sylwetka żołnierza na polu walki, dla uzyskania lepszego kamuflażu również powinna mieć tę samą barwę.  Stosunkowo niedawno odkryto, że w tym celu, aby mundur widziany z odległości, dajmy na to, dwustu metrów nie wyróżniał się na tle gąszczu zarośli, z bliska sam musi wyglądać tak, jak  kępa krzaków widziana z małego dystansu. Krótko mówiąc, by z daleka wyglądać, jak krzak widziany z daleka, z bliska trzeba wyglądać tak, jak krzak widziany z bliska. Znaczy to, że w deseniu munduru muszą się pojawiać  jaskrawe plamy imitujące partie oświetlonych liści, kontrastujące z mrocznymi zagłębieniami cienia, zaś bardziej jednolite obszary szarości muszą być poprzecinane na przemian jasnymi i ciemnymi liniami, przypominającymi oświetlone i  zacienione gałęzie. Dopiero taka pstrokata postać, widziana z odległości 100-200 metrów, zlewa się w jednolitą plamę  khaki, feldgrau, itp. łagodnie wtopioną w odległą roślinność. Przeciwnie, postać, która z bliska jest jednolicie szarozielona, z oddali wyraźnie odcina na tle horyzontu jako figura zdecydowanie ciemniejsza. Malarze od stuleci znali zasadę, iż odległość łagodzi kontrasty. Przedmiot zdecydowanie jasny, umieszczony na dalekim planie, musi być przyćmiony – namalowany kolorem ciemniejszym, z kolei czarny lub głęboko zielony – musi zostać rozjaśniony do odpowiednich odcieni szarości. Dopiero niedawno wykorzystano tę malarską wiedzę na potrzeby wojska.
Skojarzył artysta obraz  ziemi widziany z wysokości satelity z deseniem polowego munduru. Już samo uświadomienie tego podobieństwa jest bardzo wymowne. Widzimy w grafice F. Niecia obraz terytorium, o które prowadziło się wojnę,  odnajdujemy ziemię, która dawała żołnierzowi schronienie jako okop czy ziemianka. Wyrażenie takich refleksji wprost, trąciłoby zużytym patetycznym sloganem, więc artysta używa sugestii lub wykorzystuje określony zbiór formuł przywołanych przez zebrane rekwizyty. Dlatego obrazy najsłynniejszych bitew, jakie rozegrały się w naszej historii ukazane są w grafice F. Niecia jakby z wysokości z kompozycją osnutą na detalach w skali makro ze zdjęć satelitarnych, w których zarysy pól i lasów zdradzają formę dawnych fortec. Widzimy jaskrawo świecące mury bunkrów, widmowe ruiny ale także zygzakowate sieci okopów, ziemię poranioną przez ostrzał artylerii.
Prace wykonane w technice linorytu poprzez nakładanie kolejnych partii koloru, przypominają wyrafinowane kolorystyczne malarstwo. Mimo różnicy zastosowanych środków, przypominają się wielkoformatowe „chlapane” obrazy J. Pollocka. Szczególnie Lawendowa mgła zdradza powinowactwo tym motywem mapy, widoku z wysokości. (Pollock pracował z ojcem geodetą przy pomiarach Wielkiego Kanionu Kolorado). Również monotypie Marii Jaremy w swych stonowanych  barwach mogą posłużyć jako  układ odniesienia dla interpretacji omawianych prac. To, co nieznane, zaskakujące i nowe próbujemy zrozumieć wiążąc z czymś już znanym. Taki jest rytm niemal każdego procesu rozumienia czy  interpretacji. Celem moich porównań nie jest więc  bynajmniej umniejszanie wagi czy sugestia wtórności, przeciwnie odkrywając pewne dalekie  analogie  pragnę ukazać, jak Franciszek Nieć wpisuje się w poczet wybitnych artystów, których łączy trudny do jednoznacznego ustalenia wspólny rys.
Fotoreportaż z wernisażu wystawy znajduje się tutaj.
Paweł Nowicki




[1] Franciszek Nieć – ur. w 1961, zam. w Rydułtowach. Ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Bielsko-Białej (1981), studia na ASP w Krakowie – Wydział Grafiki w Katowicach (1989). Wykładowca Państwowej Wyższej Szkoły w Racioborzu. Dyrektor Państwowego Ogniska Plastycznego w Rydułtowach. Doktor Sztuk Pięknych z grafiki warsztatowej (2004). Habilitacja Sztuk Pięknych z grafiki warsztatowej (2014). Ostatnie wystawy: 43 rd International Print Award „Carmen Arozena” Hiszpania - 2015; 18 th International Print Biennial Varna Bułgaria- 2015; 3 rd Brest Print Triennial Białoruś– 2015; 6 th Beijing International Art Biennale, Chiny- 2015; 11th International Biennial "Iosif Iser", Rumunia- 2015; 1st Bienal de grabado "Carlos Hermosilla" (wyróżnienie), Chile 2015.

środa, 23 marca 2016

Wystawa Kart pocztowych z kolekcji Bogusława Kuciakowskiego


8 stycznia 2016 r. w Gorlickiej Galerii Dwór Karwacjanów, w sali im. Włodzimierza Kunza  odbył się wernisaż wystawy pt. Karty pocztowe z kolekcji Bogusława Kuciakowskiego. Autor prac zgromadzonych na wystawie jest kolekcjonerem, filatelistą, działaczem kultury niezwykle zasłużonym dla naszego miasta. Przez wiele lat Bogusław Kuciakowski pełnił funkcję  sekretarza Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Gorlickiej. Jest członkiem Klubu Sztuki im. Alfreda Długosza – niegdyś przy BWA a obecnie Muzeum „Dwory Karwacjanów i Gładyszów” w Gorlicach a w latach 1986-1988 był jego prezesem.  Bogusław Kuciakowski współpracuje z Regionalną Telewizja Gorlicką, jest dokumentalistą życia kulturalnego,  obecny jako fotoreporter podczas wielu wydarzeń tworzących historię z Gorlic oraz regionu. Posiada znaczącą kolekcję  grafik, i malarstwa a  także bogate zbiory filatelistyczne. Piastuje stanowisko sekretarza Polskiego Związku Filatelistów – Koło Gorlice.

Prace zgromadzone na wystawie, obejmują niewielki fragment kolekcji pocztówek, które artysta wykonał na przestrzeni wielu lat.  Każda spośród prezentowanych kart uwiecznia jakieś wydarzenie związane historią i życiem kulturalnym naszego miasta. Przetworzona fotografia, nałożona jest zwykle na czytelny motyw – charakterystyczny emblemat rozpoznawalny dla mieszkańców Gorlic. Czasem jest to fragment reprodukcji jednej z akwarel braci Hubnerów, czasem godło miasta, logo jakiejś znanej instytucji. Autor, który będąc po części reporterem, starał się uczęszczać na wernisaże, wieczory autorskie, odsłonięcia pomników tworzył na bieżąco niezwykłą dokumentację.  

Znaczki, pocztówki przynajmniej w czasach poprzedzających upowszechnienie Internetu, były przedmiotami dyskretnie towarzyszącymi naszemu życiu. Pocztówka jest publikacją, która pojawia się w sporym nakładzie i podobnie jak książka posiada względną historyczną niezniszczalność. Ma szansę przetrwać, nie tylko w kolekcjach – często   zapomniana, nieraz zagubiona wśród pamiątek, domowych  szpargałów – by po wielu latach zostać odnaleziona, dając świadectwo minionego czasu. Te pocztówki trafią do rąk tych, którzy przyjdą po nas. Wpisują się na zawsze w skład dziedzictwa kulturowego Ziemi Gorlickiej, będąc zrazem autonomicznym dziełem sztuki. Istnieją raz jako pojedyncze egzemplarze – karty pocztowe, które mogą mieć charakter użytkowy, ale też jako całościowe przedsięwzięcie o wymiarze kolekcjonerskim . Przetrwają zatem jak pomniki, budowle, prace gorlickich artystów i architektów.

Przedsięwzięcie Bogusława Kuciakowskiego ma charakter otwarty. Autor planuje kontynuować swoje dzieło i, jak mówi, żałuje tylko, że nie rozpoczął swej pracy dwadzieścia lat wcześniej. Artysta opublikował również katalog wystawy zawierający opisy i szczegółowe informacje na temat swej twórczości. Sam ten katalog zdaje się integralną częścią artystycznego przedsięwzięcia  i wart jest uważnego studiowania. Powinien znaleźć się w zbiorach bibliotek, nie tylko naszego powiatu, lecz także w ośrodkach uniwersyteckich z uwagi na to, iż może on stać się nieocenionym źródłem dla pracy badawczej historyków  archiwistów.   

Prace B. Kuciakowskiego nabierają szczególnego znaczenia w czasach, kiedy pisanie listów, przesyłanie pocztówek w tradycyjnej formie papierowej, zostało w znacznej mierze wyparte przez pocztę elektroniczną. Tradycyjny list – w kopercie ze znaczkiem – nabiera unikatowego charakteru. Tym bardziej więc, pocztówka artystyczna, o ograniczonym kolekcjonerskim nakładzie staje się znamieniem luksusu. Miejmy nadzieję, iż stanie się tak, że jeśli ktoś otrzyma życzenia na oryginalnej karcie pocztowej B. Kuciakowskiego, uzna to za  wyraz szczególnego szacunku, elegancki gest, dowód towarzyskiego wyróżnienia.

 

Paweł Nowicki

niedziela, 3 maja 2015

„Od Źródła” O wystawie fotografii ks. Andrzeja Muchy





„Potem rzekł Bóg: Niech się zbiorą wody, które są pod niebem, na jedno miejsce, a niech się ukaże suchy ląd. I stało się tak. 10. I nazwał Bóg suchy ląd ziemią a zebranie wód nazwał morzem. I widział Bóg, że tak było dobrze”. [R. 1, 9-10]

Bywa, że kapłani szukają w przyrodzie śladów Pana Boga. Ksiądz Bronisław Świeykowski pełniący funkcję burmistrza Gorlic w czasie słynnej bitwy z 1915 r., w czasie wolnym od obowiązków zbierał okazy motyli. Ksiądz Andrzej Mucha[1] również zasłużony dla naszego miasta, zajmuje się fotografią i utrwala na swych zdjęciach górskie strumienie, skały, motywy rodzimego pejzażu. W dniach od 9 stycznia do 18 lutego 2015 r. w Gorlickiej Galerii „Dwór Karwacjanów”, w sali im. prof. Włodzimierza Kunza można było zwiedzać wystawę jego prac, zatytułowaną „Od źródła”. Za motto ekspozycji posłużył następujący fragment:
„…. Jeśli chcesz znaleźć źródło,
musisz iść do góry, pod prąd….”
J
an Paweł II  „Tryptyk Rzymski” (M edytacje)  

            Wiodącym tematem prac, które znalazły się na wystawie jest woda. Jednak mimo pozornego „realizmu”, każda z prezentowanych fotografii mogłaby być odebrana jako kompozycja abstrakcyjna, dla której pytanie, „co w rzeczywistości przedstawia”, schodziłoby na drugi plan. Mimo to, w twórczości artysty zachowana zostaje silna wieź z naturą, surową prawdą stworzonej materii, która bogactwo swych zmysłowych jakości ukazuje się wśród migotliwych refleksów barw, form skalnych i roślinnych. „Abstrakcja”, o której wspomniałem, nie polega na oderwaniu nieistotnych cech, celem wyłonienia „czystej” struktury przedmiotu. Nie rodzi się też z chęci przezwyciężenia zwyczajności, „zdrowego rozsądku" na rzecz wyspekulowanej, platonizującej pogardy tego, co widzialne. Św. Tomasz z Akwinu analizując poglądy zwolenników filozofii Platona, zdawał się przeczuwać późniejszy zwrot, jaki nastąpił w myśli nowożytnej, wiodący  w stronę subiektywizmu i traktowania świata zmysłowego jako iluzji, wręcz fikcji. Prace, które mogliśmy oglądać, nie należą do tego nurtu  abstrakcji, którego rodowodu można by szukać w historii współczesnego malarstwa. To nie jest  rezygnacja z empirycznego konkretu,  wywiedziona z medytacji nad zmiennością wyglądu kawałka wosku, braku zaufania dla zmysłów, karkołomnej konstrukcji opisu przestrzeni za pomocą arytmetyki, by na koniec zwątpić w istnienie świata.   Obrazy A. Muchy przenika tradycyjne zaufanie do naturalnej Prawdy Bytu.
Na ścianach galerii mogliśmy oglądać pogodną grę błękitów, żółcieni piaskowca rozświetlonego w słońcu, który niekiedy przybierał silnie rdzawy poblask niczym rude kamieniste koryto hiszpańskiej Rio Tinto. Refleksy na wodzie, kolory kamieni układające się w barwne mozaiki, w których blask nieba mieszał się z barwami ziemi, brązem i zielenią w ciemnych gąszczach roślinności ewokowały nastrój pogodny, afirmację, podziw. Białe struktury ukazujące wodę w różnych stanach skupienia, niekiedy wyglądającą niczym zamarznięta, tworzyły sople, „stalaktyty”, choć przeczyły temu słońce, barwy pory roku. Kiedy indziej woda była jak wełnisty opar, mgła, para pod ciśnieniem. Ukazywały się nam wodospady, nacieki, czasem ciężkie krople wiszące na liściach lub kiedy indziej formy właściwie nieprzedstawiające, co do których mogliśmy się jedynie domyślać ich akwatycznej genezy, zaś elementy roślinne z kropelkami rosy na łodyżkach podkreślały życiodajną moc wody, spadającej na ziemię wraz z deszczem, bez której nie byłoby wzrostu, wegetacji... życia. Kilka prac czarno-białych posuwało się tak daleko w odrealnieniu przedmiotu, że zdawały się sugerować wizje przestrzeni kosmicznej lub dostępne tylko pod mikroskopem elektronowym, przetworzone obrazy świata mikrocząstek, wizualizacje interferencji fal świetlnych. Za każdym razem jednak mieliśmy pewność, że mamy do czynienia z obrazem natury – physis, nie zaś z nadrealistyczną fikcją. Fotografie zgromadzone na wystawie układały się w serie bardzo podobnych ujęć, tworzących swoiste multiplikacje, co utwierdzało odbiorcę w przeświadczeniu, że nie chodzi o tradycyjny pejzaż, ale że studium natury jest tylko punktem wyjścia dla wyrafinowanej kompozycji właściwej sztuce na wskroś nowoczesnej. Oszałamiająca wielość tych zjawisk natury wyraża bogactwo, nadmiar, które zadają się manifestacją  się potęgi w wszechmocy Boga. Ukazuje dobroć, która się przelewa w mnogości stworzenia, rozumny ład, poczucie celowości, które dziś, w odczarowanym świecie może być tylko aktem wiary.
Jedna z tzw. „pięciu dróg” dowodu kosmologicznego na istnienie Boga św. Tomasza z Akwinu, polegała na argumentacji z celowości stworzenia. O harmonijnej strukturze hierarchicznego ładu średniowiecznej wizji uniwersum obszernie pisze C. S. Lewis w książce Odrzucony obraz. Autor ma na myśli szczytową fazę myśli scholastycznej, okres poprzedzający przewrót związany z narodzinami się nominalizmu Williama Ockhama, który wbrew swoim intencjom, utorował drogę nowożytnemu odczarowaniu świata. W czasach opisywanych przez Lewisa panował  prawdziwy humanizm.  Choć nie mówiło się wtedy nie tyle o człowieku, ile o Bogu, wskazywało się na Tego, Kto jest celem człowieka –  to, co ludzkie uznając po drodze jako oczywiste. Było to jak gdyby w myśl dalekowschodniej maksymy mówiącej, by patrzeć na księżyc, a nie na palec, który go wskazuje. Od bardzo mądrej osoby usłyszałem kiedyś zdanie, że pewnych rzeczy się nie mówi, tylko się je robi. To prawda, sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu, i nieraz bywa tak, że kiedy o czymś jest już bardzo głośno, możemy się obawiać, że sprawy dawno poszły we wprost przeciwną stronę.   
            W pradawnej filozoficznej wizji Heraklita ruch wody, przepływ, zmiana odbywały się bez kierunku, bez celu. Rodziły się z napięcia między źródłem a ujściem do morza, narodzinami i śmiercią między dniem i nocą w kręgu powtarzalnego cyklu. Z tym przedchrześcijańskim wyobrażeniem wiąże  się  idea wiecznego powrotu, zarazem nietzscheańskie  wielkie „Tak” dla bezlitosnej konieczności przyrody, oraz przygodności, skończoności ludzkiego bytu. W świetle scjentystycznie zorientowanej nowożytnej nauki, procesy przyrodnicze toczą się bez celu, i co najwyżej da się ustalić porządek następstwa, regularność serii. Pojęcie sensu wyrugowane z przyrodoznawstwa wiązało się z wyobrażeniem celowości, ideą Najwyższego Dobra. Celowość w świecie, przeświadczenie, że życie ludzkie zorientowane jest na transcendentny telos wydaje tęsknotą –  tym, czego przynajmniej domaga się wewnętrzne i źródłowe odczucie właściwe ludzkiej podmiotowości. Choroba na sens sama zdaje się tego dowodzić. Są oczywiście ludzie "religijnie niemuzykalni".
Nastrój emanujący z prac A. Muchy wyrósł z zaufania ładu stworzenia. Jednak woda –  pradawna, kiedy Duch unosił się nad  głębiami, woda Jordanu, którą chrzcił Jan Chrzciciel ukazuje się nam przecież także jako niszczący żywioł Biblijnego potopu. Pamiętajmy, że w potędze wody jest groza powodzi, sztorm. Tragiczna powódź, niszczący kataklizm to znak, że w świecie jest także zło, nie tylko ludzkie – zawinione złą wolą, ale także zło manifestujące się w procesach kosmicznych, jak pamiętne trzęsienie ziemi, które zniszczyło Lizbonę w XVIII w. Wbrew szyderstwom Voltaire' a, wierzymy, że to kara Boża, wyrok sprawiedliwości niepojętej jak nieskończoność matematyczna, droga, której nigdy nie przebędzie strzała Eleaty, dystans, którego nigdy nie pokona kafkowski Geometra K., by dotrzeć do Zamku. Pozostaje tylko wdzięczność za dobre chwile, darmo dane łaski, jak piękno wiosennych kwiatów.  
            Rodzi się pytanie, czy Byt przyrody sam przez się jest dobry? Na pewno jest dobry w tym sensie, że jest że jest darem Bożym –  ale jako physis? Dopiero, gdy Bóg uznał Swe stworzenie za dobre, (”I widział Bóg, że tak było dobrze. [R. 1,10]), tym afirmatywnym aktem potwierdził jego wartość. Sama natura, będąc tłem dla ludzkich uczynków, może być nijaka. Może rezonować nastroje naszego wnętrza – romantycy odkryli jej uwodzicielską moc. Ale bez Dobra Najwyższego może być  t y l k o  piękna. Jak koszmar tropików.

Paweł Nowicki



Fotorelacja z wystawy - tutaj




[1] Ksiądz Andrzej Mucha był wieloletnim proboszczem tej parafii i podczas jego posługi duszpasterskiej oraz dzięki jego staraniom zbudowano ten kościół. Na początku świątynia mieściła się w skromnym baraku. Później ks. A. Mucha przyczynił się do budowy gorlickiej „Golgoty” Górze Zamkowej, która na trwale wpisała się w pejzaż, architekturę, a przede wszystkim w życie religijne Gorlic. 

czwartek, 5 grudnia 2013

Obrazy Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej w Dworze Karwacjanów

-->
18 października 2013  roku w gorlickiej Galerii Dwór Karwacjanów, odbył się wernisaż wystawy prac wybitnej krakowskiej artystki, Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej. Na wystawie w sali głównej im ks. Bronisława Świeykowskiego wyeksponowano ponad trzydzieści obrazów z ostatniej dekady twórczości autorki. Otwarcia wystawy dokonał  Zdzisław Tohl - dyrektor Muzeum „Dwory Karwacjanów i Gładzyszów” w Gorlicach.
fot. P. Nowicki
Ewa Żelewska-Wsiołkowska – urodziła się  w 1948 r. w Krakowie. Studiowała na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem prof. Jerzego Nowosielskiego. Dyplom z wyróżnieniem uzyskała w roku 1974. Artystka  uprawia malarstwo i rysunek. Brała udział w ponad 30 wystawach zbiorowych w Polsce, w Niemczech, w Czechosłowacji, Belgii, we Francji i we Włoszech.
Ewa Żelewska-Wsiołkowska zorganizowała 16 wystaw indywidualnych m.in. w Krakowie, Warszawie, Tarnowie, Dębicy  oraz w Laaland w Danii. Jej prace znajdują się w zbiorach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, Muzeum Chełmskiego w Chełmie, Muzeum ASP w Krakowie, Muzeum Mondriaanhuis w Amersfoort w Holandii a także w kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.

***

Obrazy Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej prezentowane na gorlickiej wystawie układają się w dwa wyraźne cykle tematyczne, obejmujące: pejzaż i  wnętrza. W pejzażach dominantę stanowi motyw szerokiej przestrzeni, w której panuje świetlista surowa materia. Jasność morskiego horyzontu, górskie ośnieżone przestrzenie, lśniące gmachy ze szkła dalekich metropolii namalowane są na płótnach dźwięcznym kolorem z zastosowaniem przejrzystej kompozycji.   Panuje tu sterylny ład i formalny spokój użytych środków przypominający neoplastyczny wyraz obrazów Pieta Mondriana.
W swoich pracach Autorka zdaje się nawiązywać także do hieratycznych, oszczędnych form malarstwa  Jerzego Nowosielskiego, akademickiego mistrza artystki. Jest w tych pracach coś z estetyki ikony – gdzie wiodącym motywem wydaje się samoistne wewnętrzne światło, odsłaniające tajemnicę - ukryty wymiar tego, co widzialne. Światło, to nie buduje modelunku bryły, nie tworzy iluzji relacji przestrzennych -  ono sprawia, że kategoria mimesis nie znajduje zastosowania w interpretacji tych prac. Mimo, że tematem obrazu jest pejzaż, wnętrze lub martwa natura, Artystka nie tworzy iluzjonistycznych ekwiwalentów tematów. Te malarskie wizje prowadzą nas w głąb metafizycznej tajemnicy, dla ujawnienia której, formy przedmiotowe zdają się być pretekstem.  Odnosi się wrażenie, że przestrzeń tych obrazów wypełnia niczym niezmącona cisza. Jak przez szybę oglądamy wnętrze świata odizolowanego, osobnego. Ta „inna” obca  przestrzeń ewokuje poczucie nierealności. Gdybyśmy dla porównania przypomnieli obraz C. Lorraine'a Port morski o wschodzie słońca, uświadomilibyśmy sobie, że z barwnego płótna francuskiego mistrza do nas  plusk fal, krzyk porannych ptaków, skrzypienie olinowania, czujemy na twarzy rześki powiew wiatru. Na obrazach Wsiołkowskiej wyobrażona przestrzeń wydaje się głucha, zamknięta jak gdyby za pancerną  szybą. Niebo, horyzont nawet elementy miejskiego pejzażu wydają się małe, niczym dekoracje sceny teatralnej. Czy celem takiego  zabiegu jest wywołanie w umyśle odbiorcy poczucia umowności rekwizytów świata? To, co widzimy zdaje się pozorem, cieniem nieznanego - świętej tajemnicy. Tak naprawdę, nie są to pejzaże w potocznym rozumieniu tego określenia. Autorka nie zamierza odtwarzać malarskiego wizerunku  fragmentu natury. Stawia przed odbiorcą - widzem trudne   zadanie: zaglądnąć w głąb - dać się opromienić ukrytemu światłu. Warto w tym miejscu przytoczyć  platońsko-augustiański pogląd , zgodnie z  którym nasze poznanie świata polega na tym że zwracamy się ku wnętrzu naszej duszy. Dane nam od Boga  światło wewnętrzne jest tym, co pozwala oku widzieć. Ten świat widzialny naprawdę jest w nas. To nie jest leżąca na zewnątrz przestrzeń fizyczna - domena obiektywnego naukowego „widoku  znikąd”, gdzie perspektywa wynikałaby jedynie z  arbitralnego  wyboru punktu obserwacji. Pejzaże, Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej nie pełną funkcji wizerunku świata obiektywnego, nie ukazują inwentarza świata, o który mamy skrzętnie zabiegać  jako miłośnicy pięknych widoków. Prawda mieszka w nas, a to, co zdołamy rozpoznać i utrwalić, to są ekspresje naszego wnętrza.
„Bóg znajduje się z tyłu za okiem, natomiast Jedno, którego ideę oko stara się przeniknąć leży na wprost Niego. Spotykam najwyższego w intymności mojej samoobecności.”[1]
Interior intimo meo et superior summo meo – „A Ty byłeś bardziej wewnątrz mnie niż to, co we mnie było najbardziej osobiste, a zarazem wyżej nade mną niż mogłem sięgnąć kiedykolwiek.”[2]

Takie impresje towarzyszą mi przy analizie cyklu obrazów Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej, których tematem  jest świat „na zewnątrz”, niejako sfera poza domem. Cykl drugi obejmuje prace, w których Artystka pokazuje swoją prywatną przestrzeń -  zacisze pracowni, wnętrze mieszkania – i to jest także, jak się wydaje, pejzaż wewnętrzny autorki. Z obrazów emanuje ciepło, ład codziennych spraw. Zasłona w oknie, świetny malarski szkic ulubionego psa, jakieś zwyczajne przedmioty podkreślają nastrój intymności i tajemniczości. Ten spokój i bezpieczeństwo wnętrza jest zasadniczo inny niż „sterylność” wizji  tego co na zewnątrz – świata, do którego udajemy się na wyprawę poza dom.
We wnętrzach Ewy Żelewskiej-Wsiołkowskiej  trwa nieruchomo czas - czas przypisany do miejsca, czas zatrzymany w pewnej chwili dzięki mechanizmowi  stop-klatki pamięci. Wiemy, że czas naszej egzystencji nie płynie liniowo jak miara zmiany procesów fizycznych. Nasz czas niekiedy się zatrzymuje. Tak jest w przypadku rozmów urwanych w pół zdania, nierozwiązanych problemów, które są jak pokoje z których wyszliśmy tylko na moment, a które czekają na nasz powrót nieraz całe życie. środku konfliktu, którego nie umieliśmy rozwiązać, w obliczu pytania, na które nie potrafiliśmy znaleźć odpowiedzi. Bo czy naprawdę czas płynie liniowo - czy nie powraca niczym zagadkowy refren? Wszyscy pamiętamy wiersz Juliana Tuwima, w którym pojawia się nostalgiczna fraza… a może byśmy tak najmilsza wpadli na dzień do Tomaszowa…  O wiele pełniej ujął ten problem Haimitio Doderer w swojej powieści  Schody Strudlhoffu.
Niewątpliwym osiągnięciem sztuki E. Wsiołkowskiej-Żelewskiej jest umiejętność malarskiego artykułowania  tak skomplikowanych poetyckich emocji niezwykle oszczędnymi środkami wyrazu.    
Wracając do inspiracji, oprócz już opisanych, wydaje się znamienną w artystycznym „emploi” Artystki jej niewątpliwa sympatia do doświadczeń  op-artu. Jak wiadomo, kiedy w Renesansie odkryto perspektywę zbieżną  pozwalającą tworzyć iluzję trójwymiarowej głębi, długo nie doceniano faktu, że ów malarski efekt, stanowi po prostu wizualny trick. 



Złudzenie, że tak „naprawdę widać” miało być sposobem przybliżania do prawdy przedmiotu. Pomijając zapoczątkowaną przez Cezanne’a rewizję geometrii widzenia, Op-art da się odczytać jako jedną z dróg w sztuce, w której wyraża się niepokój poznawczy - motyw platoński - w czasach nowożytnych odnowiony z nadejściem baroku. To jest podejrzenie, że  życie jest snem, a  to, co widzimy to tylko gra cieni,  i  że ta gra cieni jest ciekawsza niż istota rzeczy dana w pełnym słońcu logiki Arystotelesa – empirysty, który naiwnie ufał widzialnym przedmiotom. Skoro da się stworzyć iluzję przestrzeni trójwymiarowej, to może dałoby się skonstruować obraz przestrzeni nieeuklidesowych a może w ogóle malarskie budowanie kierunków i płaszczyzn okazuje nieobowiązującą zabawą, swoistą sofistyką, formułowaniem paradoksów, układaniem przewrotnych zagadek.

fot. P. Nowicki













Geometrycznie niemożliwe struktury zbudowane  są w obrazach Artystki z płaszczyzn niezwykle wystudiowanych zestawień kolorystycznych, tworzących mikrostruktury odcieni i faktur.  
Solidne malarstwo bez pustej ostentacji, z ogromnym przesłaniem pozytywnej energii  - to rzadkość w ofercie współczesnych galerii sztuki. Dlatego polecam gorlicką wystawę Ewy Żelewskej-Wsiołkowskiej jako niezwykłą okazję do optymistycznej autorefleksji nad pięknem zawartym w nas samych.


Paweł  Nowicki




[1]Charles Taylor, Źródła podmiotowości. Narodziny podmiotowości nowoczesnej, Warszawa 2012 str. 257
[2] Św. Augustyn Wyznania, przeł. Z. Kubiak  ZNAK Kraków 1992, str. 80