środa, 4 stycznia 2012

O wystawie prac Adama Wsiołkowskiego





W piątek, 21 października 2011 r. w gorlickiej galerii Dwór Karwacjanów uroczyście otwarto wystawę prac malarstwa, rysunku i grafiki Adama Wsiołkowskiego[1]  zrealizowaną w ramach cyklu „Mistrzowie Kultury Polskiej”. Oprócz prac plastycznych wykonanych w technikach tradycyjnych, zebrani mogli obejrzeć dwa krótkie filmy, których prezentację połączono z komentarzem samego Artysty. Na uwagę zasługuje także szczególna staranność aranżacji wnętrza sali wystawowej, gdzie harmonijnie współistnieją obiekty malarskie z dramatycznym, kamiennym wnętrzem, wyeksponowane dzięki niuansom natężenia światła oraz stopniowaniem szarości ekranów.

W malarstwie - Adam Wsiołkowski nawiązuje do doświadczeń wizualizmu - nurtu znanego również pod nazwą op-artu zapoczątkowanego już w latach 30 tych XX w. przez Węgra Victora Vasaraely’ego. Op-art uważany za odmianę sztuki abstrakcyjnej polega wykorzystywaniu silnie oddziaływujących regularnych, pól barwnych a także zastosowaniem efektu złudzeń optycznych. Wśród znanych polskich artystów, których poszukiwania podążały w zbliżonym kierunku znajduje się m.in. Stefan Gierowski.
Obrazy Adama Wsiołkowskiego cechuje regularność i wielka precyzja. Malowane niezwykle delikatnie cieniutkim pędzelkiem przypominają technikę dawnych mistrzów, w których granica między „wnętrzem” obrazu a spojrzeniem widza, sugeruje gładką powierzchnię zwierciadła. Wsiołkowski unika pozornej „swobody” współczesnego malarstwa, łącząc abstrakcję z motywami figuratywnymi. Są tam przetworzone postaci ludzi, zwierząt, unoszą się w przestrzeni „niezidentyfikowane obiekty malarskie”, wszystko spowite ogarniająca monochromatyczną krakowską melancholią.
Celem sztuki nawiązującej do op-artu nie jest studium przedmiotu - mimetyczne „przedstawianie świata” i badanie jego „obiektywnych” własności, lecz analiza „gry” jaka się dokonuje w polu percepcji odbiorcy. Artysta tworzy wariacje na temat wiodącego tematu, wykorzystując w tym celu wielobarwny negatyw. Powstające w ten sposób pozorne multiplikacje zamieniają się w odkrywcze parafrazy, ukazując nieoczekiwane własności wyjściowej struktury. Ważnym środkiem wyrazu jest kontrast, jednak jaskrawe zestawienia kolorystyczne nie są istotnym atrybutem świata widzialnego, lecz raczej środkiem oddziaływania na wyobraźnię odbiorcy. Obrazy Wsiołkowskiego świecą swoim własnym, wewnętrznym światłem tworząc tajemnicze przestrzenie.
Zatem nie odwzorowanie przedmiotu, lecz olśnienie widza a zarazem ewokowanie nastroju medytacji stanowi istotę tej sztuki. Według wielu opinii, malarstwo Adama Wsiołkowskiego bliskie jest także estetyce i metafizyce ikony.
Chodzi, więc o ukazywanie zagadkowości naszego widzenia, jego iluzoryczności, by postawić pytanie, co się kryje „poza” i tym samym wywołać duchowy niepokój. Malarstwo nie może wykroczyć poza granice tego, co da się zobaczyć, podobnie jak nasze myślenie nie może wyjść poza granice języka. Jednak możliwe się zdaje dotknięcie tych granic, by sobie uświadomić, że one istnieją. Może to jest echo sokratejskiej ironii, wywodzenia w pole przez doprowadzenie do sprzeczności naszych utrwalonych mniemań. Filozofia i sztuka karmią się zdziwieniem a to daje się wzbudzić również przez przewrotny koncept. Jak pamiętamy, tego, co się da pokazać - nie da się powiedzieć.
Obrazy Adama Wsiołkowskiego wydają się tajemnicze lecz są zarazem pogodne i przepojone wielką intelektualną dyscypliną. Charakteryzuje je ten rodzaj elegancji, o którym mówią logicy, gdy mają na myśli klarowność dowodu. Pomimo abstrakcji, zdają się głęboko zakorzenione w codzienności ludzkiego doświadczenia, jak pewien typ filozofii, która wyrafinowane kwestie lingwistyczne rozważa na przykładach z języka potocznego. Taktowny żart, autoironia - motyw autora spacerującego z psem nadają im lekkości i wdzięku. Dyskretnie przemyka postać w kapeluszu, ukochane psisko pod niebem takim trochę jak z Chagalla, choć zbudowanym zupełnie innymi środkami.
Krótki film o utracie ukochanego psa jest pogodną filozoficzną etiudą na temat obrazu pt. „Felek idzie do nieba”. Widzimy na nim łapy zwisające z nieba. Artysta tłumaczy, że skoro na obrazie Breughla z wody wystaje tylko pięta Ikara, to psia łapa może wystawać… z nieba, nim „pogrąży się w niebie” na zawsze. Cóż, dwa błękity… Jednak, jak wiemy, autor jest już właścicielem nowego jamnika szorstkowłosego, bardzo podobnego i nadał mu to samo imię. Zatem „Felek” występuje tu w rodzaju substancji w sensie scholastycznym, a kolejne wcielenia jamników szorstkowłosych o tym samym imieniu, różniłyby się od siebie tylko przypadłościowo?
Umieszczona w kącie sali wystawowej prezentacja multimedialna to kolejny plastyczny żart. Ukazany w pierwszym kadrze „Autoportret z żoną” Wyspiańskiego ulega cyfrowej transpozycji tak, że widoczna na obrazie „żona” upodabnia się powoli do psa (rośnie jej psi nos), zaś „Wyspiański” zyskując znaną już postać autora w kapeluszu, przemieszcza się w dolny róg obrazu. W ten sposób film komponuje się niezwykle przewrotnie z cyklem prac zatytułowanych Felek i ja.



                                                                                                       Paweł Nowicki

Tekst opublikowany za zgodą Muzeum "Dwory Karwacjanów i Gładyszów" w Gorlicach. Wcześniej ukazał się na stronie: 




[1] Adam Wsiołkowskiurodził się w roku 1949 w Krakowie. Studia ukończył na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dyplom uzyskał w pracowni prof. Wacława Taranczewskiego w roku 1973. Zaraz po studiach rozpoczął pracę w rodzimej uczelni, gdzie w roku 1992 uzyskał tytuł profesora. Obecnie prowadzi pracownię malarstwa. W latach 1996-2002 pełnił funkcję dziekana macierzystego Wydziału a obecnie jest rektorem krakowskiej ASP. Adam Wsiołkowski jest autorem cyklów malarskich „Matnia”, „Zjawisko", „Miasto nieznane", „Obecność" i innych. W 1973 opracował projekt kolorystyki zewnętrznej elektrowni Dolna Odra. Uczestniczył w około 150 wystawach w Polsce i wielu krajach świata. Miał ponad 50 wystaw indywidualnych, m.in. w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Berlinie, Nowym Jorku, Pradze i Paryżu. Uzyskał ponad 20 nagród w konkursach malarstwa, rysunku i plakatu, a w 1991 r. nagrodę Ministra Kultury i Sztuki RP za wybitne osiągnięcia artystyczne i dydaktyczne. W latach 1981/82 przebywał w USA na półrocznym stypendium Fundacji Kościuszkowskiej, uzyskując tam stypendium Fundacji Ford & Rockefeller. Jego prace znajdują się w zbiorach muzeów oraz kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.


Oglądając wystawę prac Aliny Zachariasz - Kuciakowskiej




Każda próba opisu dzieła malarskiego natrafia na trudność, jaka wynika, z nieprzystawalności słowa względem jakości doznań, których bezpośrednio doświadcza ludzkie oko. By przybliżyć prawdę kształtu, linii i koloru - tego, co za sprawą plastycznych środków wyrazu jest nam dane wprost, nasza wypowiedź często musi docierać aż do granic poezji.
Szukamy  metafor a to, co widzimy staramy się porównać z czymś, co jest nam znane, przy czym  bardzo często podobne usiłowania  zdają się daremne, jak próby przeniknięcia dotykiem na drugą stronę lustra. Jednak dzieła sztuki przemawiają do nas i zdaje się,  że oczekują naszej odpowiedzi. W każdym razie przyjść do galerii, powiedzieć – ciekawe, może nawet piękne (Cóż to dzisiaj znaczy?) - wydaje się  mało.
Zwiedzając wystawę prac Aliny Zachariasz-Kuciakowskiej trudno przejść obojętnie wobec grafik i rysunków, w których wielka wrażliwość i afirmacja świata łączą się z intuicją, oraz doświadczeniem twórczym. Subtelność i konsekwencja, inteligencja i pasja  - oto to słowa, jakie zdają się nasuwać w związku z ekspozycją. Zatroskanie o kruchość przedmiotu, zarazem ciekawość jego tajemnicy, łączą się w zgromadzonych pracach  z jasnością konstrukcji i tradycyjnym potraktowaniem środków warsztatowych. Autorka zdaje się nieufna wobec nowoczesnych trendów i wyznaje, że bliski jest jej nurt polskiej szkoły grafiki z lat pięćdziesiątych  XX wieku. Wspomina twórczość Józefa Gielniaka, jego linoryty – zatem  nie znajdziemy na gorlickiej wystawie bezdusznych ekstrawagancji, agresywnych eksperymentów, a zachwycą nas raczej liryczne zamglenia płaszczyzn, niepokój powietrza, sylwetki przedmiotów jakby otulone przejrzysta materią.
Na szczególną uwagę zasługuje  cykl pasteli w zgaszonych  kolorach. Te prace zdają się dotykać najbardziej pierwotnych prawd natury ludzkiej. Sięgają w głąb, ku archetypom jak gdyby odsłaniając  prastarą świadomość, która zbudziła się  nie tylko z żywiołów ziemi, ognia, wody i powierza, ale także z pierwszego zmieszania światła i ciemności. Przed nami człowiek i jego los a także moce natury - okaleczone, schylone, ale niezniszczalne i budzące nadzieję wiecznego powrotu. Pastel Śmierć starego dębu ukazuje  pień drzewa,  pączkujący „mimo wszystko” gałązkami światła. Jakimś niezwykłym natężeniem pulsują te prace, chociaż ich powierzchnię przesłania zwiewny, nieuchwytny woal. Wszystko co widzimy, a więc co istnieje, odsłania się zawsze jak gdyby z ukrycia, więc by oddać prawdę - ową aletheia artystka wskazuje moment wychodzenia z mroku, zrzucania zasłony.   
Kolor pełni w tych pracach osobliwą funkcję - nie jest nośnikiem informacji o barwie przedmiotów, nie buduje głębi ani perspektywy, lecz funduje strukturę kompozycji na równi z kontrastem i bogatą fakturą. W pracy Szczelina perłowa żółcień daje kulminację światła (prześwit przez chropawe masy) ale nie ma to nic z ze studium pejzażu. Nas zachwyca, jak ta jasna plama została położona - trzeba patrzeć z bliska, wniknąć w rozedrgany ślad  uderzeń kredki, lśniącą wibrację powierzchni.   
Zawiłość fioletów i kolory ziemi, motywy roślinne, splątane korzenie, „niezdarne” budowle - to wizja podziemnej krypty bieckiego klasztoru ukazana w cyklu prac zatytułowanym Bramy raju. Pobrzmiewa w nich  memento mori, powraca motyw vanitas. Czy grób jest na prawdę bramą do wieczności? Bo może cała ziemia jest jak kretowisko mogił, ponurą drogą w głąb, miast wieży Babel.
 Ale także tutaj kolor jest bardzo oszczędny i założony przez artystkę  w sposób arbitralny i stoi na równi albo całkiem obok waloru, kreski, niuansów faktury.   
Pewna „literackość” większości tych prac w niczym nie pozbawia ich plastycznej dyscypliny. Konstrukcyjny ład i zwięzłość syntezy powodują, że każda z nich doskonale obroniłaby się jako kompozycja abstrakcyjna. Jeśli poprzez tytuł artysta sugeruje nam określone przesłanie, nie należy tego ignorować choć, jak wiadomo, dzieło malarskie przemawia do nas własnymi środkami wyrazu. Utwory muzyczne też nieraz mają tytuły i związaną z nimi pewną semantykę. Treści przedmiotowe i sugestie znaczeń obecne w omawianych pracach, są bezbłędnie wplecione  w ich klarowną strukturę plastyczną.
Dal pełna melancholii ukazana w poziomych zagęszczeniach linii, zdaje się ujawniać (a może  odkrywać) jakąś nieuchronną samotność każdego ludzkiego istnienia. Praca Dwa brzegi to, jak artystka wyznaje, motyw przemijania. Rytmiczne przenikanie falistych plam światła, subtelne bryły, które świecą jak gdyby przez mgłę, wprowadzają nas w jazzowy klimat Chicka Corei i miejskich kadrów z filmów Petera Bogdanovicha. Te mgliste płaszczyzny, motywy postaci ukazanych w rozproszonym świetle, nowoczesne przestrzenie z wyraźną aluzją do architektury XX wieku (prace Exodus, Czekając) ewokują nastrój egzystencjalnego niepokoju. Jest wielkim darem uchwycić jakby kątem oka - w strukturze linii, przez melodię kształtu - pewien nieuchwytny klimat swego czasu - rozpoznać go jako sens  uniwersalny - jak mit współczesności. 
Praca zatytułowana  Moje twoje skrzydła choć zdaje się intymnym wyznaniem, zachwyca swą misterną mikrostrukturą linii, utkaną z delikatnych cięć i zarysowań.
Moglibyśmy spytać, co tak na naprawdę nurtuje autorkę, na jakie pytanie stara się znaleźć odpowiedź? Czy źródłem jej pasji i natchnieniem twórczym jest zachwyt, ciekawość, a może też przekora - chęć walki z oporem tworzywa. Czy chce rozpoznać strukturę cienia, narysować lekkość, wyważyć proporcje światła i ciemności? Czy artystka delektuje się przedmiotem, samym aktem twórczym, czy chce coś wykrzyczeć, zostawić po sobie ślad?
A może nie trzeba być zbyt dociekliwym?  Kiedyś napisano, że obraz nie jest rzeczą „do-czegoś”, jak buty są „do chodzenia”, a stół „do pisania”. I choć może nie  istnieje całkiem bezinteresownie, nie da się, zamknąć w definicji, objaśnić poprzez „funkcję” ani „wytłumaczyć”. A może przedmioty, które spotykamy w galerii są tylko po to by, stawiać pytania?  O róży powiedziano że jest,  bo jest  i dotyczy to także dzieł sztuki. Można próbować o niej mówić, ale czasem nie jest to konieczne. 

                                                                                                             Paweł Nowicki


Tekst opublikowany za zgodą Muzeum "Dwory Karwacjanów i Gładyszów" w Gorlicach. Wcześniej ukazał się na stronie:


„Ikony cienie” Małgorzaty Dawidiuk




          


      W piątek 1 lipca 2011 r. w gorlickim Dworze  Karwacjanów odbył się  wernisaż  wystawy prac Małgorzaty Dawidiuk pod tytułem „Ikony cienie”.
           Małgorzata Dawidiuk, urodzona w Wisznicach na Podlasiu ukończyła PLSP w Nałęczowie. W latach 1988–1994 studiowała na ASP im. I. E. Repina w Petersburgu, na Wydziale Malarstwa i Konserwacji  w specjalizacji  ikon. Brała udział w licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych m.in. w: Petersburgu, Białej Podlaskiej, Gorlicach, Przemyślu, Sanoku, w Rzeszowie, we Lwowie, w Szczecinie a także w Międzynarodowym Biennale Ikonopisania i Sztuki Sakralnej Euroregionu Karpackiego - Trebisov na Słowacji (GRAND PRIX 2007). Jest autorką  wielu dzieł sakralnych  -  ikon, ikonostasów, polichromii (m.in Koszalinie, Chołowicach k/Krasiczyna,  Krynicy, Niagou na Słowacji, w Olsztynie, Zamienicach k/Legnicy). Jest także współautorką polichromii w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach. Jej prace  znajdują się w zbiorach prywatnych i muzealnych w Polsce i za granicą, m.in. w Kanadzie, Niemczech, Rosji, Słowacji, Stanach Zjednoczonych i Ukrainie. Obecnie prowadzi Pracownię Konserwatorsko – Artystyczną „IKOS”. Współpracuje z Muzeum w Łańcucie.

         Wchodząc do sali wystawowej gorlickiego Dworu Karwacjanów, uświadamiam sobie, że w obecności prac Małgorzaty Dawidiuk należałoby rozmawiać szeptem. To kontemplacyjne malarstwo wyrosłe z tradycji duchowości kościoła wschodniego  zdaje ewokować nastrój bliski  mistycznemu doświadczeniu sacrum. Ze ścian patrzą na nas poczerniałe twarze, zarysy  postaci w złotych aureolach a  pionowe deski, na których majaczą ludzkie cienie, tworzą ciemny szpaler w drugim końcu sali. Widzimy także krótki cykl  pejzaży  przywodzących na myśl sceny z Ewangelii. Wśród prac zgromadzonych na wystawie są obrazy olejne i techniki mieszane, gdzie głównym tworzywem jest drewno ocalone ze zniszczonych cerkwi, resztki polichromii, kawałki uszkodzonych płócien. Niezwykły efekt dają te posklejane z sobą elementy,  przykryte grubą warstwą żywicy i przefiltrowane laserunkami w kolorze bursztynu. To zatarcie granicy miedzy pracą konserwatora a kreacją artysty może być symbolem ciągłości tradycji, wyrazem refleksji nad upływem czasu oraz tego, jak splatają się ze sobą znaki, które zostawiają po sobie ludzkie pokolenia.  
Kiedy na te prace patrzymy  z daleka, z mroku wyłaniają się zarysy postaci, lecz gdy podejdziemy bliżej, obraz rozpada się i widzimy tylko jakieś wykwity i liszaje płótna, a w miejscu twarzy otoczonych nimbem natrafiamy pustkę, drewno przerośnięte w plątaninę słojów. Są to raczej wspomnienia ikon, przechowane ślady, które po latach tlą się w ludzkiej pamięci - nierzeczywiste a może przez to bardziej intensywne, zagęszczone jak wizje ze snu. Cienie tych, którzy odeszli, opuszczone miejsca zdają się odżywać pod naszym spojrzeniem, które scala ze sobą na nowo rozsypane obrazy i drobiny prochu.  


         Można zadać pytanie, czy są do pomyślenia  ikony w pełni „nowoczesne”, to znaczy takie, które nie byłyby stylizacją albo rekonstrukcją dawnych malowideł, lecz które by promieniowały mocą dawnej wiary i  wyrażały restytucję  systemu teistycznej wizji świata. Mówiąc o ikonie mam na myśli obraz, który nie jest tylko znakiem, zwykłym wizerunkiem, lecz który stanowi manifestację Boskiej transcendencji. Jak wiemy, zgodnie z tradycją prawosławia,  ikona  nie powstaje wyłącznie jako kreacja artystyczna, lecz jest pochodną modlitewnego skupienia,  medytacji i natchnienia twórcy. Jak mówić o tym co Boskie w czas marny? Bo nie jest to  kwestia  „prywatnej” wiary lub nie wiary w Boga, lecz problem pewnego systemu wyobrażeń i źródłowych pojęć, które fundują tradycyjny dyskurs. Czy postmodernizm można zignorować? Może ta „nowoczesność” to filozoficzna wieża Babel, która nastała po to,  by człowieka nauczyć pokory,  by szedł za Chrystusem nawet gdyby trzeba było wybierać między Nim a „prawdą”?
              Na jednym z obrazów widać świat bez Boga -  jałową pustynię nad zatrutą wodą (brzeg Morza Martwego?).  Ale przecież zawsze tak było - w czasach opisanych w Ewangeliach tak samo i  dziś.  Świat ukazany  jako miejsce wygnania, gdzie człowiek zostawiony jest na pastwę złych mocy, to znaczy swych złudzeń. Widzimy schylone plecy spieszących pielgrzymów - lekkie ponad horyzontem tylu wieków - tylko ogniki aureoli w skalistym pejzażu.  Boskość prześwituje tam gdzie umiemy dopatrzeć się blasku nieznanego.
        Platon nauczał, że tym, co widzimy za pomocą zmysłów są tylko cienie niegodne uwagi.  Jednak istnienie cienia dowodzi, że gdzieś jest  źródło światła. Nie należy się zbliżać do zjaw tego świata,  podążać do cienia, chwytać jego kształtu,  lecz iść w przeciwną stronę - tam, skąd pada światło, które cień  wywołuje. Platon przestrzega jednak, że światło samo mogłoby nas oślepić, a  droga wzwyż jest długa i żmudna. Czy świat widzialny jest tym, czemu należy zaprzeczyć, poszukując  sacrum?  W nurcie teologii negatywnej próbowano określić Boga poprzez to, czym On nie jest, wychodząc założenia, że każda doczesna determinacja byłaby bluźnierstwem a  każdy po ludzku zrozumiały atrybut oznaczałby zubożenie Jego istoty. Tak więc, cień, milczenie, przeczucie, gotowość, oczekiwanie zdają się być najbliżej świętej tajemnicy. Gdy spojrzymy uważnie na omawiane obrazy,  możemy powiedzieć:  przecież tam nic nie ma,  to tylko gra cieni.  I właśnie istotny sens zdaje się prześwitywać w miejscach niedopowiedzenia, zawieszenia głosu. Zdawałoby się, że  „zobaczyć” można tylko kształt i kolor, bo nie da się wyjść poza świadectwo zmysłów. (Obraz, na którym „nic nie widać” przedstawiałby się jako niedorzeczność.) Malarstwo Małgorzaty Dawidiuk można porównać do pewnych nurtów filozofii, o których powiedziano, że są jak wyprawa do granic języka. Nie należy więc pytać, co obraz przedstawia, bo gdyby nawet przedstawiał jakąś rzecz „ze świata”, tym bardziej oddalałby nas od „istoty rzeczy”. W twórczości Małgorzaty  Dawidiuk nie mamy do czynienia z abstrakcją,  lecz raczej z próbą dotarcia do  kresu tego, co widzialne. W pewnym sensie jest to malarstwo  mistyczne. Może jednak  jest to jedyna droga do ocalenia prawd metafizycznych. Artystka stara się ogarnąć tradycję  zarazem  jej rozkład, z pietyzmem zbiera to, co ocalało, nie unikając ostrej i bolesnej perspektywy dnia dzisiejszego, tak by poprzez szczątki, poprzez zaprzeczenie ukazać świętość, jej tajemniczy blask.    

         
                                                                                Paweł Nowicki


Tekst opublikowany za zgodą Muzeum "Dwory Karwacjanów i Gładyszów" w Gorlicach. Wcześniej ukazał się na stronie:

"Związki literatury z nowymi mediami" - spotkanie w MBP w Gorlicach




        Rewolucja informatyczna nadeszła, więc również w świecie książki zdaje się ona faktem nieodwołalnym. Pojawiają się przenośne urządzenia z ekranami o coraz lepszych parametrach, z dużą pamięcią i możliwością podłączenia do Internetu. Jest bardzo prawdopodobne, że tradycyjną książkę zastąpi już niedługo prostokątny, płaski przedmiot o rozmiarach zbliżonych do notatnika, będący niemal w całości ekranem, po którym dotykiem palca będzie można przesuwać ikony i wybrane spośród nich powiększać do rozmiarów typowej stronicy. Możliwość regulowania wielkości liter będzie dodatkowym ułatwieniem dla osób, które mają zwyczaj gubić okulary. Ważące ok 300 g urządzenie pozwala przechowywać w swej pamięci ok. 1 500 książek, czyli sporą prywatną bibliotekę. Więcej zobaczyć można na filmie znajdującym się pod linkiem:
http://patrz.pl/filmy/tak-bedzie-wygladac-ksiazka-przyszlosci.

        Czy jednak ocalona zostanie prywatność spotkania czytelnika z tekstem? Czy w wirtualną przestrzeń ekranu nie wtargnie reklama? Takie wątpliwości przychodziły na myśl niektórym spośród uczestników dyskusji, która rozpętała się po zakończeniu prezentacji, jaką 22 listopada w sali Pod sową, gorlickiej MBP przedstawił pan Łukasz Podgórni. Referent, który wystąpił w zastępstwie za zapowiedzianego wcześniej Piotra Mareckiego, omówił najważniejsze zjawiska i tendencje, jakie pojawiły się ostatnio literaturze w związku z rozwojem nowoczesnych technik komunikacji medialnej.
        Powszechnie wiadomo, jak wielki przełom stanowiło skonstruowanie hiperłącza. Jego działanie sprowadza się do tego, że oznaczony fragment tekstu może być potraktowany jako przycisk, powodujący uruchomienie pliku z innym tekstem, który stanowi rozwiniecie lub nawiązanie do tekstu wyjściowego. To tak, jak gdyby otwierała się szuflada opatrzona stosowną etykietą, prowadząca w określonym kierunku, w głąb księgozbioru. Hiperłącze znalazło powszechne zastosowanie w budowie stron Internetu, doskonale służy informacji naukowej i próbowano je również zastosować do stworzenia nowej odmiany dzieła literackiego. Chodzi o kompozycję wielowariantową, o której kształcie może współdecydować sam odbiorca. Za tradycyjny układ odniesienia może tu posłużyć słynna Gra w klasy J. Cortazara, gdzie autor zaraz na początku książki zamieścił przepis, w jakiej kolejności można czytać ponumerowane rozdziały. O ile jednak dzieło Argentyńczyka jest genialne pomimo swego eksperymentalnego charakteru, o tyle omawiane przykłady elektroniczne dotyczyły utworów, które z uwagi na ich poziom porównano do scenariusza telewizyjnego serialu. Znamy okropne widokówki wykonane jakimś nowoczesnym typem emalii, na których pora dnia zmienia się w zależności od tego, pod jakim kątem ustawimy je do światła. Obrazki te przynoszą dużo radości dzieciom, jednak nie liczą się przecież jako artystyczne dokonania. Bywa, że skądinąd wybitne osiągnięcia techniki - na gruncie artystycznym dają przeciętne efekty. Choćby telewizja, która – będąc potężnym medium informacyjnym - nie stała się sztuką, tak jak teatr lub film.
                                                             ***

       W historii myśli ludzkiej były takie wynalazki i zjawiska, które budziły intelektualny ferment i niepokoiły filozofów. Zwierciadło, labirynt, cień, teatr, mechanizm. W dzisiejszych czasach do tej grupy fenomenów dołączyły również hiperłącze, zapis cyfrowy i rzeczywistość wirtualna.
      Hiperłącza składają się na globalny hipertekst-Internet, w którym, jak się zdaje, zawarte jest wszystko, co istnieje w formie utrwalonej na piśmie. Internet jest, a w miarę upływu czasu na pewno będzie tym, czym dla ludzi średniowiecza były Biblia i ocalałe fragmenty starożytnych. (O czym nie wspomina Pismo, Filozof, św. Beda i kilku jeszcze autorów, tego nie ma, lub nie jest warte by być zapisanym. Takie było powszechne nastawienie ludzi tamtej epoki. Śladów potwierdzających istnienie jednorożca nie szukano w lesie, lecz w tekście!). Dziś łatwo przychodzi nam stwierdzenie, że istnieje to, co wiemy, a jak niektórzy sądzą, wiemy to (tylko), co da się wypowiedzieć w języku.
       Atmosfera intelektualna naszych czasów sprzyja przekonaniu, że rzeczywistość  jest - w pewnym sensie  - zbudowana z języka. Globalna sieć może być zatem postrzegana jak Księga Świata, w której istnieją sekretne przejścia, i w której wszystko zdaje się połączone ze wszystkim, jeśli tylko uda się znaleźć odpowiednio długi szyfr (zaklęcie?!). Przy tej okazji odżywają dawne neoplatońskie tęsknoty, gnostyczne spekulacje - sugestie, że sama wiedza – czyli to,  co się da wypowiedzieć lub zapisać – słowem, że znak może oddziaływać na substancję. Pewna skłonność do tego, by brać reprezentację rzeczy za ekwiwalent rzeczy samej i manipulować znakiem tak, jak gdyby był tożsamy z tym, co oznaczane, sprzyja nowej fali świadomości magicznej. Nie chodzi tu oczywiście o gruntowne uzasadnienie, lecz o pewien model - wzorzec myślenia sugerowany na zasadzie analogii. Bo w końcu przestrzeń można opisać za pomocą ciągów liczb, a każdą rzecz przedstawić jako przepis na jej "realizację". Zatem miłość, nienawiść, wzór na objętość stożka,  życie rozpięte w czasie  - dają się ująć w językowej strukturze narracji.
Lecz bądźmy trzeźwi w duchu balzakowskim - nasza rzeczywistość to także nasze konta w banku, podpisy elektroniczne na aktach notarialnych, nasza tożsamość, którą można ukraść i... "przedefiniować". Więc możemy sobie wyobrazić działania "informatyczno-literacko-rewolucyjne" polegające na czymś zgoła innym, niż tylko kreowanie nowych światów z bibliotekami i katalogami nigdy nie napisanych książek, czy mapami kraju na wschód od Nueva Uqbar. To może być trywialne. Gdy nadejdzie przyrodni brat wielkich wizjonerów, jakiś taki powiedzmy nowy Smierdiakow, o którym można by przypuszczać, że w dzieciństwie wydłubywał pluszowym misiom oczy śrubokrętem a potem poszedł na politechnikę i został hackerem. Wielki Informatyk na usługach globalnego gangu, który po dojściu do władzy będzie wydawał zezwolenia na istnienie, a ocalonym każe wszczepić do mózgu chipy z nieustanną muzyką, działającą jak słynne tabletki Murti Binga. Lub na początek, samotny zboczeniec obnażający prywatne tajemnice dla samej tylko mściwej satysfakcji, wywlekający treści naszych elektronicznych listów jak wnętrzności lalek...
***

Kto wie, może mimo wszystko hipertekst, tak użyteczny podczas żeglowania w morzu informacji, doczeka się kiedyś swego Cervantesa. Może też nikt nie zmieni nam wirtualnego planu miasta i gdy będziemy szukać zagubionej ulicy wiodącej do biblioteki, nie spróbuje nam wmówić, że zabrał ją diabeł.

                                                                                                          
                                                                                                          Paweł Nowicki


wtorek, 3 stycznia 2012

Zatrzymany czas - wystawa prac Teresy Iwanejko-Tarczyńskiej



Pierwszego kwietnia 2011 roku  w Ośrodku Konferencyjno-Wystawienniczym „Kasztel w Szymbarku” odbył się wernisaż wystawy prac rysunku i malarstwa Teresy Iwanejko-Tarczyńskiej. Ekspozycja zatytułowana Zatrzymany czas została umieszczona  w budynku „Dworskiej oficyny”.
Teresa Iwanejko-Tarczyńska ur. w 1954 r. jest absolwentką Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych i Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Studiowała w pracowni prof. Zbigniewa Grzybowskiego i w roku 1980 uzyskała dyplom z wyróżnieniem na Wydziale Malarstwa. Jej prace znajdują się w zbiorach Watykanu, w USA, Niemczech, Polsce i RPA. Jest autorką 44 wystaw indywidualnych, a także 26 wystaw zbiorowych. Jej ważniejsze realizacje to: „Droga Krzyżowa” /Kościół św. Marka w Krakowie/, Droga Krzyżowa i Obraz w Prezbiterium w kaplicy M.B. Ostrobramskiej /Kościół św. Jadwigi w Krakowie/, projekt i realizacja Ołtarza Papieskiego podczas pielgrzymki Jana Pawła II /Klinika – Kraków/ Teatr KCK w Jarosławiu, scenografie w Teatrze St. I. Witkiewicza w Zakopanem. Teresa Iwanejko-Tarczyńska uprawia malarstwo, rysunek, grafikę, a także scenografię.
Prace zgromadzone na obecnej wystawie stanowią przegląd najważniejszych etapów w wielowątkowym nurcie  bogatej twórczości artystki. Są tam grafiki, rysunki, obrazy olejne a także instalacje wykonane z elementów płótna drewna i metalu. Oryginalnie przetworzone motywy górskiego pejzażu wyraźnie wskazują na powinowactwo z nurtem oddziaływań twórców,  którzy wyrośli w kręgu inspiracji  zakopiańskich. Odnaleźć można dalekie echa grafik Skoczylasa,  ale też da się wyczuć tajemniczą aurę twórczości Hasiora. W obu wypadkach nie jest o naśladownictwo, lecz hołd składany wielkim antenatom poprzez subtelne aluzje i odkrywczo skonstruowane parafrazy. Wiele spośród prac Teresy Iwanejko-Tarczyńskiej wyrosło z zadumy nad przemijaniem i kruchością ludzkiego życia, a wyraźnie zaznaczony wątek religijny odsyła do głębokich  źródeł duchowości chrześcijańskiej. Pewna surowość form jest wyrazem szacunku wobec materiału, który za każdym razem ukazuje się jako pierwotna hyle - fizyczne tworzywo rekwizytów świata, w którym rozgrywa się dramat ludzkiej egzystencji. Konieczność praw przyrody, którą ucieleśniają  góry – ciężar bloków skalnych i motyw upadku, zdają się tworzyć kontrapunkt dla duchowego wymiaru ludzkiej nadziei i obietnicy zbawienia. Bo góry to wzniosłość a zarazem najprostsze uprzytomnienie ziemskiej  tęsknoty za tym, co jest ponad, wyzwania nieznanego i poszukiwania transcendencji.
Wśród zgromadzonych prac wielokrotnie pojawia się motyw ukrzyżowania.  Niekiedy jest on subtelnie zaszyfrowany i  jak gdyby tylko  zasugerowany przez kierunki linii, innym razem  pojawia się  jako temat centralny. Na frontowej ścianie widzimy krzyż uformowany w dramatyczne skosy - rdzawe pasma oranżu na tle zbudowanym z ochry. Ten krzyż  jak gdyby ugina się pod naporem wiatru i wbrew kosmicznym siłom zdaje się sugerować wiarę w suwerenność tego co duchowe. W innym miejscu napotykamy krzyż skomponowany z elementów płótna połączonych z kawałkami stalowych konstrukcji. Żłobkowane pręty takie, którymi zbroi się beton to rekwizyty nowoczesności, śmiecie poniewierające się w pejzażu blokowisk. One sugerują ponadczasową obowiązywalność objawionej prawdy. Zdają się też pełnić podobną funkcję jak anachroniczne stroje postaci na średniowiecznych obrazach ilustrujących sceny z Ewangelii. Przy tej wielości możliwych konotacji, żelazo i tkanina  kontrastują ze sobą jak ostrze i okład na ranę, jak narzędzie zbrodni i łagodny całun.

W jednej z prac Matka Boska pod krzyżem upodobniona jest do postaci  Niobe. Innym razem krzyż widzimy jak gdyby przez okno, pośród miejskich dachów - zupełnie współczesnych, z perspektywy swojskości własnego mieszkania - takiego na poddaszu z kotami i włóczką. Pamiętamy jak sposób przestawiania Męki Pańskiej ewoluował w tradycji sztuki europejskiej od ujęcia centralnego, po uczynienie zeń zaledwie epizodu pośród gwaru świata. Na znanym obrazie siedemnastowiecznego malarza Herriego Met de Bles’a, na pierwszym planie widać dorodne drzewo, polne kwiaty  z rozległą perspektywą miasta w tle. Dopiero w oddali ukazany jest tłum prowadzący skazańców na Golgotę. Ale widzimy też przekupniów, i takich, którzy wśród codziennej krzątaniny - jak się zdaje -  słyszeli wówczas  zaledwie tylko jakieś krzyki na ulicy. Kosmiczne przeoczenie? Postawa kobiety, która uciekając z płonącego domu, pomyślała,  by zabrać ze sobą  jedynie  pogrzebacz? Zbigniew Herbert pisał: To mogło być szare.
Na szczególną uwagę zasługuje praca, która zdaje się nawiązywać do słynnych sztandarów Władysława Hasiora. Wśród pozszywanych elementów grubego płótna majaczy  zarys  ludzkiej postaci  z rękami błagalnie wzniesionymi  w górę.  Sylwetka,  która jest jak cień, rozpaczliwie chwyta zetlałą materię, jak tonący marności tego świata… Doczesność zostaje w palcach jak zbutwiałe płótno. Tyle znaczeń niesie ta tkanina. Śmiertelny całun spod którego wyłania się ciało Zmartwychwstałego ale też chytra zapobiegliwość Penelopy, jakaś gra na zwłokę – tak niejednoznaczny a charakterystyczny rys ludzkiej kondycji. Robimy co możemy, by zyskać jeszcze dzień dłużej, choć cel przecież nie jest  z tego świata. Tak misternie tkamy dzień po dniu a na koniec i tak w rekach zostaje nam pustka. Przychodzi zwątpienie, obawa, że dusza jest zaledwie częścią sił przyrody. Przypomina się metafora tkacza i płaszcza w platońskim Fedonie...
                                                  *
Wystawa, która tak trafnie wpisała się w nastrój  Wielkiego Postu  posłużyła jako  tło dla koncertu, który odbył się w tej sali 30 kwietnia  z okazji zbliżającej się beatyfikacji Jana Pawła II.
                                                                                                                Paweł Nowicki


Wystawa WOKÓŁ FIGURY w Szymbarku

-->





Zdjęcie okularów greckich z oczu nowoczesnego rzeźbiarza pomogło mu (…) uświadomić sobie znaczenie materiału, w którym pracuje, myśleć i tworzyć w tym materiale, rzeźbiąc w nim wprost, mając dlań takie zrozumienie i sympatię, by nie dopuszczać do popełniania gwałtu  na jego naturalnej strukturze i nie osłabiać go; widzieć, że rzeźba w kamieniu powinna wyglądać jak kamień, że upodabnia jej do krwi i ciał, włosów i zagłębień na policzkach jest zniżaniem się do poziomu magika cyrkowego.
                                                                                                                              Henry Moore


      11 marca 2011 w Ośrodku Konferencyjno-Wystawienniczym „Kasztel w Szymbarku” odbyło się uroczyste otwarcie wystawy rzeźby i malarstwa zatytułowanej WOKÓŁ FIGURY. Ekspozycja ta obejmuje prace artystów związanych z warszawską Akademią Sztuk Pięknych: Macieja Aleksandrowicza, Stanisława Bracha, Piotra Gawrona, Zofii Glazer-Rudzińskiej, Małgorzaty Gurowskiej, Hanny Jelonek,  Andrzeja  Kokoszy, Marka Kowalskiego, Mieczysława Kozłowskiego, Zbigniewa Piotra Lorka, Jakuba Łęckiego, Andrzeja Łopińskiego, Antoniego  Janusza Pastwy, Romana Pietrzaka, Rafała Rychtera, Jarosława Skoczylasa, Krzysztofa Sokoła, Grzegorza Witka,   Mariusza  Woszczyńskiego i  Romualda Woźniaka.
 Zebranych powitał Zdzisław Tohl, dyrektor Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów w Gorlicach. Pośród honorowych gości znalazł się Wicestarosta Powiatu Gorlickiego, Karol Górski. 
***
W wiosennym zmierzchu jasna bryła kasztelu ukazuje swą sylwetkę na tle górskiego horyzontu. Wilgotne powietrze pachnie topniejącym śniegiem. Od rzeki ciągnie  dokuczliwy  chłód. Przy wejściu do zamku posadzono jakieś niskie krzaczki, z których pewnie wyrośnie kiedyś renesansowy żywopłot. Krople na gałązkach stoją nieruchomo. Myśląc o renesansie zwykle miałem przed oczyma  letnie popołudnie, kiedy brzęczą pszczoły,  szczęśliwe dzieciństwo, drogę w stronę zachodzącego słońca. Teraz próbuję  sobie wyobrazić lipę Kochanowskiego, ale taką zimową, bez liści, gdy zacina rozpaczliwy deszcz. Na czas, w którym żyjemy także patrzymy przez zdradliwe klisze.  Borges pisał o Awerroesie, który będąc muzułmaninem  nie mógł  pojąć istoty teatru.
    Jesteśmy w Szymbarku, w nowo otwartym oddziale muzeum, w ośrodku wystaw artystycznych. Wiele lat trwała rekonstrukcja dworu wraz z jego obejściem. To co udało się konserwatorom i budowniczym zdaje się imponujące.  Wystawa mieści się w dworskiej oficynie, bo tak nazwano przestronny budynek, który niegdyś mógł być wozownią, stodołą? W każdym razie wchodzi się doń przez wjazdowe wrota, a brak ogrzewania świadczy o tym, że na pewno nikt tu nigdy nie mieszkał. Tak przynajmniej wynika z rekonstrukcji. Jest moda, aby galerie sztuki, koncerty urządzać w surowych sceneriach. Nie koniecznie musi to być postindustrial. W każdym razie chodzi o to, by prace artystów prezentować w przestrzeniach kontrastujących z tradycyjnym pojmowaniem sztuki. Jest w tym jakaś autoironia, coś w duchu  Herberta.  By  myśląc  o sprawach na prawdę ważnych  nie zapominać o cenach wina, i widząc jasny kształt nie wypierać się jego mrocznej strony, trochę  ku przestrodze ale też w poszukiwaniu pełni. Mamy świadomość, że to, co potrafimy sobie wyspekulować, wyrasta z niezgłębianego morza oddziaływań szerszych niż samo myślenie a  ludzka wrażliwość i wyobraźnia pną się jak bluszcz po skorupach minionego życia.

     Wewnątrz w łagodnym świetle z plazmowego telewizora, który stoi pod ścianą, słychać śpiew flamenco. Telewizor w galerii? Nowoczesny gadżet mówi nam, że prawdą dzisiejszego świata jest medialna chwilowość. Skądś przychodzi wspomnienie  martwej natury Jana D. de Heema – świeże brzoskwinie,  nieukończony list  z krucyfiksem  i czaszką, na błękitnej tasiemce zegarek (wówczas cud techniki), bukiet świeżych kwiatów, nawet kropla rosy… Ale dla ulotności dzisiejszego świata alternatywą nie jest boska wieczność lecz nieskończona multiplikacja,  chaos,  kakofonia.
      Bryły geometryczne zawsze wyrażały idealny ład. Greckie słowo eidos, od którego pochodzi termin idea, oznacza po prostu wygład, kształt. Matematyczna idealizacja wiąże się nieodłącznie z wizualną oczywistością. Każdy, kto po dłuższym namyśle zdołał rozwikłać trudny problem wie, że zrozumieć to znaczy „zobaczyć”. Cud rozumienia polega na tym, że pośród chaosu w końcu udaje się nam ujrzeć porządek, model,  kształt. W pojęciach zawsze zawiera się element ogólności. Grecka rzeźba starała się uchwycić to co powszechne, wieczną prawdę  rzeczy. Tak więc to, co jednostkowe,  konkretne  zarazem niepowtarzalne nie mieściło się w kanonie sztuki. Tak było przez stulecia, choć różnie pojmowano status tego, co ogólne. Zadaniem dzieła było odzwierciedlać porządek istotowy, czyli to co zawiera się  w pojęciu. Ale dziś mamy świadomość, że ludzkie życie,   nie da się ustalić,  zdefiniować ani wyłożyć za pomocą abstrakcyjnych pojęć. Egzystencjalizm znalazł swe odzwierciedlenie  również w  kreacjach rzeźbiarzy. Za jednego z najwybitniejszych artystów zaliczanych do tego nurtu zwykło się uważać Adama Myjaka. Wśród prac zaprezentowanych na wystawie w Szymbarku da się odnaleźć wiele, którym bardzo bliski zadaje się duch jego  twórczości.  Stąd okaleczone materie, surowe struktury, tworzywo potraktowane „dosłownie” w swoim tu i teraz, kreacje przemawiające przez swą bezpośrednią, wręcz magiczną obecność. Rzeźba – uformowany materiał nie jest znakiem, za którym kryje się jakaś  abstrakcyjna prawda – znaczenie. Rzeźba   jest  faktem, który krzyczy, milczy „uporczywie jest” i swoją obecnością kokietuje, intryguje to znaczy wikła nas w metafizyczną intrygę z innymi rzeczami. Do tego nurtu twórczości należy zaliczyć prace Grzegorza Witka -  cykl zatytułowany Dialog oraz usytuowaną w centralnej części sali   Tożsamość.  
       Widzimy drewniany element -  zarys ludzkiej stopy umieszczony wewnątrz metalowej klatki.  Drewno i metal mieszają się ze sobą, jak gdyby wyrosły razem na wspólnym podłożu i były przejawem pierwotnej kosmicznej arche. Czy są parą przeciwieństw, która istnieje od zawsze? Drewno  ze swą „ciepłą”  fakturą,  miękkie, niegdyś żywe stoi w opozycji do metalu, który zdaje się wyrażać  zimny ład i dyscyplinę. Drewno „niezdarnie” ociosane,  wydaje się ludzkie wobec przemyślnej konstrukcji tworów intelektu. Życie spętane przez cywilizację,  bierna materia (hyle czyli drewno) nienadążająca za wymaganiem formy? Ale przecież człowiek jest twórcą formy.      
     Nie jest rzeczą interpretatora ustalanie sensu dzieła tak, jak gdyby stanowiło ono   rebus do rozszyfrowania. Dzieło ma promieniować wielością odniesień tak,  jak diament obracany w dłoni, połyskuje wielobarwnymi refleksami światła. Zresztą nawet takie „literackie” próby odczytania rzeźby nigdy nie powinny przesłonić widzialnego tworzywa, jej  faktury – prawdy materiału.
Hanna Jelonek,  "Indeks haseł"
      Z głębi wyłania się praca Andrzeja  Kokoszy zatytułowana Pamięć przestrzeni. Z pewnej odległości wygląda jak dwa białe żagle poruszające się z wolna wokół wspólnej osi. Podchodząc bliżej, widzimy że jest to stelaż zbudowany z metalowych pałąków,  na których rozpięte są dwa białe ekrany. Z przeciwległych  rzutników podpiętych wewnątrz tej konstrukcji wyświetla się film. Całość obraca się w powolnym rytmie a na ekranach  przesuwa się z wolna odchodzący  obraz. To, co wyświetla się na dwóch płaszczyznach, to perspektywa jaka rozpościera się w polu widzenia obserwatora, który idzie pieszo. Widzimy cmentarny, mur drzewa pozbawione liści. Jest martwa pora roku – późna jesień, a może przedwiośnie. Świeci słońce lecz jego blask podkreśla tylko obcość wszystkich rzeczy. Jest jak w powieściach Kafki - minimum scenografii,  znaki jak w algebrze, a przyroda ze swym cyklicznym  kwitnieniem i wzrostem zdawałaby się  tylko  zbędnym  pustosłowiem,  przedrzeźnianiem bytu.
       Jest coś z barokowej gry zwierciadeł w konstrukcji Kokoszy. Ten zagadkowy mechanizm  stara się „imitować” ludzki sposób bycia -  pewien aspekt doświadczenia, jego strukturę, dynamizm,  narracyjność. Prawdą nas samych jest to, co widzimy „idąc przez życie”  i co odkłada się w naszej pamięci. Zawsze znajdujemy się przecież w środku swego ruchomego horyzontu – od narodzin po śmierć. Jednak praca Kokoszy jest przede wszystkim rzeźbą, na którą trzeba patrzeć pod kątem tworzywa, kształtu i aranżacji przestrzeni. „Literackie” przesłanie obrazu, problem gnozeologiczny (prawda widzenia jako temat sztuki) -  tak błyskotliwie uwikłane  w zamysł konstrukcyjny, nie powinny przesłaniać czysto rzeźbiarskich walorów tej kreacji.
      Indeks haseł Hanny Jelonek daje się odczytać jako pewien koncept, który ma sugerować daremność naszej wiedzy, jałową uczoność. Ludzka głowa sklejona  z setek  warstw papieru sprawia wrażenie martwej, ślepej, jakby owrzodziałej. Jest odpychająca i jakaś tępa bezwzględność da się wyczytać w jej rozmytych rysach. Wielki Biurokrata? Tyran?  Duża jest ta głowa, ale podejrzanie lekka, zbyt lekka by udźwignąć ciężar odpowiedzialności, za to dość pojemna by przyjąć pokrętne sofizmaty, złą kazuistykę. Czy wywodzi się  z kancelarii kafkowskiego Procesu? A może mogłaby być głową Eichmana z „banalności zła”? Ale może autorka chce nam tylko oznajmić, że życie jest tekstem do interpretacji, że wszystkie listy, zapiski, kartki pamiętników zaschną w nas na koniec… Ile możliwych życiorysów mieści ludzki los; ile wersji zdarzeń?
                                                                                    
      Na uwagę zasługuje również Dal Macieja Aleksandrowicza. Widzimy  postać żołnierza, który przez lornetkę spogląda na mur wyrastający przed nim na odległość ręki. Żołnierz i mur są wykonani  z tego samego tworzywa i stanowią nierozdzielną całość. Gładka powierzchnia w kolorze ochronnym, nowoczesna schludność, banalność postaci pogłębiają tylko poczucie absurdu. To czego się domyślamy, to fiasko ludzkich dążeń, dramat osaczenia, niemożność przedarcia się poza krąg własnych projekcji i złudzeń. Przypominają  się wersy Eliota: Każdy w więzieniu swym myśli o kluczu myśląc o kluczu potwierdza więzienie… Wszyscy też pamiętamy Paragraf 22 a z Księgi Hioba pochodzi ukazanie życia ludzkiego jako  wojny.   
      W podobnym duchu da się odczytać Andrzeja Łopińskiego pracę Bez tytułu.  Ostry cios kamienia o surowym kształcie, długi niczym odwrócone ostrze  sprawia wrażenie, że jest tworem naturalnym, niemal nie tkniętym inwencją rzeźbiarza.   Skraj urwiska a może kamienny „negatyw” skalnej rozpadliny z sylwetką człowieka, który stoi na krawędzi. Cóż więcej dodać,  by nie popaść w jałowy komentarz…  
      Nie jest moją intencją opis wszystkich rzeźb i obrazów zgromadzonych na wystawie. Piszę o tym, co pozostało w mojej pamięci. Mijajmy w życiu tyle miejsc,  przedmiotów i  gromadzimy  wspomnienia równie wyrywkowe, które składają  się potem na naszą tożsamość.
     Dzieło sztuki jest zawsze pewną kondensacja sensu, która jest nam dana jako pewien dar. Coś do nas mówi, sugeruje tajemnicę, stawia pytania i oczekuje odpowiedzi. Pisząc o sztuce, próbuję  nazwać to, co zobaczyłem, by w ten sposób odwdzięczyć się, nie pozostać głuchym… 
                                                            
                                                                                     Paweł Nowicki


Tekst opublikowany za zgodą   Muzeum „Dwory Karwacjanów i Gładyszów” w Gorlicach. Wcześniej umieszczony na stronie: