Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kresy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kresy. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 września 2016

"Baskijski diabeł" Zygmunta Haupta




Baskijski Diabeł Zygmunta Haupta jest dziełem, które sytuuje autora w rzędzie wielkich pisarzy współczesnych, czyniąc go twórcą na  miarę M. Prousta, J. Joyce’a, czy R. Musila. Oto przed nami zbiór szkiców, krótkich esejów, zapisków z dziennika, pisanych w pierwszej osobie tak, iż możemy się domyślać, że narrator, jest tożsamy za autorem książki. Tym, kto do nas mówi jest polski inteligent, wychowany na ziemiach dawnego zaboru austrowęgierskiego  wykształcony, któremu obca jest wszelka pospolitość, zarazem pozostający z dala od sfer dawnej arystokracji. W tym swoim socjalnym usytuowaniu trochę przypomną bohatera-narratora Prousta. Drogie jest mu dziedzictwo kultury, którego depozytariuszem był niegdysiejszy dwór, jednak nie należy do wąskiego elitarnego kręgu. Jak się dowiadujemy, spotyka go życiowy zawód, gdy młoda kobieta, którą bardzo kochał, okazuje się mu niedostępna z racji jej zbyt „wysokiego” urodzenia. Autor wspomina ten epizod ze swojego życia dyskretnie, bez cienia sentymentalizmu; taktownie pisze o faktach, jak gdyby mówił o doświadczeniach innej osoby. Otwiera się przed nami perspektywa Polski przedwojennej, koloryt miast kresowych, gdzie prócz Polaków żyli obok siebie Ukraińcy i Żydzi. Pod pewnym względem, w prozie Haupta daje się odczuć powinowactwo z literacką wizją Bruno Schulza czy filozoficzną poezją Leśmiana. Skądinąd klimat twórczości Haupta przypomina nieco Szkice piórkiem A. Bobkowskiego. Skromność, prawość, pisanie jakby od niechcenia na marginesie powagi życiowych obowiązków, bez artystowskiego zadęcia. Humanizm i wierność tradycji, patriotyzm – choć nie deklarowane, zdają się nieodłącznym elementem tła, oczywistą prepozycją. Leśne pejzaże, polowania, obraz przyrody bardzo sugestywny i oryginalny, jednak bez romantycznej,  panteistycznej nuty, widziany z twardej pozycji myśliwego. Narrator prowadzi nas przez historię – od scen z życia na przedwojennych kresach, przez doświadczenia żołnierza wojny 1939 roku, służącego później  w polskich oddziałach, walczących w obronie Francji. Ostatnie zapiski pochodzą z czasów pobytu bohatera  w USA.  
Bardzo często wykorzystywanym przez pisarza środkiem stylistycznym jest oksymoron budowany z przeciwstawnych jakości przedmiotów, gdzie rekwizyty obrazu literackiego wzmagają swa siłę ekspresji poprzez zderzenie elementów  niewspółmiernych z uwagi na własności zmysłowe oraz ich symbolikę. 
 „Więc to jest spełnienie dawnych marzeń i zachceń, majaków przewidywanych i odgadywanych. Bo zastanowić się: przedtem to była pustka taka, jak przed dniem stworzenia, przestrzeń nieskontrastowana, czarno-biała, z rozsypanymi opiłkami gawronów i kruków  na chropowatym od białości polu. Lśnią tylko oślizłe łozy, łozina i jak wieczór, to gwiazdy trzeszcza ponad wierzchołkami gałęzistymi drzew.”[1]
Zimowy pejzaż i jego „oślizłe łozy” – jakości zmysłowe o zdecydowanie negatywnym nacechowaniu kontrastują z kosmiczną wzniosłością, „trzeszczących gwiazd” metafizyczną wręcz, „witrażową” wizją,  przywołującą echo pytania o istnienie Boga.
Innym wątkiem refleksji autora jest doświadczenie czasu. I znowu pojawia się zderzenie skończoności ludzkiej egzystencji z ogromem historii w skali wręcz geologicznej. W pejzażu Francji widzimy drogę wytartą kołami wozów z okresu cesarstwa rzymskiego, oraz starego człowieka na tle resztek kamyków pochodzących ze starożytnego fresku. 

   „Dziwne to pomyśleć! Więc jak to Naprzód coś było skalą, gnejsem, piaskowcem, alabastrem, masa nieprzeliczoną i tępą natury, calizną, blokiem i odłupane cierpliwie, i obrobione skrzętnie, i zlepione, i ułożone, przesiane prze mózg ludzki jak przez sito, dobrane, wyspekulowane, wygładzone i wyszlifowane, kiedy zbiegło się w obraz, kiedy pobłogosławione i wyświęcone do zaszczytu, do wzruszenia sztuki, dzieła sztuki, po to tylko ażeby przyszedł czas i rozdmuchał to znowu w chaos, w mnogość, czyli nicość.
Widzisz stary, myślę, wyszedłeś mi tu na przeciw jak groźne memento, jak przypomnienie o nietrwałości (…) Co stało się z dawną chwilą? Dlaczego odleciała od ciebie, dlaczego była? Kto zaklął ja wtedy? Karykatura człowieka. Czemu wybucha to nagle wpośród nas, a potem odchodzi i pozostawia nas jak wydmuchane szczątki preparatów entomologicznych.”[2]
I w innym miejscu:

Jedyny, jedyność człowieka! Jakże mi sobie z tym dać tu radę? Co zrobię, kiedy rozlezie mi się w palcach w ogromny kraj, nieogarnięty przestwór. Gubi mi si w przestrzeni  w czasie. Człowiek sprzed kilku lat przepadł mi tak, jak ta woda, która ciekła rzeką pięćdziesiąt lat temu. Pewnie, ze naniosło w tym miejscu mułem, pewnie, że o tu! leży spróchniały pień, jaki przyniosła na swym grzbiecie umarła lat temu pięćdziesiąt fala.”[3]
      W swej refleksji nad z naszym potocznym doświadczeniem czasu, autor odwołuje się wprost do Bergsona i Prousta, jako na autorów, którzy podważyli nowożytne zdroworozsądkowe wyobrażenie przemijania. W ślad za tymi autorami, odrzuca utrwalone przez mechanistyczną fizykę oraz tzw. „odczarowanie świata” pojmowanie trwania, dało w efekcie pojęcie czasu linearnego skądinąd tzw. „pustego czasu”, w którym zdarzenia o różnym znaczeniu dzieją się równolegle – znajdują się „obok siebie” w jednej homogenicznej czasoprzestrzeni, jak przedmioty w pudełku. To wyobrażenie zrodziło się wraz mechaniką Newtona i układem współrzędnych Kartezjusza. Czas i ustalone przyczynowo zależności miedzy zdarzeniami, także ich wzajemne przestrzenne relacje  są nałożone na rzeczywistość jak siatka kartograficzna na rzeczywistą Ziemię. Pozwalają liczyć, ułatwiają orientację w terenie, ale pod pewnym względem fałszują jej obraz w dodatku – wskutek utrwalonego rutynowego nawyku, gdy zaczynają być brane dosłownie, tworzą z goła nieprawdziwe wyobrażenie o naturze rzeczy. Inkowie nie znali mapy, to znaczy odzwierciedlenia powierzchni ziemi na płaszczyźnie, analogicznie jak dla ludzi kultur przedpiśmiennych niepojęte było słowo oderwane od sytuacji rozmowy, żywej opowieści, osobistej ekspresji. 
Spójrzmy na dość obszerny fragment, wybrany z przeszło siedemset stronicowego dzieła, który może posłużyć jako ilustracja niniejszych rozważań:

„Ta nowoczesność zachłyśnięta jest  nagle nadeszłą zdolnością ludzkiego mózgu do szeregowania systematyzowania obserwowalnych zjawisk i do wybijania monety, które  słów kosztem rzeczywistości nabierają niezachwianych i opętujących nas zaznaczeń. Razem z dawną sztuką uogólniania i abstrahowania i  logiką dedukcji stworzyliśmy sobie osobny obraz o świecie  fool’s paradise, jak mówią Anglicy.
Dedukcja nas zubaża. Dedukcja, logiczny wątek, który determinuje nam przyszłość i sprowadza ja do nudy. Jesteśmy funkcjami rozmaitych danych, które grodzi nasze życie od pierwszej świadomości do agonii.  Z życia zrobiliśmy wielką maszynę do wnioskowania, nomgraamiczny cyrk, jesteśmy jak cyfra w suwaku logarytmicznym. Powie ktoś, ze ten absurd cyfrowy, planowanie umożliwi nam przetrwanie, że co innego, kiedy na przykład zasiewa się pole dla przyszłorocznych zbiorów to ma się na to kalendarz rolniczy i znajomość klimatu i kołowrót pór i sezonów, a Murzyn z Wybrzeża Kości Słoniowej to pomagał sobie i pewny był sukcesu, bo według niego pora zbiorów nadchodziła dlatego, że składał ofiary i wypraszał u bóstw właśnie tę jesień zbiorów. No to ten przysłowiowy Murzyn, miał więcej zabawy, panie dziejski, więcej smaku życia, obcował z bogami i sam był prawie półbogiem, jeżeli z jego obcowania i  komitywy dopraszania się  miał taki sam sukces, jak nasz współczesny facet i jego statystyki i kalendarzyk. (Zdarza się nam być świadkiem bankructwa najbardziej w nas wyrosłych pojęć. Weźmy pojęcie czasu.  Są jacyś prymitywni Algonkińczycy, czy inni jacyś, nie pamiętamy, jakim tam, mający bardzo obszerny słownik, bardzo różnoraki, gdzie potrafili logicznie dać różne nazwy dla tego samego karibu, zależnie od tego, czy on się pasie, czy biegnie czy stoi, inne dla ptaka w powietrzu a inne –w gnieździe; wydaje mi się to bardzo trafne i bogate. Nie mają określenia na coś co „było” lub że „będzie” – symultaniczność urągająca wbudowanej w nas świadomości przemijania czasu, wbudowanej w nas, innych, od tysięcy lat. I dopiero przychodzą Bergson i Proust i nawracają do punktu, gdzie zaczęliśmy i rozeszliśmy się z tymi anegdotycznymi Algonkińczykami, i zrobiliśmy wielkie koło)” [4]
Haupt zdaje się podzielać głębokie przeświadczenie, obecne w twórczości Leśmiana, Bruno Schulza, zgodnie z którym rzeczywistość posiada wymiar nieskończony, ma nieprzebraną ilość aspektów Rzec by można za Heglem, że nawet papier na którym piszę zbutwiałby zanim zdołałbym wyliczyć wszystkie jego właściwości. Stąd ta drobiazgowość, w opisach najprostszych czynności  uważne wskazywanie wyglądów przedmiotów, jakości zmysłowych. Jednak Haupt pozostaje realistą, nie wchodzi na ścieżkę subiektywizmu, która nieuchronnie uwodzi niemal każdego, kogo oczarował ten amalgamat historycznie odległego spinozyzmu i współczesnej fenomenologii. Haupt widzi nieprzebrane bogactwo świata, które ukazuje mu się, ponieważ jest dość wrażliwy by je ujrzeć,  jednak nie delektuje się subiektywną fikcjonalnością świata przeżywanego. U Prousta, na którego Haupt się powołuje, obecne jest przeświadczenie że przedmioty same, jako fizyczne kształty i masy nic nie znaczą, właściwie są niczym bez otoczki wspomnień i  marzeń, bez aury sensu, który zyskują znajdując się w polu ludzkiej wyobraźni i ekspresji. W twórczości Z. Haupta daje się odczuć zachwyt nad różnorodnością świata głód wrażeń, zarazem szacunek dla rzeczy w ich pierwotnej realności,. Rzeczy są niezależnie od tego, jak je postrzegamy. Właśnie dlatego są ciekawe i pełne dostojeństwa. Pod pewnym względem, w prozie Z. Haupta mamy do czynienia z precyzją realistycznego opisu, zdolnością dostrzegania detali, które umykają zrutynizowanej obserwacji osób uwięzionych w schematach narzuconych przez wytarty frazes nazywania, zrazem narzędziowego „rozumienia” przedmiotów, wyłącznie poprzez ich funkcję, bycie do-czegoś. 
Oddajmy głos autorowi:

 „(…) To nie prawda. Życie nie jest ciągłym łańcuchem jakby skomponowanych frazesów, to byłoby za łatwe i nudne pewnie także, Życie nie jest ciągiem przyczyn i skutków, szeregiem przesłanek, z których wynikają łagodnie zaokrąglone wnioski, ani też nie jest materiałem do funkcji, ani też rodzajem nomogramu. No to w takim razie to jest sztuka. (…)” [5]
Prawda ludzkiego życia nie da się zamknąć w schematach myślowych, które są bez wątpienia, owocne w dziedzinie nauk ścisłych. Nie da się znaturalizować, to znaczy sprowadzić do tego rodzaju wiedzy, który jest skuteczny dziedzinie opisu przyrody, np. w fizyce, wraz z jej logiczno-matematycznym zapleczem. Nasza samowiedza i autonarracja nie jest linearnym ciągiem od przesłanek do wniosków. Może bliższe, także bardziej trafne byłoby tu zastąpienie kategorii przyczyny i skutku, przesłanki i wniosku, pojęciem prefiguracji znanym z egzegezy  Biblii, gdzie pewne zdarzenia dają się odczytać jako zapowiedzi odległych wypadków, a zależność jaka zachodzi pomiędzy jednymi i drugimi ma charakter symboliczny nie sprawczy. Podobnie jak doniosłość wydarzeń roku kościelnego kształtuje się przez współuczestnictwo z odległymi z punktu widzenia w czasu kosmicznym aktami będącymi przedmiotami wiary, nie zaś poprzez temporalną bliskość czy kauzalną zależność z tym co miało miejsce w kalendarzowym sąsiedztwie. Ch. Taylor [6] wyraża myśl, że np. Wielki Piątek roku 2016 pozostaje w bliższej relacji z opisanymi w Ewangeliach faktami z życia Chrystusa sprzed ponad 2000 lat, niż z wydarzeniami mającymi miejsce parę tygodni wcześniej tegoż 2016 roku. Ludzkie życie w jego najpełniejszym i najbardziej adekwatnym opisie, dane jest zawsze autonarracja, zarazem jako opowieść, która jest pojmowana i akceptowana przez pewną wspólnotę. (nigdy nie jest solipsystycznym monologiem. Choćby artykułowana samotnie i  jedynie w myślach, zawsze jest adresowana do innych, choćby chwilowo nieobecnych bliskich – tych, z których opinią się liczymy). Czas w ludzkim życiu nie płynie liniowo, jak zwykło się przyjmować wówczas, gdy jest on traktowany jako parametr procesów mechanicznych. Nieraz stoi w miejscu całymi latami – są rozmowy, relacje międzyludzkie, które trwają w zwieszeniu, do których wracamy, jak do pokoju opuszczonego przed laty. Warto w tym miejscu przypomnieć filmy D. Lyncha, z ich błądzącą fabułą, nielinearnymi modelami trwania. Skądinąd M. Heidegger sugeruje nam, iż ciekawy trop w refleksji czasem,  da się wyprowadzić z Arystotelesowskiego pojęcia zmiany jakościowej.
Czymś ważniejszym niż „relatywizm” ocen przeszłości zdaje się konstatacja, że wszelkie dziejące się „teraz” zamykające ustalenia na wzór domykania kompozycji tradycyjnej  powieści,  zdają się mylące i nieadekwatne. Ile razy ulegaliśmy złudzeniu, że oto „coś się kończy i teraz będzie już tylko…” Ile elementarnych błędów (zaniechań) popełniliśmy przyjmując taką optykę.
Znany z potocznego myślenia, uznany wręcz za paradygmatyczny  model czasu, który opiera się na intuicji przemijania „dzień po dniu” wydaje się więc nieoczywisty.  Być może czas da się wyobrazić, jako „mroczna maszyneria” generująca wielowątkowe i wielokształtne struktury? Dlaczego „skądś” przychodzą pomysły. Gdzie one były? W innej przestrzeni  – „w zaświatach” – gdzieś  „za ścianą”?
Jak pamiętamy, w Księdze Δ Fizyki Arystoteles mówi o ruchu nie tylko w sensie zmiany miejsca, zgodnie z intuicją przemieszczenia w przestrzeni albo, opowieści, która ma początek, środek i koniec. Mówi także o zmianie jakościowej, którą możemy rozumieć np. jako dojrzewanie, tężenie słojów drzewa, zagęszczanie, powolny wzrost. Mówi też  o ruchu rotacyjnym – ruchu po kole, lub drganiach martwej fali – wodzie będącej w ruchu, która jednak donikąd nie płynie. W końcu możemy wskazać na krystalizację, wyłanianie struktur w obrębie całości, której „objętość” się nie zmienia. Możemy wskazać gąsior z dojrzewającym winem, do którego nawet powierzenia ma dostępu, a w którym dokonuje się powolna przemiana. Osoba ludzka jest  jak Leibnizjańska monada bez okien, którą powolnie odmienia upływający czas, mimo że człowiek zdaje się ignorować rady i napomnienia z zewnątrz. Samopodobna struktura dzieła Prousta porównywana jest do średniowiecznej katedry. Czas odnaleziony jest „poza czasem” w tradycyjnym sensie, to znaczy ponad linearnie pojętym przemijaniem. Więc to, co doniosłe wydarza się, wraca jak element konstrukcji, który ukazuje się w różnych aspektach budowli. Nie koniecznie musi być jawny „nieustannie” – odkryty. Ukazuje się niekiedy – jak czyjeś typowe rysy charakteru ujawniają się tylko przy szczególnych okazjach.
Zygmunt Haupt dotyka w swych zapiskach najważniejszych zagadnień współczesności. Jego dzieło może być przedmiotem namysłu filozoficznego zarazem niesie bardzo ważny wkład w dziedzictwo literatury polskiej. Wiele wątków w tym pobieżnym szkicu celowo pominąłem – choćby stosunek człowieka do rzeczy, ich dostojeństwo, zarazem zalew nowoczesnej tandety, której pojawienie się jest chyba  odzwierciedleniem oblicza naszych czasów. Myślę, że twórczość Z. Haupta będzie przedmiotem licznych analiz i studiów, oraz ze przyczyni się do wzbogacenia naszej samowiedzy.
Jak wspomniałem na wstępie często wykorzystywanym przez pisarza środkiem stylistycznym jest oksymoron, gdzie rekwizyty obrazu literackiego wzmagają swa siłę ekspresji poprzez zderzenie elementów o niewspółmiernych jakościowo. Dzieje się to zarówno na poziomie doznań zmysłowych, lecz także poprzez przeciwstawienie sobie wyobrażeń dotyczących wartości. Np. pospolitości, brzydoty – delikatności i piękna.  
„W połowie kwietnia w całej Bretanii zakwitły jabłonie. Pomiędzy drogami, na polach, na wzgórzach, łąkach, pośród skał, w rozpadlinach i na otwartym wybuchły nagle białoróżowe kule i dnie zrobiły się białe. Stare, zgrzybiałe drzewa jabłoni i młode sadzonki pokrywające niebo czarnymi błyskawicami gałęzi, zanim jeszcze wypuściły pierwsze liście, rozpękły się w tych białoróżowych kwiatach. A potem, kiedy pierwsze ich płatki zaczęły opadać, u każdego drzewa, jak cień, rozsiewała się biała plama, kładła na czarnej ziemi i gnoju białą zadymką i różową zaspą. Z daleka, z daleka widać było, jak skośnie, mądrze, uparcie , biało, księżycowo sypią się te płatki – medaliki, skroplone powietrze.[7]
Ten motyw da się porównać z obrazem obecnym w jednym z tomów Prousta, gdzie ukazany jest obraz wiosny Paryżu. Tutaj znowu, jak w wielu innych partiach prozy Zygmunta Haupta pojawia się oksymoron. Delikatność, kwiatów i przeczucie słodyczy jabłek, zapach kwitnących jabłoni kontrastuje z wzmianką o gnoju. Pojawia się także odwrócony motyw cienia. Cień, który jest czarny, w każdym razie ciemniejszy, od przedmiotu, który go rzuca, tu ukazany jest jako wstęga białych płatków rozsypanych po ziemi. Biały cień drzewa – smuga na ziemi utworzona z opadających płatków ukazuje obraz literacki – przypominający fotograficzny negatyw.

Zygmunt Haupt, Baskijski diabeł,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

Paweł Nowicki




[1] Haupt Z., Baskijski diabeł, Wstęp. A. Stasiuk, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 318.
[2] Haupt Z., Dz. cyt., s. 385-386.
[3] Haupt Z., Dz. cyt., s. 566.
[4] Haupt Z., Dz. cyt., s. 714.
[5] Haupt Z., Dz. cyt., s. 727.
[6] Ch. Taylor,  Tożsamość a czas świecki, tłum. Xymena Dolińska,  (w:) Rozmowy w Castel Gadolfo t. II.
[7] Haupt Z., Dz. cyt., s. 372.

wtorek, 3 stycznia 2012

Utracony raj Bogdana Loebla

  

Nie raz już w historii literatury temat dzieciństwa posłużył jako pretekst do napisania powieści mówiącej o sprawach ludzi dorosłych. By uświadomić sobie niezwykłą nośność narracyjną takiego ujęcia, wystarczy wspomnieć choćby Blaszany bębenek Güntera Grassa, w którym elementy nadrealizmu przeplatające się z faktami rzeczywistej historii XX wieku, tworzą niepowtarzalną wizję epoki i miejsca. Konstrukcja świata przedstawionego z perspektywy dziecka pozwala autorowi zastosować wiele środków wyrazu, których prawomocność gwarantuje połączenie naiwnej obserwacji z wytworami nieskrępowanej wyobraźni małego bohatera. W rezultacie powstaje obraz odrealniony. Rządzi się on prawami baśni albo snu, co stwarza dystans do spraw, które opowiedziane wprost, mogłyby narazić autora na zarzut naiwności. Oceny polityczne oraz dramat doświadczeń nie tak dawno minionej epoki, zbyt łatwo narzucają formułę propagandowej retoryki, która na ogół źle służy wartościowemu pisarstwu i sztuce w ogóle. Powieść Bogdana Loebla Piekło weszło do raju ze względu na sposób literackiego eksploatowania tematu dzieciństwa przypomina Blaszany Bębenek Grassa.
Książka Loebla składa się z dwóch części, właściwie dwóch  powieści, które w tym tomie tworzą razem  narracyjną całość. Część pierwsza – Złota trąbka, w której pojawia się tytułowy fantastyczny rekwizyt, stanowi wprowadzenie w szczęśliwy świat dzieciństwa, nietkniętego jeszcze piętnem zła. Część druga - Weszło piekło do raju - to tragiczna wizja najazdu wrogiej armii, utraty domu i ucieczki w nieznane. Akcja powieści toczy się na południowych rubieżach Polski tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej i w trakcie je pierwszych miesięcy. Bohaterem jest mały Józio, syn zamożnej, mieszanej narodowościowo rodziny (matka jest Ukrainką, ojciec - Polakiem). Zbliża się wojna. Widzimy niepokojące tło stosunków polsko-ukraińskich. Jesteśmy świadkami tego, jak w życiu chłopca w nostalgiczny nastrój kończących się wakacji przenikają pierwsze zwiastuny nadchodzącej katastrofy. Nocami obce samoloty naruszają przestrzeń powietrzną Rzeczypospolitej i choć bohaterowie próbują wierzyć, że warkot z nieba to odgłos dalekiej burzy, ich los jest już przesądzony. Zbigniew Herbert pisał:

chłopiec uśmiecha się ufnie jedyny cień jaki zna
to cień słomkowego kapelusza cień sosny cień domu
a jeśli łuna to łuna zachodu

O czym więc jest ta książka? O wojnie i upadku Polski? O najeździe Sowietów? O konflikcie polsko-ukraińskim? Można się zgodzić, że opowiada o tym wszystkim, ale pod warunkiem, że poprzestanie się na recepcji utworu, zorientowanej wyłącznie na społeczno-polityczny albo historyczny kontekst. Pokusę takiego uproszczenia może potęgować fakt, że przez dziesięciolecia w literaturze krajowej nie było możliwości rzetelnego podjęcia tematu wydarzeń, jakie nastąpiły po 17 września 1939 roku. Sama próba nazwania tego fragmentu polskiej historii stawała się aktem politycznej odwagi, co niekiedy źle wpływało na ich literackie ujęcia.
Loebl stworzył doskonałą powieść, której walory artystyczne, niewspierane pozaestetyczną ideowością doskonale trafiają w czyste patriotyczne tony. Mówi ojczyźnie czule – właściwie obnaża zranione uczucia dziecka, które kiedyś straciło rodzinny dom. Pozwala to uniknąć płycizn rozrachunkowej powieści z tezą. Narrator, piszący w pierwszej osobie, sugeruje autentyczność wspomnień a zarazem ogranicza się do tego, co mógł zobaczyć i pojąć jako kilkuletni chłopiec. Sensy zdarzeń oraz próby budowania uzasadnień, ukazują się z wyraźnym zawieszeniem sądu co do ich obowiązywalności w świecie dorosłych. Jednak same treści doznań, jakie pojawiają się w strumieniu przeżyć dziecka, pozostają absolutnie prawdziwe. Taka fenomenologiczna perspektywa sprawia, iż obraz literacki zyskuje pogłębiony walor, właściwy dla utworów pierwszorzędnej wartości, daleko przekraczających poziom zwykłych zapisków i pamiętników.
Jak wiadomo, dzieci w swoim świeżym spojrzeniu na świat przypominają nieraz pierwszych filozofów. Pytają o przyczyny, dostrzegają regularności zdarzeń, próbują odkryć ich porządek i choć często dochodzą do paradoksalnych interpretacji, na ogół nie mylą się co do faktów. Oto przykład:

          Okryty przez ciocię Annę kocem Józio siedział na progu werandy i usiłował policzyć owe wygryzione przez mole albo wydziobane przez skowronki dziurki w czarnej tkaninie nieba, przez które przedzierał się do niego światłość Boga.

Autor, posługując się mową pozornie zależną, dokonuje swoistej trawestacji dziecięcych prób opisywania świata. Można w tekście Loebla znaleźć więcej przykładów ilustrujących tę cudowną zdolność umysłu dziecka, dla którego ciekawość i wyobraźnia stanowią niewyczerpane źródło twórczej inspiracji:

Otworzył drzwiczki pieca, lecz znalazł w nim tylko zwęglone trupy polan. Wrócił do etażerki i, starając się nie mrugać powiekami, wpatrzył się w szeregi kieliszków, które być może nadal były książkami i tylko chwilowo przybrały nową postać?

Zdarzenia, które przekraczają pojęcie młodego bohatera stoją na jednym planie z fikcyjnymi historiami, które znał z bajek i książek dla dzieci. Można odnieść wrażenie, iż nie jest pewny, czy to, co się dookoła dzieje, nie jest jakąś zabawą - mistyfikacją urządzoną przez dorosłych:

Pośrodku najwyższej półki stała wypełniona wiśniową nalewką pana leśniczego kryształowa karafka, ale Józio już nie wątpił, że to jest komandarm drugiej rangi Michał Kowalow.
To on kazał swoim czerwonoarmiejcom wynieść książki z leśniczówki i zakopać je w lesie albo zrobić z nich stos na jakiejś polanie i podpalić, żeby popatrzeć, jak wiecznie głodny ogień pożera zarówno szlachetnego wodza Apaczów i blade twarze Stasia Tarkowskiego i Nel i Kalego […]
Ale właściwie dlaczego miał się Józio bać, że Bogdan i jakiś bolszewik wywloką go stąd do sań i zawiozą do komandarma drugiej rangi Kowalowa, skoro Kowalow pod postacią kryształowej karafki stał na etażerce i w każdej chwili mógł przybrać swoją służbową postać i, tym razem mierząc do Józia z bolszewickiego nagana […].

Nie mniej ciekawy zdaje się także inny trop interpretacji prezentowanej książki. Mam na myśli  pewne powinowactwo, jakie zdaje się zachodzić  pomiędzy prozą Bogdana Loebla  a klimatem niektórych opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza. Czy wynika to ze specyfiki  pejzażu Ukrainy, przedstawionego w statycznych ujęciach,  w szerokim kadrze zawsze nieco pochmurnej dali?  Czy też decyduje o tym podobny sposób  ukazania  codziennych ludzkich spraw -  surowego konkretu   wyłaniającego się  z mgły  niedopowiedzeń,  przez które przenika jakiś metafizyczny dreszcz? W podobny sposób,  jak podczas lektury Iwaszkiewicza próbujemy sobie postawić pytanie, w którym miejscu stoi narrator, jak płynie dla niego czas, jaką odczuwa nieuchronność. Przypomina się zwłaszcza opowiadanie Nauczyciel, i choć przedstawia ono zupełnie inny obszar ludzkiego doświadczenia, zdaje się, że widać w nim ten sam trzeci plan - uporczywy, nieruchomy horyzont nieskończoności. 
Bez względu na zasadność tej ostatniej hipotezy, książka Bogdana Loebla zdaje się odsłaniać przed czytelnikiem wielkie bogactwo odniesień i tropów interpretacyjnych.
               Na koniec warto jeszcze zwrócić uwagę na tytuł powieści.  Trudno zaprzeczyć,  że w pierwszej chwili może się on wydać trochę… nieporadny. Niewątpliwie, czytając na okładce:  „Piekło weszło do Raju” da się wyczuć  pewną naiwność, jaka   przebija z tych słów.  Jednak po chwili namysłu możemy   zauważyć,  że  zdanie to   ma  w sobie coś z dziecięcej wyliczanki  - z  języka gier i  zabaw, a więc wypowiedzi odnoszącej się  do  świata przeżywanego na niby. W związku z tym nasuwa się  pytanie:  Czy jednoznaczne rozróżnienie pojęć dobra i zła, opozycja wyobrażeń Nieba i Piekła obowiązują już tylko umownie - w sferze konwencji i fikcji?  Ktoś powie, że przecież także idee  platońskie istnieją  „na niby”,  jako pochodne struktury naszego języka, którą kiedyś -  zbyt pochopnie wzięto za  rzeczywistość samą. Podobnie zresztą rzecz się ma w odniesieniu do  wszystkich prawd, wartości i innych bytów tego rodzaju, uznawanych  za absolutne, o których dziś sądzi się, że są względne  -  uwarunkowane przez systemy  gier językowych i konteksty, w jakich się o nich mówi.  Czy dziś już  tylko w świecie wyobraźni dziecka możliwe jest ocalenie niewinności i wiary w jednoznaczną opozycję  dobra i zła? W tym sensie tytuł nie tylko doskonale koresponduje z ideą  utworu, lecz także  skłania do wielu dalszych refleksji.  


                                                                                                    Paweł Nowicki

Bogdan Loebl, Piekło weszło do Raju,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2010

Tekst opublikowany w rzeszowskim kwartalniku FRAZA 2010/3-4