wtorek, 28 czerwca 2016

O malarstwie Ireneusza Bęca Wystawa w gorlickim Dworze Karwacjanów

Dnia 20 lutego 2015 r. w gorlickim  Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów, w sali im. Prof. Włodzimierza Kunza odbył się wernisaż wystawy malarstwa Ireneusza Bęca[1], artysty pochodzącego z Zakopanego, absolwenta Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Bożena Kowalska w jednym ze swoich szkiców poświęconych sztuce współczesnej pisze, że kubizm zapoczątkowany przez Cézanne’a i rozwijany później przez Braque’a i Picassa w kierunku abstrakcjonizmu, opierał się na poszukiwaniu malarskiej prawdy o przedmiocie. Abstrahowanie polegało jedynie na selekcji, pomijaniu tego, co nieistotne dla odkrywanej geometrycznej formy przedstawianej rzeczy. Wbrew obiegowym opiniom, nie był to jednak nigdy akt rezygnacji z odniesienia do rzeczywistych cech i  wizualnych własności modela. Prezentowany przedmiot  „pokawałkowano”, prezentując go z możliwie wielu perspektyw. Jednak za każdym razem mamy do czynienia z innym, może specyficznym, ale jednak realizmem. Artyści starali się o to, by pokazać trójwymiarową rzeczywistość na dwuwymiarowej płaszczyźnie obrazu. „Język geometrii był językiem najwyższego uogólnienia”[2], pisze autorka w swej pracy. Mimo wszystkich deformacji, te „dzbany rozbite” pozostawały wierne tradycji obrazu, którego istotną cechą była zawsze obecność przedmiotu wyraźnie wyodrębnionego z tła.
Zupełnie inną drogą podążali artyści tworzący nurt sztuki nieprzedstawiającej: Wasilij Kandinsky, Kazimierz Malewicz Piet Mondrian a później ich kontynuatorzy, tacy jak m. in. Jackson Pollock. Obrazy ich autorstwa przemawiały do odbiorcy bardziej jak muzyka, czy jako kompozycja rytmów i barw. Posługiwali się kolorem, układem linearnych struktur, aby działać na wyobraźnię i emocje widza. Znacząca w ich obrazach jest także całość kompozycji, a może fakt, w jaki sposób jest skonstruowana. Istotniejsze jest pytanie „Jak?” niż identyfikacja „Co?”
Nośnikiem artystycznego przekazu  nie jest już figuratywność lecz kompozycja dzieła, niekiedy obejmująca nawet, oprócz abstrakcyjnych środków wyrazu, jeszcze szerszy kontekst wraz z sytuacją, w jakiej dzieło zostało zaaranżowane w  ekspozycji.
Obrazy zaprezentowane na gorlickiej wystawie należą do tego drugiego nurtu współczesnego malarstwa. Próżno w nich szukać motywów figuratywnych czy jakiejkolwiek tradycyjnie pojętej sztuki mimetycznej. Mamy tu do czynienia z całkowitą rezygnacją z tradycyjnych środków malarskiego przekazu do jakich zaliczyć można przedmiot i anegdotę W pewnym szerokim rozumieniu tego słowa, można ją nazwać abstrakcją, jednak nie jako analityczne studium przedmiotu, lecz jako plastyczny wyraz intuicji metafizycznych.
 Nieprofesjonalny odbiorca może w zetknięciu z obrazami Bęca poczuć rozczarowanie, niekiedy irytację. Myślę, że nie należy zbyt pochopnie lekceważyć opinii i odczuć przeciętnych odbiorców. Zresztą ta domniemana reakcja może jest celowo wkomponowana w zamysł artystyczny autora. Na ścianach gorlickiej galerii zaprezentowano „nagie” ledwo zagruntowane blejtramy. Ich treścią były ślady zniszczeń malatury, pozostałe ślady poprzednich obrazów zamazane lub zatarte. Na niektórych płótnach artysta pozostawił prześwitujące niewyraźne napisy, niedokończone sekwencje liter, podobne do starych obitych tynków na murach – motywy street-artu, żałosne oblicze ścian blokowisk, drzwi od garaży, postindustrialnych konstrukcji, w dzielnicach ruder. Jednak spoglądając z bliska, można nawiązać dialog z mikrostrukturą malowidła. Pęknięcia i plamy na pozór chaotycznie rozmazanej farby, odsłaniały odpryski spękanej emulsji – bladoniebieskie, szare przechodzące od różu w błękit i odcienie fioletu. Sąsiadujące z nimi partie surowego płótna podkreślały kontrast, dopełniając zrazem kompozycję.  To, co z daleka wydawało się chaotyczne i bezładne, widziane z bliska, odsłaniało swe malarskie bogactwo od subtelności koloru po grę elementów faktury. Trzeba zaznaczyć, że prace I. Bęca są deklaratywnie nietrwałe.  Odpryskująca farba z czasem zapewne zmieni siatkę pęknięć. Czy ten efekt został przewidziany przez artystę? Czy będzie kiedyś tak, jak ze słynną szybą pokrytą kurzem Marcela Duchampa? Jednak by docenić malarstwo Bęca, trzeba umieć patrzeć, niczym Leonardo, który potrafił śledzić obłoki na niebie, odnajdując w ich pozornie chaotycznych kształtach obiekty godne uwagi artysty. Trzeba chcieć  dostrzec  malarstwo w śliskich  szarozielonych liściach na listopadowej ścieżce.
Estetyka obrazów Bęca współbrzmi z nihilizmem nowoczesności, szpetotą slumsów, artysta poszukuje piękna w rejonach wydawałoby się całkowicie go pobawionych. W czasach postmodernistycznego cynizmu, pustki, śmierci człowieka jako osoby, z którego nie pozostaje nic poza alternatywą towar-śmieć. Dla artysty inspiracją jest wielokrotnie zabazgrany mur, na którym ktokolwiek może nasmarować cokolwiek, bez konsekwencji, sensu, trwałości. Także przedmioty bez znaczenia, jednak obdarzone uporczywą, niechcianą trwałością – plastikowe rupiecie, zardzewiałe rury, kawałki betonu na wysypisku, czarne strzępy worków foliowych wplątanych w nagie gałęzie, odgrywają istotna rolę w zamyśle wizji twórczej.
Dlatego zawarte w tych obrazach dramatyczne pytanie o sens, znajduje formalne zwielokrotnienie swej siły wyrazu. Może tym głośniejsze i bardziej tragiczne, że wraz z użyciem bezkształtnych, „minimalistycznych” exemplów brzydoty, autor nadał swemu dziełu wymiar epifanii. Zasugerował, jak się wydaje, drogę myślową teologii negatywnej, którą znamy z Corpus Dionisiacum. Zgodnie z tym kierunkiem refleksji, nie powinniśmy nawet próbować wskazywać przymiotów Boga, bo każde określnie – najwyższy superlatyw, jaki potrafilibyśmy przywołać, zawsze będzie Jego ograniczeniem. Lepiej zwróćmy się ku własnej nędzy, by na jej tle domyślić się prześwitu Niewyobrażalnego. W dzisiejszym zsekularyzowanym świecie, wiele problemów posiada zapomniany teleologiczny rodowód i podtekst. Powszechnie znana jest myśl, że nowoczesna gospodarka, kultura wielkich miast, rozwój nauki i technologii, nie powstały dlatego, że ludzie po prostu przestali wierzyć w Boga. Przeciwnie, to przeobrażenia w myśli religijnej, zwłaszcza u schyłku średniowiecza, potem w protestantyzmie ukształtowały postawę i samowiedzę współczesnego człowieka.
Cały czas mam przed oczyma „fioletową godzinę” z Ziemi jałowej Eliota, ludzi wyczerpanych, znudzonych, pozbawionych złudzeń, jak automaty wykonujących codzienne czynności. Trzeba zbudować cywilizacyjną wieżę Babel albo samemu upaść bardzo nisko, by zobaczyć pustkę, ułomność i marność, i w końcu zawołać z głębi.

Paweł Nowicki



Obrazy z wernisażu są d obejrzenia tutaj

[1] Ireneusz Bęc, ur. 1959,  polski malarz, pedagog Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zakopanem. Absolwent Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zakopanem. Studiował na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie. Dyplom otrzymał w 1985 r. w pracowni prof. Jerzego Nowosielskiego. Nauczyciel rysunku i malarstwa w Zespole Sztuk Plastycznych im. A. Kenara w Zakopanem. W 2012 roku obronił pracę doktorską i uzyskał stopień naukowy doktora w dziedzinie sztuk plastycznych.
[2] Bożena Kowalska, Sztuka w poszukiwaniu mediów, Warszawa 1985, s. 104.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz