środa, 4 stycznia 2012

Oglądając wystawę prac Aliny Zachariasz - Kuciakowskiej




Każda próba opisu dzieła malarskiego natrafia na trudność, jaka wynika, z nieprzystawalności słowa względem jakości doznań, których bezpośrednio doświadcza ludzkie oko. By przybliżyć prawdę kształtu, linii i koloru - tego, co za sprawą plastycznych środków wyrazu jest nam dane wprost, nasza wypowiedź często musi docierać aż do granic poezji.
Szukamy  metafor a to, co widzimy staramy się porównać z czymś, co jest nam znane, przy czym  bardzo często podobne usiłowania  zdają się daremne, jak próby przeniknięcia dotykiem na drugą stronę lustra. Jednak dzieła sztuki przemawiają do nas i zdaje się,  że oczekują naszej odpowiedzi. W każdym razie przyjść do galerii, powiedzieć – ciekawe, może nawet piękne (Cóż to dzisiaj znaczy?) - wydaje się  mało.
Zwiedzając wystawę prac Aliny Zachariasz-Kuciakowskiej trudno przejść obojętnie wobec grafik i rysunków, w których wielka wrażliwość i afirmacja świata łączą się z intuicją, oraz doświadczeniem twórczym. Subtelność i konsekwencja, inteligencja i pasja  - oto to słowa, jakie zdają się nasuwać w związku z ekspozycją. Zatroskanie o kruchość przedmiotu, zarazem ciekawość jego tajemnicy, łączą się w zgromadzonych pracach  z jasnością konstrukcji i tradycyjnym potraktowaniem środków warsztatowych. Autorka zdaje się nieufna wobec nowoczesnych trendów i wyznaje, że bliski jest jej nurt polskiej szkoły grafiki z lat pięćdziesiątych  XX wieku. Wspomina twórczość Józefa Gielniaka, jego linoryty – zatem  nie znajdziemy na gorlickiej wystawie bezdusznych ekstrawagancji, agresywnych eksperymentów, a zachwycą nas raczej liryczne zamglenia płaszczyzn, niepokój powietrza, sylwetki przedmiotów jakby otulone przejrzysta materią.
Na szczególną uwagę zasługuje  cykl pasteli w zgaszonych  kolorach. Te prace zdają się dotykać najbardziej pierwotnych prawd natury ludzkiej. Sięgają w głąb, ku archetypom jak gdyby odsłaniając  prastarą świadomość, która zbudziła się  nie tylko z żywiołów ziemi, ognia, wody i powierza, ale także z pierwszego zmieszania światła i ciemności. Przed nami człowiek i jego los a także moce natury - okaleczone, schylone, ale niezniszczalne i budzące nadzieję wiecznego powrotu. Pastel Śmierć starego dębu ukazuje  pień drzewa,  pączkujący „mimo wszystko” gałązkami światła. Jakimś niezwykłym natężeniem pulsują te prace, chociaż ich powierzchnię przesłania zwiewny, nieuchwytny woal. Wszystko co widzimy, a więc co istnieje, odsłania się zawsze jak gdyby z ukrycia, więc by oddać prawdę - ową aletheia artystka wskazuje moment wychodzenia z mroku, zrzucania zasłony.   
Kolor pełni w tych pracach osobliwą funkcję - nie jest nośnikiem informacji o barwie przedmiotów, nie buduje głębi ani perspektywy, lecz funduje strukturę kompozycji na równi z kontrastem i bogatą fakturą. W pracy Szczelina perłowa żółcień daje kulminację światła (prześwit przez chropawe masy) ale nie ma to nic z ze studium pejzażu. Nas zachwyca, jak ta jasna plama została położona - trzeba patrzeć z bliska, wniknąć w rozedrgany ślad  uderzeń kredki, lśniącą wibrację powierzchni.   
Zawiłość fioletów i kolory ziemi, motywy roślinne, splątane korzenie, „niezdarne” budowle - to wizja podziemnej krypty bieckiego klasztoru ukazana w cyklu prac zatytułowanym Bramy raju. Pobrzmiewa w nich  memento mori, powraca motyw vanitas. Czy grób jest na prawdę bramą do wieczności? Bo może cała ziemia jest jak kretowisko mogił, ponurą drogą w głąb, miast wieży Babel.
 Ale także tutaj kolor jest bardzo oszczędny i założony przez artystkę  w sposób arbitralny i stoi na równi albo całkiem obok waloru, kreski, niuansów faktury.   
Pewna „literackość” większości tych prac w niczym nie pozbawia ich plastycznej dyscypliny. Konstrukcyjny ład i zwięzłość syntezy powodują, że każda z nich doskonale obroniłaby się jako kompozycja abstrakcyjna. Jeśli poprzez tytuł artysta sugeruje nam określone przesłanie, nie należy tego ignorować choć, jak wiadomo, dzieło malarskie przemawia do nas własnymi środkami wyrazu. Utwory muzyczne też nieraz mają tytuły i związaną z nimi pewną semantykę. Treści przedmiotowe i sugestie znaczeń obecne w omawianych pracach, są bezbłędnie wplecione  w ich klarowną strukturę plastyczną.
Dal pełna melancholii ukazana w poziomych zagęszczeniach linii, zdaje się ujawniać (a może  odkrywać) jakąś nieuchronną samotność każdego ludzkiego istnienia. Praca Dwa brzegi to, jak artystka wyznaje, motyw przemijania. Rytmiczne przenikanie falistych plam światła, subtelne bryły, które świecą jak gdyby przez mgłę, wprowadzają nas w jazzowy klimat Chicka Corei i miejskich kadrów z filmów Petera Bogdanovicha. Te mgliste płaszczyzny, motywy postaci ukazanych w rozproszonym świetle, nowoczesne przestrzenie z wyraźną aluzją do architektury XX wieku (prace Exodus, Czekając) ewokują nastrój egzystencjalnego niepokoju. Jest wielkim darem uchwycić jakby kątem oka - w strukturze linii, przez melodię kształtu - pewien nieuchwytny klimat swego czasu - rozpoznać go jako sens  uniwersalny - jak mit współczesności. 
Praca zatytułowana  Moje twoje skrzydła choć zdaje się intymnym wyznaniem, zachwyca swą misterną mikrostrukturą linii, utkaną z delikatnych cięć i zarysowań.
Moglibyśmy spytać, co tak na naprawdę nurtuje autorkę, na jakie pytanie stara się znaleźć odpowiedź? Czy źródłem jej pasji i natchnieniem twórczym jest zachwyt, ciekawość, a może też przekora - chęć walki z oporem tworzywa. Czy chce rozpoznać strukturę cienia, narysować lekkość, wyważyć proporcje światła i ciemności? Czy artystka delektuje się przedmiotem, samym aktem twórczym, czy chce coś wykrzyczeć, zostawić po sobie ślad?
A może nie trzeba być zbyt dociekliwym?  Kiedyś napisano, że obraz nie jest rzeczą „do-czegoś”, jak buty są „do chodzenia”, a stół „do pisania”. I choć może nie  istnieje całkiem bezinteresownie, nie da się, zamknąć w definicji, objaśnić poprzez „funkcję” ani „wytłumaczyć”. A może przedmioty, które spotykamy w galerii są tylko po to by, stawiać pytania?  O róży powiedziano że jest,  bo jest  i dotyczy to także dzieł sztuki. Można próbować o niej mówić, ale czasem nie jest to konieczne. 

                                                                                                             Paweł Nowicki


Tekst opublikowany za zgodą Muzeum "Dwory Karwacjanów i Gładyszów" w Gorlicach. Wcześniej ukazał się na stronie:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz